Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
KTO WYJDZIE, TEN UCIEKNIE. PROLOG ( weekendowe opowiadanie Grozy/Mystery )
KTO WYJDZIE, TEN UCIEKNIE. PROLOG
(weekendowe opowiadanie Grozy/Mystery)
Czy zdarzyło Ci się kiedykolwiek uznać, iż... " zanudzasz się na śmierć ".? Przeczytaj zatem o miejscu: traktującym fakt śmiertelnie poważnie.
PROLOG
Dwuskrzydłowo kuta, kręconymi w rozżarzonym żelazie sztabami, wjazdowa furta: przydzwaniała zawodliwie uskrzypując, niczym natchniona zewem wilczego powywu, zamiast słanego klistymi szczękami gardła, posiadając masyw zawiasów: nie mniej pamiętliwych ubiegłych paraboli zegarowego wahadła, jak trzymający byczy kłąb, łańcuch: zapięty ogromną kłódą, jakby miała oznaczać śródpolną ku temu szpilę. Zwisając bezwiednie ku żwirowej aleii u stóp zdobnego kowalskim rzemiosłem majestatu, nieomieszkał on udziału filharmonicznym akompaniamentem własnego bytu. Podczas gdy wszędobylna zwykrętlina konarzystej sękliwości, stała pozbawiona życia, na równi dawno zmarłych, niewzruszenie stanowiąc obecną widownię, gdy głos rwany zewsząd, przechodziwszy szeptami... nakazał im wołać.
1.
Chłodne, październikowe popołudnie, skłaniało ku przemyśleniom o przemijaniu, nie tylko z powodu kaprysu insynuacji, narzuconej umysłami. Wiodąca leniwo krętliwością pagórkowego nieustępliwstwa, brukowana granitowymi sześcianami aleja, postanawiając porzucić opalizację, zwykła zostać uznaną mgielną, jakby zaległy na niej pył, wzbijany bezcelową sporadycznością, mógł obrazować powrót umarłych przez bramy Zaświatów. Przechodząc pod ogromem ciężaru odsyłającego z przed progów, żelaza: zarośniętym ogrodem dziedzinca, wiodła pod rzeźbione kilkuwiekową pamiętliwością, wrota: odarte z uroku lanych mosiądzem okuć, jako na tyle zamierzchle wyważone, jakby świadectwo tegoż, widniało jedynie oczywistymi wyrwami drewna. Tkwiąc w spierzchle przymokłej łzami niebios, ościeżnicy: raczyły skrzypnąć sędziwością: na powitanie Twojego spojrzenia.
Niemal stumetrowej długości, dwupiętrowy gmach: popadając w ruinę kunsztu neogotyckiej elewacji, nakazywał zamilknąć każdemu, mijającemu go wśród nienależnej codzienności: obdarzywszy groźnym spojrzeniem powytłukiwanych z tafli, pękłych przemijaniem okiennic, nie musząc przemawiać ponadto. Spadzisty parabolą, brakowany dziurliwie, dach: niczym wczesnoburzowa chmura mroku, zdawał się zawisnąć nad każdą z ułożonych purpurą szklonych cegieł, nietynkowanych ścian. Tulony zdziczeniem zieleni, odwykł od ciekawości: grodzony wysokością murowania okola płotu, pieczętowanego bykowym łańcuchem: zamkniętym kłódą, pomawianą szeptem o stawanie otworem, aby zamknąć się za plecami dusz. Jak obecnie, co zresztą: rozległo się churalnym przeplotem zawodliwości przekleństw... niczym sprzeciw skazańców, wyśmianych przez króla zbyciem pod gilotynę.
Chociaż spotkały jego aparycję na łamach elektronicznego bełkotu, okazał się on, przerastając oczekiwania, uzmysławiać destruktywność materiału: zdającego się przeżywać ją w nieprzerwanie trwającej sekundzie własnego istnienia, graniczonego od doczesności. Jako rozkradany, najpierw przez wyzwoleńcze oddziały zbrojne, kolejno przez chłopów, jak następnie rządnych pamiątek, bezwiednych szlajaczy: ział dziurliwie, pośród spękań wilgotnych czeluści, zdających się zaświadczać dotyk czarciej dłoni. Uznano, że tylko dlatego, można ujrzeć, zwłaszcza za okurzeniem ledwotkwiących tafli: postacie, zdające się odchodzić wnętrzem kubatury, pozostawiając po sobie jedynie przerażenie. Słyszano głosy. Szepty. Wrzaski. Brzmiące echem upadłości sal pośród opustoszałych życiem holi... krokami na zapomnianych stopniach klatek schodowych, docierając uszu śmiertelnych, ponad przekładem zaprawą, połowicznie krzyżowanych cegieł: goszcząc zarówno w ich, jak i Twojej własnej świadomości... Obecnie.
2.
Zwykło się uznać, we wsparciu przywykłością, iż ciekawość, jest rzekomo: pierwszym stopniem do Piekła. I jakby jego wrodzoną, siarczyście parszywą wredniną: postanowiło pozostać niedostępne, wznosząc się majestatem cegliście rdzawej odprawy mgielną aleją, ku dnu zalegania w czeluści czegokolwiek ponadto. Wraz z każdym, zmuszonym nią podążać, będąc karanym dociekliwością spojrzeń. Tylko dlatego nie przestawali im towarzyszyć, wskazując gestem oskarżenia, skazującego na potępienie chęć życia, ubocznie zwiedzioną z udeptu szutru za plecami nieświadomości: ścieżynę, wiodącą smagliwością zaczepek, bagniście cuchnącą zmiękliną, wobec górującego zbitością kłębu, skarpy... nieprzerwanie trwającego murarstwem, przekładu cegieł: przywodzących aż na myśl, kolejne minuty wszelkich obecnych żyć, uznanych za minione, pomimo trwania w milczeniu... nieustępliwie: niniejszemu ogrodzeniu, ciągnącemu się wokół, niczym jedno z nich.
Podobno: wznosząc się na wyżyny życia, osiąga się jego doskonałość... co może przejawiać się sapliwym mozołem niezdaryzmu umyślności stwiania kroków, wobec pochylni zbitej czarnoziemem, masy polnych kamulców. Zaledwie trzymetrowej wysokości wzniesienie, porosłe urokiem zdającej się aparyzować kulturą, trawy: zwieńczone było osiągnięciem szczytu, nie memorialnym krzyżem, a ceglaną przeułożliwością, pozbawioną rzuceniem do stóp urosłości drapliwego krzacza. Przemierzając bieg jej trwania, raczyły popadać w zdumienie: grodzenia zamierzchłości szpitala, dalece przed jej nastaniem, obecnym: spękliwie odłamowanym zwykruszeniem... litym premedytacją, murem: którego kres, wyznaczony został rantowaniem wezgłowną kolumną, załamującą okolistością gzymsów, łamy znanej doczesności. Brnąc jej azymutem, zdarzało im się: nie tyle zasłyszeć, co sprzeciwiać się uporczywości nieujawnionych słowem myśli, zdających się dobiegać jednoczesną przestrzenią, wobec postronnych zakamarków umysłu, jakby oczekując niewypowiedzenia głoszonych szeptami słów. Miała ich dość, utkwiwszy zmęczenie spojrzenia, we wzdłuższeściennie znaczonej liniami zaprawy, krzyżalności: zmierzającej niespodziewanie uchyleniem ku odwrotności serc.
Wiodąc na manowce nieuwagę świadomości krztuszenia oddechu bulgotliwością bagiennej mazi, nie zmierzała ona ceglanym kierunkowskazem, poprzez najdalszy granicznik... jabłonnego sadu: którego owoce, zawisły pętlami szubienniczymi zwykręconych wiekowością, listnych gałęziście ramion. Jakby nietknięty przemijaniem, pocieszał w żałobie: sitowie usiewu sporadycznie celnych, odpryskliwie knąbrnych utłuków: ciągłych doskonale już znanym biegiem. Bratnie obliczem, nie zaprzestały biegu urozmaiconego zgęszczeniem, zaznając kresu, dopiero kolejną: jakuprzednią, kolumną: jednoraką, jak przyszła zza pleców... wygnawszy wobec utrzymanej nieustępliwością trwania, osadzonej niewyważalnie furty: brukiem mglistej aleii... odsyłając spojrzeniem, wobec ceglistego gestu milczenia: ku wiodliwości życiowej, położonej kresem przeciągle metalicznej jękliwości przemijania...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania