L.

Drobny ogień świecy daje niewiele światła. W półmroku ledwo mogę dostrzec znalezioną kartkę papieru. Zapach kurzu i wilgoci przypomina mi gdzie jestem. Strach i wola walki. Czuję tylko to. Które uczucie zwycięży? Nie wiem. Czas płynie. On może wrócić w każdej chwili. Czuje jakby ściany zbliżały się do mnie. Ręka nie krwawi już tak mocno. Śmierć otula mnie swoimi delikatnymi ramionami. Zabić czy zostać zabitą?

Knot wypala się pośpiesznie. Jak gdyby nakazywał mi pisać szybciej. Może zdążę spisać swoją historie do końca. Może zdążę ostrzec was przed nimi- okrutnymi, bezlitosnymi wysłannikami szatana. Stworzonymi, by bawić się ludzkim życiem.

Chcę, żeby świat usłyszał, co się ze mną stało. Żebyście mogli zrobić, co w waszej mocy, by powstrzymać te lubujące się w kołysaniu ludzi do snu wiecznego potwory.

Dłonie trzęsą się chorobliwie. Pismo przypomina szyfr, który mogę odczytać tylko ja i mój mroczny żniwiarz. Oczy zachodzą łzami. Muszę to zrobić! Dam radę! Będę silna! Choćby nikt nigdy nie znalazł moich wspomnień w tej zatęchłej piwnicy, spiszę je i tak! Jeśli moja historia ma mieć sens, muszę wrócić do początku. Początku mojej zguby. Do momentu, w którym poznałam L. .

Było to wczoraj, wczesnym popołudnie. Słońce lekko obejmowało ludzi swoimi promieniami. Wszyscy pędzili na cmentarze. W końcu był trzydziesty pierwszy listopada. Wigilia Wszystkich Świętych. Halloween. A dla mnie coś znacznie gorszego. Rocznica śmierci matki. Zatem dołączyłam do tabunów ludzi zmierzających w tym samym kierunku. Żal kłuł serce. Kochałam matkę nad życie, a los bezczelnie mi ją odebrał.

W przycmentarnej kwiaciarni kupiłam znicz. Zielony. To był jej ulubiony kolor. Kolor nadziei. Nadziei na to, że kiedyś dowiem się jak umarła.

Jej grób stał w najdalszym kącie pod starym dębem. Roztrzepanie to moja największa wada. To, że nie zabrałam zapałek zauważyłam dopiero po przeszukaniu wszystkich kieszeni. Omiotłam wzrokiem okolice. Wcześniejsze tłumy nagle się rozpłynęły. I wtedy jak spod ziemi pojawił się on.

- Mógłbyś pożyczyć mi zapałki? - mój błąd. Zaczęłam rozmowę.

- Oczywiście. Dla ciebie wszystko - powiedział z tym swoim czarującym uśmiechem.

Na pierwszy rzut oka wyglądał całkiem normalnie. Miał bystre, zielone oczy, szczupłą, podłużną twarz, czarne, krótko ścięte włosy. Był wysoki i dość chudy. Jedyne, co wyróżniało go z tłumu, to ten nieziemski uśmiech. Uśmiech księcia ciemności.

Nie mam pojęcia kiedy, ale ta nic nie znacząca wymiana zdań zmieniła się w niekończącą się rozmowę. Dopiero mocne podmuchy wiatru i zachmurzone niebo pokazały mi upływ czasu. Chciałam od niego odejść, ale nie mogłam. Stałam jak zahipnotyzowana. Przyciągał mnie. Wdarł się w moje myśli. Zauroczył mnie.

- Cudownie się nam rozmawia, ale muszę już iść. – powiedziałam mimo woli.

- Szkoda… Masz rację to nie najlepsze miejsce na rozmowę. A może chciałabyś spędzić z moją skromną osobą ten halloweenowy wieczór?

- Świetny pomysł! – nie obchodziłam tego święta, ale byłam gotowa zrobić dla niego wszystko.

- Co powiesz na 21:00? Słyszałem, że macie tu niezły, „nawiedzony” dom. Idealne miejsce na dzisiejszy wieczór. Co ty na to?

- Mi pasuję! Jako dziecko byłam tam parę razy. Kocham strach!

- Mówisz, że kochasz strach? Masz to jak w banku, że nie zapomnisz tego wieczoru do końca życia... – w momencie, gdy to mówił w jego oczach pojawiło się coś dziwnego. Rządza krwi? – Spotkamy się przed wejściem. Nie śpieszyło ci się gdzieś?

- Ach, tak! Do wieczora! – miałam odejść, kiedy przypomniało mi się coś ważnego. – Jak ty właściwie masz na imię?

- Znajomi mówią mi L. . Do zobaczenia.

Po czym odeszłam w kierunku głównej bramy, a kiedy odwróciłam się, by jeszcze raz na niego spojrzeć, nie było go. Mało tego, nie było go nigdzie w zasięgu mojego wzroku. Przeszedł mnie dreszcz. Zignorowałam to jednakże jak wiele innych znaków…

Co działo się do 21:00, nie pamiętam. Czas zlał się w jedną, wielką, czarną dziurę. Byłam taka pochłonięta rozmyślaniem o L., że nie zważałam na nic innego.

Mogłam nie wdawać się z nim w rozmowę. Mogłam po prostu odwrócić się i odejść. Było tyle wymówek, a ja byłam ślepa. Widziałam tylko jego zalety. Porwała mnie jego tajemniczość, aura niepokoju bijąca ze spojrzenia, głęboka czerń włosów, przeraźliwa bladość cery. Wszystko, co było z nim związane.

Luka w pamięci kończy się w momencie, gdy pocałowałam ojca w policzek na pożegnanie i wsiadłam do samochodu. Całą drogę towarzyszył mi dziwny niepokój. Mimo opustoszenia drogi, miałam dziwne przeczucie, że ktoś mnie śledzi. Ale co mogło grozić mi we własnym aucie?

Zaparkowałam na skraju lasu, w którym zbudowano dom i ruszyłam w mrok. Dom był widoczny nawet stamtąd. Przerażał swoim ogromem. Okna powybijano. Dachówki odpadały. Stara farba łuszczyła się w wielu miejscach. Stał i zapraszał do zgłębiania jego tajemnic.

Stanąwszy pod drzwiami poczułam się jeszcze bardziej nieswojo niż w samochodzie. Tu nie byłam bezpieczna. Nie zwlekając weszłam do środka. Drzwi ustąpiły bez problemu.

Moim oczom ukazał się, dobrze znany z dzieciństwa, długi korytarz z niezliczonymi drzwiami donikąd, zakończony schodami. Zaczęłam otwierać każde drzwi po kolei. Nie było tam nic szczególnego. Łazienka, salon, piwnica… Dotarłam do ostatnich drzwi po prawej i omal nie dostałam zawału. Były lekko uchylone. Ze szczeliny sączyło się nikłe pomarańczowe światło.

- Pewnie L. coś dla nas przygotował. – pomyślałam. – Zaskoczę go!

Jednakże w chwili, gdy podeszłam do drzwi znieruchomiałam. Tak jak się spodziewałam w pokoju siedział L. . Siedział w kręgu z czegoś co do złudzenia przypominało ludzkie wnętrzności.

- Halloweenowy żart. – powtarzałam w głowie.

Znajdował się w takiej pozycji, że drzwi zasłaniały mu mnie zupełnie. Ja też miałam ograniczone pole widzenia. Dopiero w momencie, kiedy mocny podmuch wiatru wpadł przez okno, a drzwi uchyliły się mocniej, zobaczyłam wszystko…

Pod ścianą, za L., Leżały zmasakrowane ciała kobiet. Miały rozcięte podbrzusza. Były pozbawione trzewi. Ich oczy wyrażały wszelkie najgorsze cierpienia. Leżały tam małe, nagie i odarte z duszy. Krew. Krew była wszędzie. Zaschła i świeża. Zalewała całe pomieszczenie. Ściany pokrywały dziwne symbole, których nie rozumiałam. To nie był żart. To działo się naprawdę.

Z osłupienia wyrwał mnie odurzający zapach zgniłego mięsa. Ludzkiego mięsa. Starałam się wyjść z domu jak najciszej potrafiłam. Po dojściu do drzwi wejściowych ruszyłam biegiem.

Ciemność ogarniała mnie ze wszystkich stron. Co róż wpadałam na drzewa. Ostre gałęzie raniły moje ciało. Uciecz była jedyną nadzieją. Dlaczego ja? Co ja takiego zrobiłam?

Płuca boleśnie kłuły. Z trudem łapałam powietrze. Dopadłam do samochodu i odjechałam bez zastanowienia. Czułam oddalając się od tego co zostało w lesie. Cieszyłam się, że mnie nie widział. Wiedziałam, że muszę kogoś zawiadomić.

I nagle samochód zatrzymał się pośrodku pustki…

- Chyba byliśmy umówieni. – powiedział cichy głos z tylnej kanapy.

Poczułam zimny oddech na karku i ostry ból w lewej ręce. Potem już tylko ciemność…

Obudziłam się w pokoju, w którym poprzedni widziałam ciała. Nie było ich tym razem. L. stał przy oknie, tyłem do mnie. Ręka pulsowała od bólu. Rękaw przesiąkł krwią. Nie mogłam się ruszyć. Z mojego gardła wydobył się cichy jęk. Odwrócił się natychmiast i zaśmiał cicho.

- A mówiłaś, że lubisz się bać… - oczy lśniły mu złowieszczo. Każde słowo raniło moją duszę. Jak gdyby miliony szpilek wbijały się we mnie za każdym razem, gdy otwierał usta. – Oj nie patrz tak na mnie! Niedługo nie będziesz już nic czuć, zadbam o to, ale najpierw muszę wyjaśnić ci parę rzeczy…

Tak opowiedział mi historię swojego okrucieństwa.

Całe wieki temu, bardzo daleko stąd jego przodkowie kupili dom. Budynek piękny, w głębi lasu. Szybko zorientowali się, że nie są w nim sami. Kiedy chcieli powiedzieć o tym ludziom stworzenia zabiły ich żony, powoli i boleśnie rozpruwając im wnętrzności. Oczywiście dbali, by wszystko widzieli. Postawiły im ultimatum, albo co roku pierwszego listopada każdy męski potomek ich rodu zabije bez litości jedną kobietę, albo oni sami będą ginąć, jeden po drugim, w gorszych męczarniach.

Od tego czasu wędrują po świecie, by na krótką chwilę zamieszkać w jakimś starym, opuszczonym domu, opętani żądzom mordu. Ciała przenoszą ze sobą jako trofea.

Powiedział coś jeszcze, ale zachowam to na sam koniec…

Gdy opowiedział mi to niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wróciły mi siły. Nie chciałam skończyć w taki sposób. Musiałam walczyć. Mimo tego nadal nie ruszałam się z miejsca. Był zbyt silny, żeby stawić mu siłę w pojedynkę.

- Wybacz najdroższa, ale muszę jeszcze coś załatwić. Nie będę zwlekał z powrotem, nie obawiaj się.

Jego usta ułożyły się w złowrogi uśmiech. Ciężkim krokiem przeszedł przez pokój. Podłoga drżała pod jego stopami.

W progu zatrzymał się na chwilę i spojrzał na mnie z, jak mi się zdawało, przepraszającym spojrzeniem. Znikło prawie natychmiast.

- Pytałaś jak mam na imię. L. jak Lucyfer, kochanie.

I wyszedł.

Spędziłam nie wiadomo ile czasu, leżąc na brudnej podłodze. Obmyślałam plan ucieczki. Próbowałam przypomnieć sobie jakiś szczegół z dzieciństwa. Równie dobrze mogłam wyjść przez okno. Ale szybko znalazłby mnie z powrotem. Jak grom z jasnego niebo przyszło olśnienie. W piwnicy, w starej skrzyni powinna być siekiera. Uwielbiałam na nią patrzeć, kiedy tu przychodziłam. Najlepszą obroną jest atak.

Podniosłam się, modląc by nie zamknął drzwi. Były otwarte. Po omacku, podtrzymując się ścian przebrnęłam przez korytarz. Chwyciłam klamkę i runęłam w dół schodami.

Minęła chwila zanim doszłam do siebie. Upadek wzmógł katuszę ręki. Nie zważając na nic, resztkami sił doczołgałam się do skrzyni i wyjęłam siekierę.

Stopniowo wzrok przyzwyczajał się do mroku. Przyglądałam się wszystkiemu. Naprzeciwko mnie, na stoliku stała świeca. Byłaby zupełnie bezużyteczna, gdyby nie to, że kiedy się poruszyłam w mojej kieszeni zagruchały zapałki. O ironio zapałki od niego.

Zapaliłam świecę. Obok stołu stało niskie krzesło. Wszystko było jakby nie na miejscu, jakby ktoś specjalnie to tam ustawił. Jednak usiadłam. Przede mną leżała do połowy zapisana kartka i pióro. Zachęcając mnie do spisania wszystkiego.

Może i było to dziwne, ale nie zastanawiałam się. Zaczęłam pisać.

Nie będę zanudzać was o tym jaka była głupia i naiwna, jak łatwo dałam oczarować się anielskiemu uśmiechowi demona.

Słabnę. Czuję, że moja obrona będzie bezsensowna. Nie ma we mnie iskry. Zgasła. Nim odejdę, całkowicie się poddam, podzielę się z wami drugą rzeczą z opowieści Lucyfera.

Powiedział mi czemu mnie wybrał. Dokładnie wybrała mnie jego poprzednia ofiara. Każda męczennica na łożu śmierci musi podać mu imię i nazwisko następnej. Choćby było najbardziej absurdalne on was znajdzie. Będzie szukał dzień i noc. Nie spocznie póki was nie pozna. Póki nie porozmawia z wami jakiegoś słonecznego dnia…

Słyszę kroki! Idzie tu! Prawdopodobnie to ostatnie słowa w moim życiu. Ostrze siekiery lśni zachęcająco. Nie! Nie jestem jak on! Nie potrafię zabić! Jest coraz bliżej! Łzy moczą papier. Kartka upada na ziemię, a moje oczy śledzą poprzedni zapis. Pismo innej kobiety. Napisane dokładnie rok temu. Jej ostatnie słowa. Ostatnie słowa mojej matki.

„(..) Powiedział, że jeśli podam jej imię nie będę cierpieć. Pozwoli mi nawet pożegnać się z mężem. Ona sobie poradzi. Wiem to. Wybacz najdroższa córeczko. Wybacz..”

To ona mnie wskazała! Własna matka wydała na mnie wyrok! Ojciec wiedział o tym! Nie dość, że mnie okłamywał to jeszcze posłał na pewną śmierć…

W moim sercu nie ma już miłości. Płonie żywą nienawiścią. Chwytam siekierę i potykając się o własne nogi idę na spotkanie z przeznaczeniem. Zaskakuję go w momencie, gdy chce otworzyć drzwi. Wbijam siekierę w brzuch jak najmocniej potrafię. Pada na ziemię. Błaga, prosi. Teraz on jest chłopcem do bicia. Celuję na oślep. Krew delikatną mgiełką osiada na mojej twarzy. Niech cierpi. Piękny uśmiech zastyga na jego twarzy. Oczy nie wyrażają już nic.

Czuję się spełniona, jakbym urodziła się by urządzać krwawą rzeź. Szaleństwo opanowuje mój umysł. Adrenalina łagodzi ból. Ale to jeszcze nie koniec. Nie zostawię tego tak. Ojciec gorzko zapłaci za kłamstwa. Oczyma wyobraźni widzę co mu zrobię. Czuje zapach jego krwi…

Potem mogę skończyć ze sobą. Nie ma już dla mnie miejsca na tym okrutnym świecie. Nic nie ma sensu. Potnę się. Albo powieszę. Nawet na śmierć jest tyle opcji. Moje problemy się skończą. Wasze nie koniecznie…

Pamiętajcie, że wy też możecie zostać naznaczone zgubnym fatum śmierci. Myślicie, że dzięki mojemu ostrzeżeniu tego unikniecie? Mylicie się!

Jego ród jest rozprzestrzeniony po całym świecie. Nie wiecie jak wyglądają i czy już nie mają was na celowniku. Może właśnie teraz obserwują was przez okno? Może śledzą każdy was ruch? A może zostało wam już tylko kilka dni życia? Jeśli nie to spokojnie, na każdą przyjdzie czas. Nie róbcie sobie nadziei, nawet gdyby w waszym mieście nie było opuszczonego budynku i tak po was przyjdą. Mają swoje sposoby. Będą torturować. Powoli ciąć ciało. Zadawać ból i cierpienie, aż w końcu ostatecznie pozbawia was wszystkiego. Zabiją.

Jednak wasz los jest w waszych rękach. Możecie się od nich uwolnić. Tylko błagam zróbcie to raz a porządnie! Poczujcie radość z krwawej rzezi. Chłońcie zapach krwi. Wsłuchujcie się w przedśmiertne jęki. Bawcie się tym. Nie miejcie dla nich litości…

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Angela 23.08.2015
    Zaglądając tu miałam nadzieję spotkać zupełnie innego L. Opowiadanie było naprawdę bardzo
    dobre, wciągające. Nawet jeśli były w nim jakieś błędy, nie zauważyłam ich. Leci 5

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania