La Caca. Road 66 (opowiadanie bizarro)
Podróż trwała długo – na tyle długo, że nie mogłem przypomnieć sobie momentu wyjazdu. Nie byłem też w stanie odgadnąć powodu, który tak uparcie wypychał mnie ku przeznaczeniu. A mimo to cel wyprawy zdawał się być jasny: mam gnać wciąż naprzód. Czy to ucieczka? A jeśli tak, to przed czym? – pytałem instynktownie, choć przecież wcale nie oczekiwałem odpowiedzi. Zresztą i tak by mnie ona nie zadowoliła. Ja po prostu wiedziałem, że muszę jechać; wiedziałem, że chcę, aby wiatr pieścił moje włosy i mierzwił policzki. Pragnąłem rozpłynąć się w powietrznym oceanie i stać się jego częścią. I tak też się stało: poruszałem się, zmieniając co chwila środek lokomocji, jako duch bardziej niźli śmiertelnik.
Nie wiem nawet, kiedy i w jaki sposób znalazłem się na tej przedziwnej pustyni, na którą składały się najprzeróżniejsze odcienie błękitu. Było ciepło, ale nie gorąco, a zastany krajobraz napawał mnie błogim spokojem. I pewnie tkwiłbym tak dłużej, zatopiony w lazurze absolutu, gdyby nie fakt, iż migotać poczęły na czymś na wzór horyzontu wstążeczki – czerwone wstążeczki bez początku i końca. Te wstążeczki zdążały w jednym kierunku, a wszystko to razem wyglądało niczym wyścig do jakiejś nieistniejącej mety wirtualnej. Po chwili zorientowałem się, że nie były wstążeczkami, lecz tętnicami czegoś ogromnego, co leżało pod pustynią i najwyraźniej właśnie zaczynało oddychać. Ziemia unosiła się i opadała. Przy każdym jej oddechu czerwone żyły zaciskały się mocniej na mojej szyi. Najdziwniejsze było jednak to, że gdzieś z dołu dochodził uprzejmy głos:
– Proszę się nie martwić. To tylko procedura.
Zaatakował mnie brak powietrza, gwałtowny, bolesny. Spostrzegłem, że wstążki wiją się wciąż gęściej i gęściej wokół szyi. I że zaczynają mnie osaczać w śmiertelnym uścisku. Panika! Duszę się! Chciałem coś mówić i gdzieś biec, uciekać, ale wszystkie me członki znieruchomiały i zastygły.
I w tym momencie obudziłem się gdzieś na trasie w mustangu-1966, spocony i zziajany. Podróż trwała bowiem długo – na tyle długo, że nie mogłem przypomnieć sobie momentu wyjazdu. Nie byłem też w stanie odgadnąć powodu, który z takim uporem wypychał mnie ku przeznaczeniu.
W chwili postoju, w niemal czterdziestostopniowym żarze, podziwiałem metalowy poster z widniejącym napisem: „La Caca”. Ów napis znajdował się jakieś dwadzieścia mil od granicy z Meksykiem. Pod znakiem ktoś dopisał flamastrem: „MIASTO CZYNNE BĘDZIE OD WCZORAJ”. Niżej, drobniejszym drukiem: „OSOBY DOUMARŁE PROSZONE SĄ O ZGŁASZANIE SIĘ PRZY WJEŹDZIE”.
Dlaczego akurat „La Caca”? Dlaczego nie „La Vaca”? Albo „Caravaca”? Obierając trasę, kierowałem się nie nazwą, lecz intuicją. I teraz intuicja nakazała mi pochód w dziwaczność. A więc niech będzie „La Caca”. Caca-sraka! Vivat miasto, którego nazwa, tak melodyjna i dźwięczna, nie wymaga na końcu żadnego znaku zapytania, vivat miasto, którego nazwa grzmi jak rozkaz, nie pytanie.
Niepytany przez nikogo ruszyłem nieśpiesznie ku rogatkom miasta, miażdżąc wozu kołami jakieś smrodliwe ścierwo – przydrożną padlinę. I z górki, z górki jechałem, gdy tymczasem na migotliwym horyzoncie, opalanym świetlistymi stróżkami, ponad którymi wstępowały wniebowzięte tumany pyłu, delikatnie sunęły kosmate masy gorącego powietrza – w nich zaś harcowały koliste minigalaktyki, utkane w locie przez suchy pustynny wiatr z wyschniętych źdźbeł traw i uwolnionych na zawsze, drapieżnych, kolczastych krzewów.
I wtedy, nie wiedzieć czemu, przypomniało mi się nagle to migotliwe szczęście, którego echo zdawało się roztaczać na całą wieczność – krótkie, ulotne szczęście, którego niepodobna utrwalić, a tym bardziej zaplanować, wyjące szczęście, które przywodzi na myśl radosne wspomnienie czasów mego dzieciństwa: z pewnością nikomu nieobce jest takie nieuzasadnione westchnienie, co najczulszą strunę duszy pobudza i, karmiąc się niedookreśleniem, przeobraża się rychło w beznadziejnie namiętną tęsknotę, pozbawioną celu i przedmiotu... Ogorzałe od swych oparów szczęście i kosmate konstelacje traw, tak zuchwale przepędzane przez wiatr...
Tuż przed miastem dokonałem ablucji najszlachetniejszym spośród onych piasków, co zdobią oblicze ziemi, tej ziemi. A piasek był złotem pustyni i pustyni w nim nie ujrzałem, jeno perłę. I zawołałem donośnym głosem:
– Szczęśliwy, kto nie chodził za radą statecznych, i w niedoli, bo w domu, nie postał. I w gromadzie niemobilnych nie stanął. Albowiem dane mu będzie radować się w drodze, a drogi domatorów wiodą ich przez piekło telewizji i radia. Naucz mnie przeto podróżowania, Drogo, i wyprowadź na otwartą przestrzeń totalnej wolności... na przekór urojonym Odyseuszom z TiWu, bo oto stałem się głosem wołającego na pustyni: Kim byłem, zanim się urodziłem? Jaki dźwięk powstaje na skutek klaskania jedną ręką? I jaki ma cel wiecznie ruchomy jeździec? Naucz mnie, Drogo, mówić i naucz mnie pokornie milczeć.
Dialog z echem własnego głosu: „kim, kim, byłem, byłem” zaowocował ciągiem niekończących się mantr i koanów. A ja wciąż nie byłem w stanie odgadnąć powodu, który tak uparcie wypychał mnie ku przeznaczeniu. I nie wiedziałem, co jest incytatorem mego przeznaczenia. Miasto tuż, tuż, a ja wciąż jadę.
Zaraz za pagórkiem – kolejnym pagórkiem, który jeszcze minutę temu został przeze mnie podniesiony do rangi ołtarza – natknąłem się znienacka na Boga. Był piękny. Miał płeć. Miał takie piękne oczy, takie wyraziste, tak wyraziste, że od razu zauważyłem kontrast bieli i czerni nieziemski. W połączeniu z chłodnym wyrazem gałki ocznej jego boskie spojrzenie zdawało się być głębokie i diamentowe. I tylko ono zdradzało ludzką naturę autostopowiczki.
Bóg miał również dowód osobisty. Zamiast zdjęcia znajdowało się na nim coś, co przypominało małego, mokrego robaka. Litery nazwiska poruszały się niespokojnie, jak gdyby nie mogły zdecydować, kim właściwie jest ich właściciel.
– Wskakuj, maleńka! – powiedziałem do Boga.
Bóg spojrzał na mnie z wyrzutem – „wyrzutem”, bo nie będę przeklinał na łamach.
– To ja jestem tą „maleńką” – odparł piskliwie.
Wtedy dopiero zauważyłem, że siedzę na jego czy jej kolanach. Hm, to Bóg ma płeć? Nie wiedziałem ja tego, ten, tego.
Od tej pory jechaliśmy razem z maleńką, wzniecając tumany pyłu, przez cholerną, bo meksykańską, pustynię.
– Iiiiiiiiii ha, ha!
A panienka nieśpiesznie wybudzała się ze snu, w którym tkwiła, wolno gubiła swe wspomnienia...
Gubiły się kotleciki, jeden po drugim, w jej szerokich, gorących ustach. Dopiero po chwili zauważyłem, że kotleciki patrzą na mnie. Niektóre nawet kiwały mi kotlecikowymi główkami. Jeden z nich poruszył ustami i powiedział coś, czego nie usłyszałem, ponieważ muzyka z odtwarzacza właśnie osiągnęła poziom ekstremalnej przemocy.
Maleńka przeżuła go z widocznym zadowoleniem.
– Smaczny? – zapytałem.
– Bardzo – odpowiedziała.
– On miał na imię Henryk.
Wzruszyła ramionami.
– Wszyscy tutaj mają.
Zmrużyła oczy – te boskie, diamentowe oczy – i wydała aksamitne, soczyste mruczando, kocie mruczando. Była szczęśliwa i syta, ale ten zapach (tak intensywny i świeży), ten wygląd (tak pociągający), ten dźwięk (soczysty i chrupiący tak) ciągle nie dawały jej spokoju. Muzyka o zniewalającym obliczu sonorystyczno-przestrzennym, lejąca się właśnie z odtwarzacza płyt, wyrażała ekstremalne emocje i magię pradawnego rytuału. Kiedy wreszcie maleńka wstała od stołu, uczucie sytości wzięło – musiało wziąć – górę nad wszelkimi innymi doznaniami.
– No i gitarra! – westchnęła, zwracając się do zakrwawionego łba, zupełnie już odciętego. Ów łeb zdawał się beztrosko uśmiechać w stronę maszynki do mięsiwa, z wnętrza której wystawały jakieś poszarpane, nie do końca zmielone resztki.
W ciągu dziesięciu kolejnych minut wyjątkowy rytuał odnalazł wreszcie swój finał, tak jak fuga odnajduje codę, czyli ogon. I tylko gościa kość ogonowa pozostawała w garnku nadal niewykorzystana. Nie nadawała się bowiem do zmielenia. Kość była zbyt rozmowna.
Wnet ocknęła się panienka w tym mym mustangu-1966 i mniĘĘĘ pocałowała... ała, ała! Nie udało mi się więc – teraz to wiem – ukryć i dla siebie zachować wybujałej fascynacyji wszystkim, co wiązało się z osobą autostopowiczki. O fascynującej tej konstatacyji nawet nie pomyślałem, gdyż nieziemski ból w okolicy szyi, wampirzycy ugryzieniem wyzwolony, kratował mą świadomość, póki totalnie już nie odleciałem.
Mój odlot trwał na tyle długo, iż nie mogłem przypomnieć sobie momentu inicjacji. Nie byłem też w stanie odgadnąć powodu, który tak uparcie wypychał mnie ku przeznaczeniu. Życiowy mój cel – mimo wszystko – zdawał się być jasny: mam przeć wciąż naprzód i naprzód. Pogrążony w odmiennym stanie świadomości, zdołałem tylko zauważyć nagłe i nieoczekiwane migotanie.
Ale całe to mirażowe migotanie minęło w mgnieniu oka, kiedy wonne resztki dnia wzbiły się w końcu ku niebu, strzeliście, i puszyste czarne muszki hożo (hm, czy aby na pewno hożo?) wzleciały w przestworza, a wraz z nimi odeszły ostatnie wody Matki Ziemi, tu i ówdzie skupione w aksamitną mgiełkę ponad jakąś wybujałą roślinną fantazją o zachodzie.
I gdy w mieście „La Caca” odbyło się barwne biwakowanie – misterne danse macabre z udziałem upiorów – pozbawiona momentu startowego podróż dobiegła nagle końca.
I skończyły się wampiry.
I skończyła się maleńka.
I trupy się skończyły.
I myśli odeszły, tak jak odchodzą płody wodowe... wody płodowe.
I skończyłem się ja, w blasku pełni uskrzydlony. Zaiste – udupiony!
Komentarze (2)
Nie jechałbym tamtędy, ponieważ właśnie nie, raczej poboczami aby widzieć więcej 🪑🐸
Ja też. Po co kusić los?
Następnym razem zapuszczę się w rejony Fasolettiego (z "NF", "Niedobrych Literek"). Będą bąki, ekstrementy, flaki. Będzie bizarnie. ;)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania