Pokaż listęUkryj listę

Kroniki Nowego Świata - Odrobina Człowieczeństwa - cz.2

4

Stary transportowiec ruszył z trzaskiem, klekocząc zawieszeniem jak stara puszka. Przywilejem ocalałych, a niegdyś dużych miast, takich jak właśnie Nowy Wrocław była możliwość poruszania się mechanicznym środkiem transportu. W dużych skupiskach ludzi udawało się znaleźć inżynierów, którzy potrafili w prymitywnych warunkach filtrować i destylować zleżałe paliwa, tak aby potem używać je w starych silnikach diesla. Waranowi było to na rękę, kiedy zaproponowano aby w okolice bunkra udać się kołowym transporterem. Koń zasłużył na odpoczynek, obolałe, od wielodniowego marszu nogi włóczęgi również.

Silnik ciężarówki warczał głucho, odbijając się echem od zniszczonych bloków i powykręcanych stalowych konstrukcji dawnej dzielnicy przemysłowej. Waran siedział w luku tansportowym, wpatrzony w brązowoszare niebo, które jakby od miesięcy nie widziało słońca. W dłoniach trzymał karabin - stary, złożony z części kilku innych modeli. Na kolanach spoczywała brudna szmata, którą powoli czyścił lufę. Bliżej kabiny, wśród skrzyń z amunicją i kanistrów, siedzieli trzej żołnierze prezydenta, czwarty prowadził pojazd. Byli różni. Jeden z nich - Goryl, tęgi mężczyzna z tatuażem trupiej czaszki na karku - nie spuszczał z Warana oka. Drugi, młody Szymek, przez kolegów pogardliwie nazywany Majtasem, ledwie dwudziestolatek z oczami wiecznie szeroko otwartymi ze strachu, co chwila zerkał na niego z ciekawością, jakby patrzył na postać z mitycznych opowieści. Pozostali dwaj gadatliwi - Kulawy i Lis, doświadczeni żołnierze, którzy nauczyli się, że w tym świecie każde słowo może być ostatnim, więc nie warto ich tłumić w sobie. W przedziale brzęczała broń, blaszane manierki, skrzynie z amunicją i kilka starych gratów. Przed nimi - droga ku betonowym wyłomom, które rozpościerały się na południu, gdzie kiedyś mieściła się dźwięczna dzielnica miasta - Bielany.

- Mówią, żeś sam ubił Drakulę - odezwał się Goryl, spluwając na deski paki. - To prawda, czy bajka dla dzieci?

Waran spojrzał na niego marszcząc brwi.

- Zależy, czy wierzysz w bajki. - stwierdził z nieudawaną irytacją w głosie.

Goryl parsknął.

- W te po wojnie trudno nie wierzyć. Ale jak to zrobiłeś? Gość był nie do zabicia, wyżynał nasze patrole we wschodnim sektorze jak bydło, nasi chłopcy wracali w strzępach.

Waran poprawił pasek karabinu, zabrzęczał zamkiem, sprawdzając jego prawidłowe funkcjonowanie.

- Nie ma potworów nieśmiertelnych. Są tylko ludzie, którzy nie wiedzą, jak je zabić. - stwierdził bez emocji.

- Filozof nam się trafił... - mruknął Kulawy mląc w ustach zapałkę. - A ja myślałem, żeś tylko dzikus z pustkowi.

- To się nie wyklucza - odparł Waran spokojnie. - Tam skąd pochodzę, życie bez filozofii, to życie pozbawione sensu.

- A skąd pochodzisz? - Zapytał Szymek roztrzęsionym głosem, bojąc się, że znów oberwie mu się za niemądre pytanie.

- A czy to ważne? - Waran znów odwrócił się ku szybie, próbując wykręcić się od odpowiedzi.

- Ważne! - Rzucił stanowczo Goryl - Podobno wy, Włóczędzy szwendacie się po skażonych terenach i rozsiewacie zarazy i przynosicie tylko plugawą śmierć. Wolelibyśmy wiedzieć z kim mamy do czynienia, skąd pochodzi naszej wątpliwej reputacji nowy członek załogi, który na dodatek stał się oczkiem w głowie naszego prezydenta. Jeśli mamy zginąć to musimy wiedzieć kto walczy u naszego boku. Taka tradycja, więc proszę uszanuj ją i wytłumacz nam łaskawie, jakie atomowe gówno spłodziło takiego dziwoląga jak ty? Podobno niektórzy z was rodzą się w anomaliach? Ty jesteś pomiotem jednej z nich?

Waran przez chwilę milczał. W przedziale zapadła cisza, przerywana tylko dudnieniem kół i stukotem metalowych elementów. Spojrzał na towarzyszy podróży, w ich oczach nie było ciekawości, tylko lęk. Widział go już tysiące razy, od lat, ten sam rodzaj strachu, gdy ludzie czują, że coś w tobie jest nie tak, coś, czego nie potrafią nazwać.

- Mówisz, że jestem pomiotem - odezwał się w końcu, głosem niskim, zmęczonym. - Może masz rację. Ale nie żadnej anomalii. Ja pochodzę stąd... z tego samego świata, ale z innych czasów. - Żołnierze wymienili krótkie spojrzenia. - Zanim to wszystko się zaczęło - ciągnął Waran - byłem dzieckiem. Pamiętam... jak zawyły syreny. Jak niebo rozdarło się ogniem. Miałem może siedem, może osiem lat. Ojciec kazał nam biec do opuszczonej kopalni soli. Tam, pod ziemią, przetrwaliśmy pierwsze tygodnie. W ciemności, w smrodzie ludzkiego potu. - Zamknął oczy, jakby znów widział tamten moment. - Jednak szybko przyszedł głód i choroby. Kiedy zabrakło jedzenia, zabijaliśmy szczury. Często grasowałem po zaułkach kopalni w ich poszukiwaniach, i podczas jednego z polowań, jeden z tych gryzoni mnie ugryzł. Z początku myślałem, że to nic, ot zwykła rana. Ale nazajutrz przyszła gorączka, która nie ustępowała przez kilka kolejnych dni. Zacząłem czuć odosobnienie, wstręt do wody i jedzenia. Wśród ocalałych był jakiś lekarz, zbadał mnie i postawił diagnozę: wścieklizna. Wtedy... - zrobił pauzę - wtedy wyrzucono mnie z kopalni i pozostawili na pastwę losu. Kilka godzin czekałem pod bramą w nadziei, że ją otworzą. Moje oczekiwanie było bezcelowe więc ruszyłem przed siebie. Osłabiony i w amoku nie wiem dokąd zmierzałem. Jak przeżyłem pierwsze noce? Nie wiem. Nie jadłem, nie piłem, w końcu ocknąłem się w jakimś lesie. Z majaków wybudził mnie potężny ból w klatce piersiowej. Z uszu zaczęła sączyć się krew. Sączyła się z każdego otworu w moim ciele. Nawet z oczu. - Towarzysze podróży słuchali z niedowierzaniem, Szymek zdawał się odchodzić od zmysłów. - Padłem na ziemię, wymiotowałem, ból wykręcał mi stawy, słyszałem jak łamią się moje kości. Kiedy chwyciłem się za głowę, poczułem że wyłysiałem już prawie doszczętnie. Zęby zaczęły chwiać się w przód i w tył w rytm konwulsji jakie doświadczało moje ciało. I kiedy myślałem, że to już koniec - zawahał się - obudziłem się z letargu. Pamiętam, że był ranek, świeciło słońce, trawa pachniała rosą. Odżyłem... - Spojrzał na nich powoli, jakby sam nie dowierzał temu, co mówi. - Byłem inny. Głód przestał mnie trapić. Rany się zagoiły. Czas przestał płynąć tak, jak wcześniej. Od tamtej pory... Jestem potworem.

- To niemożliwe! - oburzył się Lis - wymyśliłeś tę ckliwą historię, tylko po to, aby zyskać naszą przychylność - splunął pogardliwie w bok.

- Zamknij się ruda pało! - Zganił go Goryl. - On nie wymyślił tej historii. Znałem wcześniej już jednego Włóczęgę, i opowiedział mi swoją historię. Podróże przez skażone strefy zawsze kończą się zgonem, ale ten jeden jedyny odsetek osób potrafi sprzeciwić się promieniowaniu i przechylić jego wpływ na swoją korzyść. Tak właśnie rodzą się Włóczędzy: pielgrzymi przez piekło. Żaden z nich nie wie czy ich narodziny to dar, czy przekleństwo.

Cisza w przedziale zgęstniała. Szymek odwrócił wzrok, Kulawy po raz pierwszy nie miał nic do powiedzenia.

- Jak to możliwe, że pamiętasz tamten świat? - zapytał wreszcie Goryl. - Jak to możliwe, że pomimo takiego wieku się nie starzejesz? Wyglądasz jakbyś miał dopiero koło trzydziestki.

- Promieniowanie. - Waran odpowiedział bez emocji. - Daleko jeszcze do tego bunkra? Ściemnia się.

- Za chwilę będziemy, aż tak ci spieszno do tej piękności, Baby Jagi? - Lis, uniósł się z podłogi i wyjrzał przez okno, po chwili znów usiadł, i wyciągnął skręta. Zaiskrzył zapalniczkę, zaciągnął się wyrobem tytoniopodobnym. - Lada moment i będziemy. Opowiadaj co z tym promieniowaniem, jak to możliwe że dzięki niemu wyglądasz lepiej ode mnie. - zakasłał i podał dalej prowizorycznego papierosa.

Waran uniósł na niego białe, martwe oczy. Blask lampy, umieszczonej na suficie pojazdu odbił się w źrenicach jak w mleku.

- To promieniowanie, które zazwyczaj zabija w ciągu kilku dni, zagnieździło się w moim ciele jak pasożyt. Karmi się każdą kolejną dawką, i zagnieżdża coraz bardziej, zakorzenia w każdym ułamku tkanki ciała, w krwi, w układzie nerwowym, w mózgu... - jego oczy znów błysnęły, jakby wewnątrz nich wytworzyło się jakieś nieopisane słowami światło - i w duszy. Niszczy ją, rozrywając na strzępy człowieczeństwo, które każdy z Wędrowców chce za wszelką cenę w sobie zachować. Odrobina człowieczeństwa - szepnął - tylko tyle, i aż tyle. Tylko to się liczy, by zachować tę ostatnią iskrę na pozostanie człowiekiem, zanim to coś zawładnie nami w pełni. To cholerne promieniowanie to choroba, która prowadzi z nami wojnę totalną, na wyniszczenie - na wyniszczenie człowieczeństwa.

Zapadła cisza. Tylko silnik burczał jednostajnie, a metalowe zawieszenie jęczało przy każdym wyboju. Waran siedział nieruchomo, z dłonią na kolbie karabinu. Na jego szyi drgały mięśnie, jakby coś pod skórą chciało się wyrwać.

- Choroba? - mruknął Goryl. - Raczej błogosławieństwo, jeśli patrzeć na ciebie i twoją gębę. Może faktycznie nie jest zbyt urodziwa, i matki chowają przed tobą dzieciaki, ale wyobraź sobie, że każdy z nas chciałby liczyć tyle wiosen co ty. W dzisiejszym świecie trudno dożyć do trzydziestki. Kobiety ledwo dociągają do przedwojennej bariery pełnoletności. Majtas nie przeżyje pewnie nawet dzisiejszej nocy - roześmiał się w głos, a Szymek, nazwany przez niego Majtasem schował głowę w ramionach.

- Przedwojnie - Wymrotał powoli wystraszony Majtas. Głos miał rozedrganym. - Czas pokoju, czas gdzie mógłbym ze spokojem marzyć o przyszłości, marzyć o dorosłości, o miłości. - pociągnął nosem. - Dlaczego tamten świat się skończył? Dlaczego musiał nastać Czas Atomu?

- Bo ludzie zawsze chcą więcej - powiedział spokojnie kierowca: dotąd cichy, skupiony na drodze. Głos miał chropowaty, spękany jak rdza, ale niósł się po przedziale z siłą, jakiej nikt się nie spodziewał. Był stary. Bardzo stary. Waran pomimo swoich wędrówek, widział tylko kilku Jaskiniowców, jak określano ludzi którzy rodzili się przed Trzecią Wojną Światową, a którzy dożyli takiego wieku, nie wliczając w to oczywiście Wędrowców. - Zawsze im mało. Mało ziemi, mało władzy, mało boga, mało prawdy. Budują, żeby zniszczyć. Odkrywają, żeby zapomnieć. Widziałem to... na własne oczy. Widziałem upadek człowieka, tego który miał panować nad światem, być jego prawowitym władcą. Widziałem jak krztusi się powietrzem, które sam zanieczyścił, jak dławi się własną krwią, przelewaną na ulicach niewinnych miast. Widziałem jak jego ciało rozszarpują inni, jak rozrywają je bomby, przeszywają pociski karabinów. Słyszałem świat bomb, huk dział bojowych. Widziałem głód, mord i nierząd. Byłem świadkiem jak na popiołach człowieczeństwa wzrasta nowy władca ziemi: śmierć. A my jesteśmy już tylko jej marionetkami. Mieliśmy być wielcy, ale zgubiła nas własną pycha. Człowiek zawsze chce więcej! Tak! To się nigdy nie zmieni.

Cisza wypełniła cały przedział dla pasażerów. Waran spoglądał w okno jakby widział za nim projekcie końca świata.

Ruiny bloków, pocięte, powyginane, porośnięte rdzą stalowe szkielety, rozpadające się neony. Wśród nich przemykały czarne ptaki. Stary Wrocław i jego koniec. Oczyma wyobraźni widział upadek tej części kraju. Upadek inny, ale jakże podobny do tego którego doświadczał na swojej skórze. Upadek człowieczeństwa.

- Jesteśmy blisko - powiedział w końcu Goryl, dźwigając masywne cielsko z pokładu. - Przygotować się.

 

5

 

Odrapane ściany i wąskie przejścia potęgowały klaustrofobię bunkra. Zanurzony kilkanaście metrów pod ziemią kompleks schronów przeciwlotniczych był zrujnowany i przesiąknięty wilgocią. Chłód wciskał się pod grube mundury, oblepiał skórę i wnikał głęboko w kości. Te podłe warunki okazały się jednak idealnym gniazdem dla jednego z najbardziej bestialskich stworzeń, jakie Waran spotkał na swoim szlaku. Schodzili ostrożnie po śliskich, miękkich stopniach porośniętych mchem. Wędrowiec prowadził, rozcinając mrok ostrym światłem pochodzącym z latarki prowizorycznie przyklejonej taśmą do karabinu. Za nim podążała reszta załogi. Karabiny i strzelby czekały w gotowości. Goryl kurczowo ściskał granat, ukrywając go dyskretnie przed wzrokiem przewodnika. Lis i Kulawy, idący tuż za nim, przekomarzali się półgłosem o to, który z nich przyniesie Prezydentowi łeb potwora na srebrnej tacy. Na samym końcu niczym cień snuł się Majtas. Szeptał modlitwę do boga, o którym większość ocalałych dawno zapomniała - prosił Ojca w niebiosach, by jeszcze raz na niego spojrzał i wyciągnął pomocną dłoń.

Dotarli do przedsionka, w którym przejście rozgałęziało się na kilka odnóg. Waran omiótł ściany światłem i przyklęknął. W wilgotnej kurzawie, naniesionej przez przesiąkającą wodę gruntową, leżał fragment dziecięcej czaszki. Za jego plecami rozległ się nagły łoskot, który narastał, odbijając się od betonowych ścian wąskich korytarzy. Waran natychmiast skierował tam latarkę. To Szymek, przerażony znaleziskiem, poślizgnął się i rozpłaszczył na schodach. Na jego twarzy malował się czysty strach.

W tym samym momencie z głębi ciemności dobiegł wizg. Świst przeszedł w skowyt, a ten w coś, co przypominało śmiech - piskliwy, urywany, dziecięcy. Jakby ktoś próbował naśladować radość, nigdy jej wcześniej nie doświadczywszy. Dźwięk odbijał się od ścian, łamał się w labiryncie przejść i wracał zwielokrotniony, zniekształcony, aż trudno było określić kierunek, z którego nadchodzi. Waran powoli wstał, upuścił kość i otrzepał dłoń z wilgotnego pyłu.

- Cisza - rzucił krótko, ale takim tonem, że wszyscy zamarli.

Lis urwał zdanie w pół słowa. Kulawy głośno przełknął ślinę. Goryl zacisnął palce na zawleczce granatu, aż pobielały mu knykcie. Wbrew ostrzeżeniom, naprawdę rwał się do wybuchowego rozwiązania, nie licząc się z jego konsekwencjami. Majtas, wciąż przyciśnięty do stopni, drżał, cicho powtarzając bezgłośnie słowa modlitwy.

Z mroku dobiegł kolejny dźwięk.

- Tato...? - Głos był czysty. Miękki. Zbyt czysty jak na to potworne miejsce. Nie niósł w sobie strachu, lecz błagalną prośbę. - Pomóż mi... tu jest tak zimno...

Waran poczuł, jak coś w nim drgnęło. Nie serce - ono dawno było martwe - lecz głęboko skrywany, stary odruch z czasów, gdy jeszcze wierzył, że porwane przez mózgorzera dzieci da się uratować. Snop latarki zadrżał tylko na ułamek sekundy.

- Nie odpowiadać - rozkazał ostro. - Nie iść za tym. To nie dziecko.

- Ale... - wychrypiał Majtas. - To brzmi jak...

- To brzmi dokładnie tak, jak ma brzmieć - przerwał mu Waran. - Baba Jaga nie poluje wyłącznie pazurami i zębami. Poluje również tym, co nosicie w głowach.

Głos odezwał się ponownie, tym razem znacznie bliżej.

- Dlaczego mnie zostawiłeś...?

Krople wody, spadając z sufitu, uderzały o beton niczym zegar odliczający ich czas. W świetle latarki Wędrowiec dostrzegł ślady na murach: długie, nieregularne bruzdy, jakby coś tarło o nie pazurami... albo ludzkimi palcami.

- Goryl - mruknął. - Schowaj to żelastwo. Chcesz nas wszystkich pogrzebać? Granat to ostateczność. - Spojrzał na pozostałych. - Lis, Kulawy: jeśli ją zobaczycie, ogień ciągły. Nie celujcie w głowę, to nic nie da. Ona bez przerwy zmienia kształt. Majtas... - odwrócił się do chłopaka. - Jeśli usłyszysz matkę, siostrę albo swojego boga, zamknij oczy. I strzelaj tam, gdzie ja. Przy odrobinie szczęścia, może nas nie pozabijasz.

Chłopak skinął głową. Łzy spływały mu po policzkach, ale palec oparł już na spuście.

W głębi korytarza coś się poruszyło. Coś ciężkiego stąpało twardo po posadzce, wywołując wibrujące echo. Makabryczny śmiech powrócił, ale teraz był wielogłosowy. Kilka dziecięcych gardeł nakładało się na siebie, fałszowało i urywało w przypadkowych momentach.

- Waran... - wyszeptał Kulawy. - Ona zna nasze imiona.

Wędrowiec nie odpowiedział. Jego oczy pobielały jeszcze bardziej, jakby mleczna ciecz całkowicie wypełniła je od środka. Jasny snop światła zatrzymał się na końcu korytarza.

Z ciemności wyłoniła się sylwetka. Ciało miała nienaturalnie wydłużone, poskręcane, o proporcjach, które nigdy nie należały do człowieka. Kilka cienkich kończyn opierało się o ściany, inne zwisały bezwładnie, ciągnąc się po betonie niczym martwe węże. Szara, miejscami niemal przezroczysta skóra była napięta na kościach jak mokry pergamin. Pod jej powierzchnią coś pulsowało - drobne, obrzydliwe drgania, jakby wewnątrz pełzały setki mniejszych pasożytów. Głowa była jednak najgorsza. Zbyt duża, osadzona na wiotkiej szyi, pozostawała przechylona pod niemożliwym kątem. Długie, przerzedzone nitki siwych włosów odsłaniały łysinę. Twarz nie miała stałej formy. Rysy przesuwały się po niej jak maski z gnijącego mięsa: raz były dziecięce, raz kobiece, by po chwili stać się zupełnie bezkształtną masą. Usta rozciągały się chorobliwie szeroko, odsłaniając rzędy zepsutych kłów. Postać ukazała się tylko na ułamek sekundy. Jak błąd wzroku, jak cień, który nie miał prawa istnieć. Wykręcona, wychudzona poczwara postała chwilę na granicy światła, po czym zanurkowała w ciemność, zostawiając po sobie piskliwy, dziecięcy chichot.Waran wiedział, po co to zrobiła. Baba Jaga nie była zwykłą mutacją. Była stworzeniem rozumnym. Myślącym pasożytem, który zamiast w ciało, wgryzał się w umysł. Strach był jej narzędziem, sugestia ostrzem, a poczucie winy trucizną. Karmiła się paniką, wspomnieniami i obrazami wyciąganymi z najgłębszych zakamarków świadomości. Chełpiła się tym bardziej niż pożeraniem ludzkiego, dziecięcego mięsa. I trzeba było przyznać - robiła to po mistrzowsku. Jeśli wcześniej załoga obawiała się o swoje życie, teraz zyskała absolutną pewność, że wchodzą do piekła.

Waran skinieniem głowy nakazał marsz naprzód. Chwiejny blask latarki rozcinał mrok, obnażając kolejne zakamarki schronu. Ściany lepiły się od wilgoci i starego nalotu, który przypominał zaschniętą tkankę. Szli gęsiego, tak blisko siebie, że czuli na karkach cudzy, gorący oddech. Każdy krok wydawał się za głośny. Każde westchnienie, brzmiało jak zaproszenie potwora do walki.

Dotarli do rozwidlenia. Tunele prowadziły na wprost, w lewo i w prawo.

- Tato... - szepnął czyjś głos z ciemności.

Kulawy drgnął. Lis przeklął pod nosem. Goryl mocniej chwycił broń.

- To nie jest prawdziwe, trzymać nerwy na wodzy! - warknął Waran, odtwarzając w pamięci plan, który przekazano mu w ratuszu. Bunkier był labiryntem, a ogniwo, którego szukali, znajdowało się w samym sercu kompleksu. Tymczasem deprymujący śmiech i kroki niosły się już ze wszystkich stron naraz.

- Na wprost - zdecydował Wędrowiec.

W ciasnym przejściu poniewierały się porozrzucane garnki, słoiki i stare puszki. Relikty dawnego magazynu. Teraz idealny system alarmowy. Waran nie zdążył ostrzec ludzi. Rozległ się głośny, metaliczny brzęk. Szymek zahaczył butem o zardzewiałe, metalowe naczynie. Runął jak długi na beton, a naczynie potoczyło się w mrok, tłukąc się z hałasem o ściany. Dźwięk niósł się potężnym echem. Długo. Zbyt długo. Chwilę później coś wrzasnęło tak przeraźliwie, że włosy stanęły im dęba. Światła latarek gwałtownie powędrowały na tył szeregu. Zobaczyli tylko sine, nienaturalnie długie szpony, zakończone pazurami ostrymi jak chirurgiczne skalpele. Z impetem wbiły się w plecak Szymka, rozrywając materiał, ubranie, skórę i mięśnie. Krew trysnęła na ścianę. Chłopak zaczął krzyczeć. Nie jak żołnierz, lecz jak katowane dziecko. Bestia błyskawicznie wciągnęła go w boczną odnogę, którą minęli sekundy wcześniej. Szary beton zabrudził się poszkalowaną posoką, a zaraz potem czymś ciemniejszym i znacznie gęstszym. Krzyk przeszedł w bulgot, charczenie i nagły, urwany jęk.

Karabiny odpowiedziały ogniem. Huk wystrzałów ogłuszył wszystkich, a kule rwały tynk, rury i stare kable. Gdy w końcu oświetlili boczny tunel, zastali tam tylko pustkę.

Nie było Baby Jagi.

Nie było Szymka.

Został jedynie strzęp plecaka i mokra, ciepła smuga krwi spływająca po ścianie jak ślad ciągniętych palców.

- Pomóżcie mi... - dobiegło nagle z przeciwnego kierunku.

To był głos Szymka. Drżący, słaby, błagalny. Lis odwrócił się gwałtownie.

- On żyje... - wyszeptał.

Coś przemknęło w ciemnościach. Kolejny chichot wślizgnął się do ich głów niczym robactwo. Najpierw dochodził z głębi kompleksu, by sekundę później odezwać się tuż za ich plecami.

- Mylisz się! Idziemy - uciął krótko Waran. Jego głos był zimny i twardy jak otaczający ich beton. - Już!

- Ale Szymek! - zaprotestował wściekle Goryl. - Nie zostawię go tej suce!

- On nie żyje, do cholery!

- Przecież słychać, jego krzyk! - wtrącił się Lis, przepychając się do przodu. - Woła nas. Głuchy jesteś, odmieńcu?

- Stój! - Waran szarpnął go za ramię. - To ja tu dowodzę. Ostrzegałem, że będzie wam mieszać w głowach. Musicie się oprzeć! - Lis wściekle wyszarpnął się z uścisku. - To ona! Grzebie w waszych łbach! We wspomnieniach i strachu. Zaraz pokaże wam matki, żony, dzieci i braci. Tylko po to, żeby zwabić was w sidła i wybić po kolei. Szymka już nie ma. Koniec. Ruszamy.

- Ty bezduszne ścierwo. Prawda to co o was mówią. - Goryl chwycił Warana za kołnierz kombinezonu. - Może tam, na pustkowiach, skąd pochodzisz, sra się na towarzyszy broni, ale ja nie odejdę, dopóki sam nie sprawdzę. - Splunął mu pod nogi.

Z korytarza obok dobiegł nowy dźwięk. Nie był to już krzyk. To było głośne, mokre mlaskanie.

- Chcesz zginąć? Droga wolna - skwitował Waran, wyswobadzając się z uścisku. - Ale śmierć Szymka przypisz Prezydentowi, bo to on wysłał dzieciaka na rzeź. My idziemy. - Skinął na resztę załogi.

Kulawy, blady jak ściana, ruszył posłusznie za Wędrowcem. Lis zawahał się przez ułamek sekundy, po czym przeładował broń i pobiegł za Gorylem. Ich kroki szybko ucichły w ciemnościach. Waran parsknął krótko, bez krzty humoru.

- Głupcy - mruknął z irytacją.

Mijali kolejne zaułki. Im głębiej schodzili, tym smród stawał się gorszy. Słodki, gnijący, duszący. Wżerał się w skórę, w ubrania i myśli. To był odór dziesiątek ciał. Niektóre były świeże, inne dawno obróciły się w nagie kości. Ściany umazano czymś, co przypominało setki odcisków małych, dziecięcych dłoni. Waran układał w głowie mapę: w prawo, na wprost, znów na wprost. Czuł, że cel jest blisko.

- Poczekaj...

Kulawy nagle osunął się na ścianę i gwałtownie zwymiotował. Raz, drugi, trzeci. Waran stał obok niewzruszony odorem, który pozbawiał jego towarzysza tchu. Nozdrza i układ nerwowy Wędrowca były przystosowane do takich rzeczy. Mutacja dała mu organizm odporny na najgorsze plugastwa Nowego Świata.

- Skończyłeś? - zapytał, nie z troski, lecz byle popędzić go dalej.

Towarzysz pokiwał słabo głową i otarł usta rękawem kurtki.

Wtedy z sąsiedniego korytarza, tuż za ścianą, dobiegł potężny huk wystrzału. Po chwili kolejny, a potem cała lawina ognia. Gdzieś obok nich rozpoczęła się regularna bitwa. Bestia wyła donośnie, z dzikim triumfem, zagłuszając krzyki ludzi. Karabiny grzmiały jak opętane, ale strzały stawały się coraz bardziej chaotyczne i paniczne. Waranowi i Kulawemu pozostało jedynie przysłuchiwać się krwawemu dramatowi, który rozgrywał się za ścianą, tuż obok nich.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania