Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Krew Słowian
Krew Słowian
Kolumna leniwie przesuwała się do przodu. Powoli nadchodził zmierzch a przodownicy zboczyli z wydeptanego krętego traktu i mieli nadzieję że znajdą trzon armii bądź ścieszkę. Bujne paprocie i mrocznie zdeformowane konary drzew utrudniały pochód, teren był wyboisty a na dodatek pokryty gęsto krzewami. Hrabia Ademar i kilku innych jeźdźców musiało teraz prowadzić swe konie za uzdę. To nie był spokojny cesarski las gdzie grupa znudzonych paniczyków uganiała się za jeleniem, była to mroczna, głęboka puszcza. Puszcza słowiańska którą wypełniały pohukiwania, szelesty lub odległe wycia. Roderyk podwinął sutannę i ruszył szybszym krokiem by wylać swoje rozgoryczenie na Ademara, zaczynało kropić. Krople deszczu w równym tempie bębniły w łysiejącą głowę kapłana. Roderyk choć miał nie więcej jak trzydzieści pięć wiosen posiadał wszystkie cechy starych, samotnych i zgorzkniałych duchownych. Twarz Roderyk zdobiły zmarszczki a włosy od wielu lat stawały się rzadsze i bledsze.
- Ademarze z tego co pamiętam miałeś mnie doprowadzić bezpiecznie do Słowian. Choć jak widzę błąkasz się niczym chłopskie dziecko po Akwizgranie!- wysyczał swym oschłym pełnym wyrzutów głosem.
-Ależ Roderyku czyż posłańcowi Boga godzi się tak nienawistnie besztać swego przewodnika? A skąd te wymyślne porównania?
- Hrabio nie posiadam na tę chwilę ni humoru ni sił na tę prostacką przepychankę ! Przypominam ! Przypominam waszmościu iż gdyby nie podróż którą wymusiło porwanie mego rodzonego brata, piastowałbym teraz obowiązki biskupa Frankfurtu...
-Ale go nie piastujesz i puki co jesteś piątym kołem u wozu naszej kampanii.- Hrabia Ademar jako doświadczony wojak nie przywykł do nieposłuszeństwa. "Trafiła kosa na kamień" mawiali żołdacy z ich drużyny. Roderyk uwiesił wzrok na koronach drzew, jeszcze jakiś czas temu spod soczyście zielonych liści i grubych konarów sączyły się ostatnie, złote promienie słońca a teraz cienie się pogłębiły a towarzysze zaczęli tracić się z pola widzenia. Kapłan chodź z niechęcią złapał ramię Ademar, myśl iż zostanie sam w tej mrocznej puszczy napawała go nie lękiem ile paraliżującą trwogą. Kiedy i Ademar widział już tylko srebrne promienie przebijające się przez mrok krzyknął.
-Chłopcy, miecze w dłoń trzymajcie się w zasięgu głosu. Najlepiej dobierzcie się w grupy. Jak największe grupy.- do uszy Roderyk dobiegł dźwięk stali wyjmowanej z pochwy. Hrabia kroczył ostrożnie do przodu omijając niewidoczne przeszkody napotykane sztychem miecza. Cały czas słyszeli szelest kroków wokół siebie, to dawało nikłe choć zawsze jakieś poczucie bezpieczeństwa.
-Zagłębiamy się w las, nie ma pewności na trafienia na trakt lub armię.
-Wiem.- wyszeptał lekko rozgoryczony Ademar. Z każdym krokiem nie wiedzieć czemu kapłan kroczył coraz pewniej. Przeszedłszy większy odcinek Roderyk puścił ramię dowódcy i przemierzał puszczę nie oddalając się na odległość jaką wyznaczała słyszalność jego oddechu. Kapiący deszcz przerodził się w istną ulewę która kaskadami spadała z koron drzew i moczyła ich szaty czyniąc je ciężkimi i lepkimi. Deszcz zagłuszył oddech Ademara i Roderyk nie wiedział już gdzie jest dowódca, teraz słyszał tylko własny drżący z zimna oddech. To że się zgubił docierało do kapłana powoli, nie chciał tego wiedzieć. Przejmujący chłód i ogarniająca go trwoga uczyniły jego chód chwiejnym i desperackim truchtem. Dyszał i sapał ale znikąd nie dobiegały odgłosy towarzyszy, a jedynie huk ulewy i tajemnicze dźwięki puszczy. Biegł bez opamiętania potykając się o korzenie drzew, krzewy lub własne, drżące nogi. Po którymś potknięciu stracił całkowicie równowagę, stopy ujechały na mokrym mchu i padł twarzą w ziemię. Uderzając poczuł przejmujący ból w nosie i usłyszał nieprzyjemny zgrzyt. Nos wypełniła mu krew spływająca po ciele a usta rozmokła ściółka pełna rozkładających się liści. Leżał tak bez ruchu, rozmyślał. "Dlaczego szaleńczy bieg ma być lepszy od bezwładnego leżenia ?", nie odpowiedział sobie na to pytanie ale jego ciało samo wstało i ruszyło na przód. Oczy zaszły mu łazami kiedy wokół rozniosło się echo wilczego wycia. Nie myślał już, biegł tylko szaleńczo czekając na śmierć. Wściekłe ujadanie rozchodziło się coraz bliżej. Kiedy z boku zalśniły w blasku nielicznych promieni księżyca żółte ślepia i kły Roderyk zapiszczał jak zarzynane ciele, uskoczył na drugi bok lecz zęby bestii ześlizgnęły się po jego ramieniu rozrywając skórę. Kwiląc jak małe jagnię rzucił się w dziki pęd, co chwila słyszał za sobą ujadania wilków. Kilka razy usłyszał świst przeszywający huk ulewy i głośny pisk, ale nie myślał co to było. Biegnąc nawet nie poczuł jak traci wyboisty grunt pod nogami i spada. Uderzył barkiem o ziemię a po ciele rozeszła się promieniująca fala bólu. Kiedy na jego pierś wskoczył ogromny wilk wzywał już tylko bezwiednie imię swego Boga, nadszedł kolejny świst a wraz z nim skowyt zwierzęcia a na twarz kapłana polała się wrząca krew. Ostatkiem sił zrzucił cielsko bestii i brnął w kierunku oślepiającego, po godzinach spędzonych w ciemności, blasku pochodni. Uchwycił się delikatnego ramienia wymacanego w ciemności i runął twarzą na stopy wybawcy. Padł i stracił przytomność.
Powiedzieli mu tylko że uratowała go kobieta. Świt muskał napastliwie twarz Roderyka wściekle pomarańczowymi promieniami. Kiwał się jednostajnie w siodle podtrzymywany przez brudnego barbarzyńcę. Hrabia Ademar jechał o własnych siłach dumnie prezentując głębokie rany na policzku i zbroję ubrudzoną wilczą juchą. Po ulewnej nocy poranek był bardzo duszny i wilgotny. Opuścili mroczną puszczę w której przeżył tak straszne wydarzenia. Prawie wszyscy ludzie z drużyny hrabiego przeżyli, zginął najprawdopodobniej jeden albo dwóch ludzi Ademara, ale czy miało to znaczenie? "Byli jeno głupimi siepaczami a takich mrowie na marchach Świętego Cesarstwa" Roderyk uważał się za człowieka inteligentnego, a dodatek pochodził z znamienitego rodu, choć wspomnienia dzieciństwa stały się powodem jego odcięcia się od rodziny. "Ważne że Ja żyję, jakby świat wyglądał beze mnie? I co począłby mój durny brat?". Kapłan miał już serdecznie dość swoich "wybawicieli", owi Słowianie bowiem pachnieli bydłem i wsią, a szlachta wsią gardzi.
-Ademarze jak daleka droga do tego "grodu"? Choć pewnie w tej dziczy gród jest nie większy niż obory na cesarskiej wsi.
-Gardzisz swymi wybawcami eminencjo? - w głosie Ademara wyczuł ironię.
-Jak widzisz te dzikusy nie mówią ni łaciną ni cesarskim językiem Niemców, ja nad nimi tą przewagę posiadam iż ich prymitywny dialekt rozumiem. I choć gardzę nim, posłużyć się umiem. Ciekawi mnie to po cóż owym głupcom imć naszym "bohaterom" dialekt własny, oczywistym jest jakoby cesarstwo jako państwo najprzedniejsze, zniewoli w końcu tą dzicz nie przejednaną.- Roderyk ciągną swój wywód ozdabiając go coraz to piękniejszymi formami i porównaniami.
- Póki co eminencjo, to myśmy na ich łaskę i nie łaskę zdani.- przerwał gorzko Ademar.
-Winniśmy hrabio nie jak owce Chrystusowe, lecz jak bicz Jehowy być. Tak, mój drogi panie czytałem tłumaczone z hebrajskiego księgi ! Ojciec naszego Pana ogniem nawracał ! Ogniem i mieczem.- Roderyk unosił się coraz bardziej, i choć słowiańskie plemię go nie rozumiało zaczynało groźnie nań zerkać.- Tak ! Powiadam wam, pogan, grzeszników, zdrajców i sodomitów...- tu urwał, słowo to przywołało wspomnienia, lecz kapłan nie chciał ich rozpamiętywać. Słowianie zauważyli iż kapłan zamilkł więc uspokoili się i wieźli ich dalej. Choć ludy zza rzeki Łaby uprawiali ziemię prymitywnymi sposobami przed oczyma kapłana rozpościerały się połacie terenów porośniętych falującym zbożem i złocistą pszenicą. Na pola schodzili się już pierwsi chłopi. Mimo iż owe księstwa zamieszkane były przez tak prymitywne plemiona dzikusów nie można było odmówić im piękna. Krzyż swobodnie obijał się o pierś duchownego, jako osoba pochodząca ze znamienitego rodu, mógł się pochwalić nie byle medalikiem a dużym, ciężkim krzyżem z czystego srebra wysadzanego kamieniami szlachetnymi. Po kilku godzinach jazdy przez pola oczom cesarskich podróżników ukazał się wzgórze. Okopano je kilkoma suchymi fosami wypełnionymi naostrzonymi kłodami, a sam gród otoczono drewnianą palisadą obłożoną wałami z ziemi. Wjechać można było tylko przez drewnianą bramę po której bokach stały dwie wierze strażnicze, do bramy prowadziła kręta droga którą przejechali w nie długim czasie. Roderyk rozglądał się po miasteczku, najbliżej palisady wybudowano stajnie i spichlerze w których trzymano zapasy żywności. Niemal całą zabudowę grodu stanowiły drewniane chaty, kryte strzechą u ich szczytu znajdowały się otwory którymi wylatywał dym z palenisk. Świat Słowian nie należ do wielkiego, cywilizowanego świata chrześcijan. Dlatego widok rycerzy w zbrojach i haftowanych pelerynach wzbudził wielkie zainteresowanie mieszkańców i nie tylko malutkich chłopców z płowymi czuprynami i małymi drewnianymi mieczykami a także dziewczynki ze szmacianymi laleczkami ale największe zainteresowanie zagranicznie emisariusze wzbudzali u rosłych mężczyzn podziwiających precyzyjny kunszt zbroi i mieczy. Pewnie żaden z zachwyconych cesarskimi emisariuszami, tubylców nie wiedział że to właśnie oni wymagali ratunku. Osada na podgrodziu wyglądała raczej na spokojną a panował w niej wiejski klimat mężczyźni często mieli na sobie lniane koszule i spodnie a kobiety suknie i nakrycia głowy, dzieci ganiały się po klepisku lub kryły w ciemnych zakamarkach miedzy chatami. Kiedy przejechali następną bramę znaleźli się w grodzie, potężny dwu piętrowy budynek z drewna otoczony czterema wieżami i kryty strzechą przypominał nawet zamek. Drzwi, okiennice i kolumny zdobiły piękne wyryte w drewnie płaskorzeźby. U drzwi czekał już na nich wódz, być może nawet książę otoczony przez swych wojów. Wojownicy, także ci którzy eskortowali drużynę Ademara mieli na sobie grube skurzane kaftany i kolczugi ich głowy chroniły szyszaki a w dłoniach dzierżyli włócznie, choć u pasów zatknięte mieli miecze i noże. Hrabia oraz jego orszak zgiął kolano przed księciem, ale dla kapłanowi wydało się to niegodne klękać przed poganinem dlatego też pochylił się tylko delikatnie. Nie spodobało się to wodzowi Słowian, mężczyzna ów wzrostem przewyższał wszystkich zebranych tu a pierś jego wielkością przypominała tura. Odziany w długą barwioną szatę i zarzucone na ramiona futro wyróżniał się wśród poddanych a jego długie jasne włosy opadały na plecy tak jak broda jego na pierś. Podszedłszy do Ademara położył nań rękę na której palcu widniał duży pierścień. Ademar wstał i przemówił do wodza, Roderyka zdziwiło to gdyż nie podejrzewał on hrabiego o znajomość języka Słowian.
-Ja i moi ludzie wdzięczni jesteśmy za nocny ratunek.
-I ja rad jestem z tego powodu, ale prawdę mówiąc mieliście wiele szczęścia. W południe nasi łowczy wyruszyli upolować zwierzynę, gdy nie wrócili ciemną nocą wysłaliśmy im pomoc.
-Widać takie było przeznaczenie.- Ademar uśmiechną się cierpko.
-A te tu...- wskazał na Roderyka.- ...w sukni z medalionem do puszczy się udał ?- wódz nie krył zdumienia. "Cóż za głupiec i prostak się skrywa pod tą maską poczciwca." Napuszył się w myślach kapłan.
-To kapłan naszego Boga, to jego strój... jak waszych szamanów.-wyjaśnił Ademar a Słowianin przytaknął ze zrozumieniem.
-A kim są moi zacni, zagraniczni goście ?
- Jam jest Hrabia Ademar ci ludzie to moi dzielni rycerza a kapłan zwie się Roderyk, przybywamy w imieniu naszego księcia i za zgodą cesarza. Nasza misja ma dość delikatny charakter więc czy mógłbym prosić o rozmowę z tobą Panie ? Później i bez zbędnych świadków ?
-Zgadzam się hrabio.
-Jeśli możemy wiedzieć, jak zowie się władca którego ludzie nas ocalili ?- Ademar przemawiał cały czas zgięty.
-Nazywam się Drogomir i jestem księciem tych ziemiach.
- Wasza książęca mość, czy nie przybyli tu inni Niemcy ?
-Nie. A powinni ?
-Nasz oddział liczył wielu ludzi, rozdzieliliśmy się a następnie zgubiliśmy.
-Nie przybył nikt przed wami. Jeśli się zjawią ugoszczę ich. A teraz zapraszam, każę was umyć i nakarmić do syta.
- Wasza książęca mość jest nazbyt miły.- kontynuował swój wywód cały czas będąc zgiętym. Roderyk nawet zza muru widział korony drzew. "Czy cały ten nędzy kraj porasta ta cholerna puszcza?"
-Kapłanie !- krzyknął jeden z wojów. Duchowny z obrzydzeniem i wyrzutem spojrzał na poganina, "Tutejsi siepacze są nawet mniej rozgarnięci od naszych" pomyślał. Barbarzyńca też patrzył nań niechętnie lecz gdy ten podszedł wskazał mu grotem włóczni Słowiankę, inną od wszystkich szczuplejszą, wyższą i bardziej jędrną nałożyła na siebie spodnie koszulę i skurzaną kurtkę.
-Co z nią?
-To ona cię uratowała. Tomira się nazywa, jeśli chcesz podziękować. Uważaj twarda kobita.
-Nie jesteśmy na ty i nie zamierzam nikomu dziękować.- żachnął się kapłan.
-Nie wdzięczni jesteście. A ty szczególnie, uważaj to nie cesarstwo może ci się coś złego przytrafić.- mężczyzna stał a kapłan odwrócił się i ruszył do domostwa, cały czas zerkał i widział że dzikus go obserwuje, niepokoiło go to ale strachu przed bezbożnikiem nie okaże. Dwie służki zaprowadziły kapłana do dużego pomieszczenia pełnego świec i wypełnionego zapachem lawendy, podłogę wyłożono futrami a pośrodku stała rzeźbiona drewniana balia z gorącą parującą wodą. Służka położyła na małym stoliczku ubranie i patrząc w mętne szare oczy kapłana starała się coś wydusić.
-Znam wasz język.- wycedził sucho Roderyk.
-Panie, nie mamy takich szat jak w waszym kraju ale możemy cię odziać w suknię księcia.- mówiąc to ze strachem odłożyła szaty na stolik. Zdziwiły nieco duchownego, zrobiono ją z materiału nie najwyższej jakości lecz wzór wydawał się dość cywilizowany, dlatego uśmiechnął się lekko ale tylko na chwilę.
-Moja rana kobieto.- wyszeptał ściągając swe sukno, jego nagie ciało pokryło się już potem od pary bijącej z bali. Służka usłużnie wytarła ranę i ze strachem w oczach zerkała za każdym razem gdy ten jękną, choć ani razu jej nie uderzył. Po obłożeniu razy okładem zanurzył się w bali i wycedził.
-Wyjdź już.- kobieta zrobiła to posłusznie. Roderyk wyprostował swoje obolałe zmęczone nogi, teraz czuł jak bolące mięśnie się rozluźniają, oddech wyrównuje, oczy przymykają a głowa zaczyna myśleć. Dopiero teraz zaczął rozmyślać nad swym bratem. Robert jako najmłodszy z czwórki braci najgorzej zniósł tragedię rodziny i śmierć najstarszego brata Rudolfa. Każdy przeżył to na swój sposób, w każdym pozostał ślad lecz mimo to jeden z nich, Ryszard wyszedł z tego mocniejszy. Kiedy Ryszard poinformował Roderyka co się stało ten nic nie rozumiał. I nadal nie rozumiał co wywiało tego delikatnego poetę, buntownika i romantyka w te opuszczone prze Boga tereny.
Ubrany w nową szatę duchowny zawiesiwszy na szyi krzyż ruszył na ucztę. Po środku wielkiej sali rozpalono palenisko na którym pieczono dorodnego prosiaka, w okuł ognia ustawiono stoły zastawione innymi mięsami, trunkami oraz rozmaitymi miejscowymi specjałami. Sale zdobiły znowu piękne rzeźbione w drewnie kolumn, na ścianach dumnie wisiały oprawione skóry wilków, niedźwiedzi, saren, jeleni oraz ich głowy. Pomieszczenie wypełniał zapach jedzenia i dymu który w pełni oddawał atmosferę biesiady. Roderyk zerkał z obrzydzeniem nie tylko na pogan ale także na swych pobratymców którzy porzucając wszelkie maniery, bez żadnego wstydu opychali się jadłem, trunki lały się po ich zapitych mordach a rubaszne i sprośne żarty mocno przekraczały granicę jakiego kolowiek smaku. Roderyk jak i Ademar nie mogli wyjść z podziwu jakie właściwości posiada alkohol, bo oto ludzie innej religii, rasy, kultury a nawet mówiący innymi językami po wypiciu odpowiedniej ilości tego napoju zaczęli mówić jednym wspólnym językiem. Żona Drogomira rozlewała coraz więcej miejscowego napitku a książę im więcej wychylił kufli tym chętniej dzielił się owym napojem ze swymi zagranicznymi gośćmi. Czujny wzrok hrabiego omiatał salę choć nic nie zapowiadało jakoby miałoby dojść do jakiejś burdy. Kapłan wykonywał znak krzyża ilekroć jedna z żon księcia, a miał ich około sześciu, ocierała się o niego lub rzucała mu spojrzenie. Duchowny mimo całej swojej niechęci spożył jadła i wychylił parę kufli, zarówno on jak i Ademar który już zrzucił maskę wdzięczności musieli ku swemu niezadowoleniu przyznać iż była to uczta wyborna. Wiercąc się na ławie i wymieniając kąśliwe uwagi z Ademarem, Roderyk wytrwał na prymitywnej zabawie aż do wieczora. Tańce się nie odbyły ponieważ pijący od południa biesiadnicy nie mogli wieczorem już nawet ustać. Siedziba księcia mogła pomieścić straż przednią a Ademar i Roderyk jako szlachetni synowie otrzymali własne izby. Drogomir stanął na ławie i oznajmił.
-Wielu z moich cesarskich przyjaciół nie zna mego języka, lecz wierzę że czci godny hrabia i kapłan przekażą sens mych słów swym rodakom.- książę przemawiał jasno i logicznie co było nie współmierne do wypitej przez niego ilości miodu pitnego. "Widać ci Słowianie mają mocne głowy". Wódz spochmurniał i kontynuował.- Mój kraj innym jest a niżeli wasz, dlatego zaklinam was po stokroć nie opuszczajcie swoich pokoi, nie opuszczajcie grodu.- kapłan zaśmiał się a gdy Słowianin zlustrował go wzrokiem ten spojrzał mu wyzywająco prosto w zielone oczy. Roderyk wiedział że ma on na myśli różne słowiańskie baśnie, a że Drogomir wyczytał myśli kapłana dlatego rzekł.- Bawi to waszą czcigodną mość ?
-Nie uwierzę w bajki o wiedźmach, gdyż palimy je u nas na stosach i ni klątwy ni krwawe pożogi na nas nie spadają. Natomiast na porzekadła o utopcach, zjawach, demonach mam krzyż mój, znak mego Pana.
-Nie odpowiem bom nie widział jak krzyż ów demony rozpędza, lecz wiem jakoby was minionej nocy nie uratował.- Drogomir uśmiechnął się przewrotnie.
-Lecz pomoc nadeszła, sądzę iż Bożym palcem tknięta została.- wycedził Roderyk.
-Mych ludzi? Innowierców palcem tknął?- książę był coraz bardziej z siebie zadowolony.
-Nie znane są wyroki Boga mego, wybacz lecz udam się na spoczynek.- urwał zdenerwowany kapłan.
-Uważaj. Wszyscy uważajcie.- rzucił za nim poganin a słowa jego zawisły w powietrzu. Duchowny zamknął się w swym małym pokoiku, stała w nim tylko mała prycza. Roderyk otworzył drewniane okiennice i wpuścił do środka rześkie powietrze wieczoru, ukląkł na ziemi i spojrzał na pełnię srebrzystego księżyca. Modlił się długo, wyśpiewywał po cichu wszelkie modlitwy i psalmy jakie potrafił sobie na tą chwilę przypomnieć. Pełen patosu głos łacińskich pieśni ulatywał ku gwieździstemu niebu. Wycie wilków. Kapłan ucałował krzyż, "Znowu te wilki, zwiastun zdrady i wspomnienie poprzedniej nocy". Zatrzasnął okiennice i ruszył przez izbę, pchnął drzwi i najciszej jak potrafił przekradł się przez korytarz. W samej sali głównej panowała cisza choć dało się tu usłyszeć echa dźwięków całego dworu. Słyszał chrapanie słowiańskich wojów, burdy jego cesarskich kompanów oraz ciche ale jednak tak go obrzydzające jęki żon i krzyki księcia dochodzące z jego komnaty. Otworzył główne drzwi i stanął na "dziedzińcu", zwykłym dużym klepisku. Wiatr uderzył chłodem jego nagą pierś, niebyło na niej krzyża. Mroczne cienie szybowały przez niebo. Uczucie które kazało mu wyjść na zewnątrz minęło ale uczucie niepokoju ciągle narastało dlatego odwrócił się i ruszył z powrotem. Zatrzasną za sobą wszystkie drzwi i wszystkie okiennice po czym spoczął na pryczy. Nie mógł zasnąć lecz to nie brak wygód mu na to nie pozwalał, lecz owo narastające uczucie.
***
Przechadzając się po porannej modlitwie Roderyk krytycznym wzrokiem spoglądał na podgrodzie ludzie mieszkający na nim byli do cna przesiąknięci pospolitością, "Nędze pogańskie parobki." pomyślał. Nie okazywano mu tutaj należytego szacunku, dzieci zeń szydziły rzucając kamieniami i ze złośliwym śmiechem uciekały, kobiety zerkały jeno z ciekawością mężczyźni natomiast z niechęcią. Łowczy wrócili z porannego polowania. Wśród łowczych dostrzegł tą kobietę, Tomirę. Stała przy jednej z chat i patrzyła wyzywająco, kapłan odwróciłby się gdyby nie przywołała go gestem. Ruszył, nie chciał jej okazać lęku czy niezdecydowania ale równocześnie dostrzegł w jej oczach niepokój. Wyróżniała się na tle innych słowiańskich kobiet jej gęste włosy opadały kaskadą brązowych fal, nie tak jak u innych Słowianek których cienkie, płowe włosy ukrywały pod czapkami. Tomira nie należała ni do chudych przestraszonych kobietek ni do potężnych, srogich kobit skórzany strój idealnie podkreślał jej zgrabne ciało. Jej piękno onieśmielało duchownego i napawało lękiem, takim kobietą nie wolno ufać. Niechętnie podążał za Słowianką. Minęli podgrodzie i wyszli przez bramę. Zmierzał w kierunku lasu. Dogonił ją i zatrzymał.
-Czego chcesz poganko.
-Jestem Tomira.- żachnęła się kobieta.
-Czego chcesz Tomiro?- wycedził sucho Roderyk.
-Uratowałam Ci życie.- głos który wydawały jej różowe, puszyste usta był piękny niczym śpiew ptaków.
-Wdzięcznym.- odparł bez cienia sympatii.
-Wiem coś co wiedzieć zechcesz.
-Mianowicie ?- kontynuował swym obojętnym tonem.
-Musisz ze mną iść.- mówiąc to ruszyła w stronę lasu. Teraz w światle dnia dostrzegł wreszcie piękno lasu. W tym miejscu był o wiele rzadszy, pod zielony mech pokrywała poranna rosa która odbijała światło od rosnących wszędzie stokrotek i innych kwiatów. Cały las wypełniał śpiew najróżniejszych ptaków oraz dźwięki koników polnych i chrząszczy. Tomira zatrzymała się nad rzeką. Ku łagodnemu strumieniowi prowadziło kamieniste wybrzeże. Kobieta z ciągnęła koszulę i zamierzał skórzane spodnie, kapłan odwrócił wzrok i wyszeptał.
-Kusicielko Adama.
-Kim jest Adam?- spytała podchodząc do mężczyzny.
-Głupia poganka.- wypluł cicho.
-Powinieneś mnie szanować, wiem...- kobieta dotknęła ramienia kapłana. Roderyk oburzony odepchnął kobietę i wymierzył w nią krzyżem.
-Odejdź, kusicielko.- Tomira nie wytrzymała i roześmiała się perliście. Podeszła powoli i ucałowała krzyż.
-Nie jestem twoim wrogiem, twoje czary mnie nie skrzywdzą.- powiedziała bardzo spokojnie. Duchowny speszył się, zawstydził się swoim wybuchem. Sam nie wiedział co go tak uniosło, "Być może piękno kobiety?" ale tej myśli do siebie nie dopuścił.
-Pomóż mi.- Roderyk zdjął buty, podwinął suknię i wszedł do wody. Obmył nagie plecy kobiety. Jej gładka skóra i puszyste włosy uciekały mu spomiędzy palców. Kobieta ujęła jego dłoń i powiedział ze zdziwieniem.
-Nie zawsze byłeś kimś ważnym...byłeś chłopem?- Roderyk nie wytrzymał, "Ta nędza bezbożnica mnie obraziła". Wziął zamach i uderzył ją. Kobieta osłupiał lecz tylko na chwilę, chwyciła jego nogę i wywróciła go. Kiedy ten próbował się wynurzyć docisnęła jego głowę głębiej i podtapiała go chwilę, gdy go puściła spojrzała nań swymi dużymi, głębokimi oczami ciemnozielonymi jak puszcza owej nocy.
-Więc byłeś wojownikiem, nie długi czas i nie od dziecka lecz byłeś. Mimo to lata spokoju i wygód odebrały ci siłę i stałeś się słaby.
-Skąd możesz to wiedzieć? Jesteś tylko...tylko...-wspomnienia wróciły a Roderyk dyszał gniewnie ociekając wodą.
-Dłonie mogą powiedzieć dużo o człowieku. Mogłabym cię okłamać lecz dobrze życzę twemu bratu...
-Co wiesz o moim bracie? Gadaj!
-Ja nic ale, ten wasz dowódca naradza się właśnie z księciem. Biegnij. Pod wzgórzem na którym stoi gród jest grota usłyszysz wszystko dokładnie. A teraz odejdź i nie pokazuj mi się na oczy klecho.- Tomira spojrzała gniewnie i wyjęła z tobołka suknię którą na siebie założyła. Lecz Roderyk zmierzał w stronę grodu.
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania