Łapacz snów (1/5) - Ranczo

Letni żar lał się z nieba wysuszając jeszcze bardziej i tak już jałową ziemię. Wszędzie, jak okiem sięgnąć ciągnęła się pusta, płaska preria. Roślinność była znikoma, ograniczała się głównie do uschniętej trawy i pokurczonych, kolczastych krzewów. Zieleń była kolorem, o którego istnieniu można było zapomnieć po pewnym czasie spędzonym na tym pustkowiu. Tylko żółć i brąz ziemi, czerwień skał i błękit bezchmurnego nieba, który również wyglądał, jakby wyblakł od bezlitosnego i nieprzejednanego słońca.

Przez sam środek tego „niczego” biegła droga, wyróżniająca się jedynie mniejszą ilością suchej trawy i płytkimi, niewyraźnymi koleinami. Szło nią dwoje ludzi – kobieta i mężczyzna. Byli w zbliżonym, młodym wieku, nie mieli więcej niż trzydzieści parę lat. On był średniego wzrostu, dobrze zbudowany i umięśniony, ale naturalnie, nie po sterydach. Głowę miał wygoloną, odkąd w młodym wieku zaczęły mu się niespodziewanie i w dużym tempie robić zakola. Niektórzy żartowali, że przeszły mu na dół twarzy. W istocie, zarost miał dość bujny, ale zadbany. Gęsta, ciemnobrązowa broda nadawała mu nieco poważnego wyglądu. Zaczynała się od krótkich bokobrodów, przechodziła policzkami i dookoła ust i kończyła się cal lub dwa poniżej podbródka. Nigdy więcej. Sam powtarzał, że chce wyglądać jak człowiek, nie jak czarodziej, albo pustelnik.

Skórę miał jasną, ale opaloną. Nosił szare bojówki za kolana z wieloma kieszeniami, sprany T-shirt, który niegdyś mógł być fioletowy lub granatowy i dżinsową katanę z podwiniętymi rękawami. Na głowie miał brązowy, kowbojski kapelusz z białym, wąskim paskiem tuż nad rondem. Nie mógł się powstrzymać przed jego wzięciem, kiedy usłyszał, dokąd ma się udać. Jego towarzyszka go wyśmiała, ale nie baczył na to. Opinie innych spływały po nim od bardzo dawna.

Teraz to on się śmiał, bo kapelusz zapewniał jego twarzy namiastkę cienia, a kobieta musiała owinąć głowę chustą, a oczy chronić za okularami przeciwsłonecznymi o dużych szkłach. Poza tym jednak starała się łapać słońce jak największą powierzchnią ciała. Ubrana była tylko w krótkie spodenki w brunatnym kolorze, sięgające połowy ud oraz białą koszulkę na ramiączkach z idealnie podsumowującym aurę czarnym nadrukiem „Gorętsza niż piekło!”. W pasie przewiązała sobie granatową bluzę z cieniutkiego polaru, a na nogach miała zwyczajne tenisówki, mimo wielu rad mężczyzny, który wybrał wygodne trepy. Mimo dużej różnicy w grubości podeszw, nadal była od niego wyższa o pół głowy. Kiedyś, dawno temu strasznie go to irytowało, ale zdążył przywyknąć jeszcze zanim zostali partnerami w życiu i pracy.

– Robią mi się odciski, a skóra zaraz ze mnie zejdzie. Już wyglądam jak Pocahontas – poskarżyła się. Jej skóra faktycznie była coraz bardziej czerwona, mimo wtarcia kremu z naprawdę mocnym filtrem. Była to zapewne wina jej zazwyczaj bladej cery. – Daleko jeszcze?

Jeśli istniało jakieś pytanie, którego Danny nie znosił bardziej niż „Co u ciebie słychać?” to było to właśnie „Daleko jeszcze?”. Mimo tego wyjął z kieszeni spodni mapę zakupioną na lotnisku, przez chwilę ją studiował i odpowiedział:

– Już bliżej niż dalej, Jody. Za jakieś dwie mile będziemy na miejscu.

– Za dwie mile z moich stóp nic nie zostanie – żal w jej głosie brzmiał niemal autentycznie.

– Mówiłem ci, żebyś nie brała takich butów. Teraz cierp. I nie myśl nawet, że cię zaniosę. Sam padam na twarz. Najpierw niespokojny lot, a teraz spacer przez piekarnik.

Danny zdjął z jednego ramienia duży plecak podróżny i z bocznej przegródki wyjął butelkę z wodą. Wziął spory łyk i przepłukał usta.

– Ciepła, ale mokra – powiedział. – Chcesz?

– Dzięki, mam swoją.

Mężczyzna wzruszył ramionami, wcisnął butelkę na miejsce i założył z powrotem plecak.

Szli przez kilka minut, kiedy Danny zatrzymał się tak nagle, że Jody omal na niego nie wpadła.

– Co… - zaczęła, ale ucichła, kiedy zobaczyła, że jej partner przykłada palec do ust. Wytężyła słuch i też to usłyszała. Narastający pomruk silnika. – Samochód? – zapytała.

– Tak, chyba jedzie z tamtej strony. – mężczyzna wskazał ręką w kierunku, w którym szli. Jeśli by się dobrze przyjrzeć, rzeczywiście daleko przed nimi pojawiła się niewielki obłok kurzu, który powoli rósł. – Myślisz, że wreszcie sobie o nas przypomnieli?

– Moje stopy i skóra modlą się o to, żeby tak było.

Najpierw obserwowali tylko powiększającą się chmurę kurzu, potem pojawiły się refleksy słońca w szybie auta, a po niespełna pięciu minutach zatrzymał się obok nich stary, lekko zniszczony ford pickup, z którego miejscami odchodził płatami niebieski lakier odkrywając rdzewiejący metal.

Kierowca otworzył okno po swojej stronie i wyjrzał na zewnątrz. Miał mocno opaloną twarz o szerokiej szczęce, ostrych rysach i orlim nosie. Zmarszczki w kącikach oczu i na czole wskazywały, że nie był już całkiem młody, podobnie szpakowate zarost i włosy, których końcówki wystawały spod kowbojskiego kapelusza, identycznego jak ten Danny’ego, ale białego. Minę miał przepraszającą i wyraźnie zmartwioną.

– Bardzo was przepraszam! Wiem, że miałem wyjechać, ale sytuacja w domu mi nie pozwoliła. – Tłumaczył się z teksańskim akcentem. – Wsiadajcie, przynajmniej resztę drogi spędzicie w miarę wygodnie.

– Nic się nie stało – powiedział Danny, wpuszczając Jody na tylne siedzenie pickupa. – Krótki spacer jeszcze nikomu nie zaszkodził.

– Ha, krótki – skwitował mężczyzna, ściskając dłoń pasażera. – Przecież od miasta do nas jest z 7 mil! I do tego w tym słońcu! Jest tak gorąco, że kury znoszą jaja na twardo! – Roześmiał się, zaprezentowawszy jedno z typowych teksańskich powiedzonek, po czym obrócił, żeby przywitać się też z Jody. Kiedy zobaczył skórę kobiety, dodał – Spójrz na nią, jest bardziej czerwona niż ziemia! Nic się nie bój, Naira ma bardzo dobrą maść na oparzenia słoneczne. Własnej roboty! – podkreślił i zapuścił silnik.

Samochód ruszył z przeciągłym rykiem, wzbijając kolejne tumany kurzu. Mężczyzna wykręcił i pojechał z powrotem w kierunku, z którego przybył.

– Dlaczego nie zaczekaliście na lotnisku? Albo nie zadzwoniliście?

– Bateria nam padła – wytłumaczył Danny.

– Obojgu? – zdziwił się kierowca i spojrzał w lusterku na Jody.

Kobieta rozłożyła ręce bezradnie i zamiast odpowiedzieć spytała.

– Mógłbyś nam powiedzieć coś więcej na temat tego, co sprawiło, że się do nas zgłosiliście, Greg? Greg, prawda? Nie pomyliłam się?

– Nie pomyliłaś. Gregory Jensen, syn Thomas Jensena – przedstawił się. – Chcesz wiedzieć, co robicie w najgorętszej porze roku w najgorętszym miejscu w naszym kraju?

Jody uśmiechnęła się szeroko. Nawet Danny, który nadal nie pozbył się zupełnie swoich nawyków ponuraka, uniósł nieznacznie kąciki ust.

– Tak jak tłumaczyliśmy przez telefon, sprawa jest co najmniej dziwna. Na tyle dziwna, że mimo nadnaturalnej otoczki, bardziej pomógł nam szeryf niż pastor. Prawdę mówiąc na samym początku wydawało się to wszystko niegroźne, więc ignorowaliśmy całą sprawę. Aż do momentu, gdy… – Greg zawahał się na moment. – Gdy zaczęły się dziać rzeczy naprawdę niepokojące.

– Wtedy zgłosiliście się do nas? – zapytał Danny.

– Tak. Szeryf Perry zna kogoś, kto korzystał kiedyś z waszych usług i skontaktował nas z wami. Mieliśmy nadzieję, że…

– Chyba jesteśmy na miejscu, prawda? – przerwał mu mężczyzna. – Opowiecie nam wszystko od początku do końca w domu, dobrze?

Gregory Jensen przytaknął. W ciszy przyglądali się dolinie, która wyłoniła się nagle przed nimi. Krajobraz zmienił się wyraźnie. Trawa była zieleńsza, drzewa rosły gęściej i były większe. Widać było, że to miejsce jest pełne życia, w odróżnieniu do pustkowi, gdzie dominowała śmierć. Wszystko to za sprawą płynącej środkiem doliny rzeki. Jej rozmiary nie były może powalające, ale w tej okolicy wystarczyły, żeby wytworzyć tę niewielką oazę, w której rodzina Jensenów wiodła swoje na wpół ranczerskie życie.

Pierwszy w oczy rzucał się dom. Był duży i sprawiał wrażenie starego. Gdyby nie lokalizacja i kilka innych szczegółów, Danny uznałby, że jest to typowy dom białego bogacza sprzed wojny secesyjnej. Oczami wyobraźni widział jednak okazałe ogrody, pola uprawne i uciemiężonych, ciężko pracujących czarnoskórych niewolników. Cieszył się, że te czasy odeszły na dobre.

Malowniczo, przeszło mu przez myśl słowo tak często używane przez artystów i zwykłych ludzi, że aż stało się banalne. Dom był malowniczo położony. Ładnie wyremontowany, ale nie unowocześniony, zachował duszę i styl minionej epoki. Zresztą nie mógł być nowy. Nikt dziś już nie buduje tutaj takich domów. Dwupoziomowa konstrukcja, do tego poddasze lub strych – Danny zastanawiał się, jak czteroosobowa rodzina zagospodarowuje taką przestrzeń. Od frontu do domu prowadziła weranda z drewnianą balustradą i kolumnami podtrzymującymi znajdujący się nad nią balkon.

Kawałek na lewo od domu stał jeszcze mniejszy, ale wyglądający na równie solidny, budynek, który kiedyś musiała zamieszkiwać służba. Cały dach pokrywały panele słoneczne. Poza tym nieco dalej stała jeszcze chyląca się ku upadkowi drewniana szopa, wiatrak, którego skrzydła leniwie obracały się na nikłym wietrze oraz wielka zagroda w której spokojnie pasło się kilkadziesiąt sztuk bydła. Całości dopełniały potężne liściaste drzewa, których rozłożyste korony zapewniały mnóstwo cienia, zarówno zwierzętom jak i ludziom.

Miejsce to tak mocno kontrastowało z pustynnym pejzażem, który zostawili za sobą, że Danny musiał przetrzeć oczy, żeby upewnić się, że nie ma omamów od zbyt długiego przebywania na słońcu.

– Idylla. – Jody podsumowała jednym słowem wszystkie jego myśli. – Fragment raju w samym środku piekła.

– Ha! Lepiej bym tego nie ujął! – zaśmiał się Greg.

– Żyjecie tutaj jak w westernie – dodał młodszy mężczyzna.

– Niemalże. Na szczęście mamy tutaj też dary nowoczesności, jak prąd i bieżącą wodę. Ba! W lepszych czasach był tu internet i telewizja.

– O tak – westchnął Danny. – Oddałbym wszystko za zimny prysznic.

Pot zaczął mu doskwierać bardziej od kiedy już nie wysychał momentalnie na słońcu.

– Nawet mnie? – zapytała Jody z udawanym smutkiem.

– Oczywiście, że ciebie nie. – Zapewnił ją z powagą partner, a widząc uśmiech na jej ustach dodał – Ktoś przecież musi mi wyszorować plecy, kochanie.

Jody zrobiła nadąsaną minę, a Greg ponownie się roześmiał. Jest dziwnie wesoły jak na kogoś, w takiej sytuacji, pomyślał Danny. A może po prostu w ten sposób maskuje swoje prawdziwe uczucia? To przypomniało mu o osobie, którą kiedyś znał, ale która już nie istniała. Niedługo wszystko się wyjaśni.

Pickup zatrzymał się z chrzęstem kół na żwirowym podjeździe przed garażem, który był częścią mniejszego budynku. Oglądając go z bliska, mężczyzna przekonał się, że nie jest on w tak dobrym stanie jak dom. Biała farba łuszczyła się na każdej ścianie, fundamenty kruszyły się, a dach wręcz uginał pod ciężarem paneli słonecznych.

Greg zaprowadził ich wydeptaną ścieżką na werandę i dalej przez hol do kolejnego, dużo bardziej przestronnego pomieszczenia. Była to jadalnia z otwartą kuchnią. Tutaj już dominowało połączenie starego stylu ze współczesnością. Drewniane, zdobione meble stały obok nowoczesnych urządzeń AGD. Podłogi były z paneli, ale ściany industrialnie szare. Danny cieszył się, że gospodarze postanowili zachować przynajmniej namiastkę oryginalnego wyglądu. Nigdy nie przepadał za modernistycznym wystrojem domu.

Kiedy on i Jody rozglądali się po pomieszczeniu, zza kuchennej wyspy wychodziła pani domu, wycierając dłonie w błękitny kucharski fartuszek. Była pulchna, ale nie gruba, niewysoka, w wieku zbliżonym do męża. Z pochodzenia bez wątpienia Indianka. Wskazywały na to czarne włosy, ciemne, zaskakująco duże oczy i oczywiście ciemniejszy kolor skóry, wcale nie czerwony. Zmarszczki w kącikach oczu i ust dowodziły, że szeroki uśmiech, który teraz im prezentowała rzadko schodził z jej twarzy.

– Jody, Danny, to moja żona Naira – przedstawił ją Greg.

– Bardzo miło nam panią poznać – powiedziała Jody.

– Och, tylko nie pani. Jestem na to jeszcze za młoda!

Kobieta uśmiechnęła się jeszcze szerzej, choć Danny myślał, że to już niemożliwe i uścisnęła obojgu dłonie na powitanie. Jody odwzajemniając uścisk wydała z siebie dźwięk będący czymś pomiędzy westchnięciem, a jęknięciem.

– Masz bardzo silny uścisk – powiedziała ze zmęczonym uśmiechem.

Naira najwyraźniej to dostrzegła, bo powiedziała:

– Na pewno jesteście zmęczeni drogą. Nie wyobrażam sobie iść teraz przez ten piekarnik – wskazał kciukiem za siebie, w stronę kuchni. – Za dwie godziny będzie obiad. Proponuję, żebyście przez ten czas odświeżyli się i odpoczęli. Mary pokaże wam wasz pokój. – Zwróciła się do męża. – Greg, zawołaj Mary. Mary to nasza córka – wyjaśniła im. – Ma piętnaście lat, ale czasem zachowuje się, jakby miała ze sto. Sami zobaczycie.

Chwilę po tym, jak Greg zawołał córkę, usłyszeli ciężkie kroki na piętrze, potem na schodach, a w końcu z holu wyszła Mary.

– Dzień dobry – powiedziała mrukliwie.

Dziewczyna odziedziczyła wzrost i posturę po ojcu, ale indiańskie rysy po matce. Długie kruczoczarne włosy miała splecione w cienkie warkoczyki i związane razem za głową. Z ładnej, dziewczęcej twarzy spoglądały duże jak spodki oczy, których błękitny kolor mocno kontrastował z indiańską cerą. Miała ponurą minę, kogoś zmęczonego życiem, co raczej nie mogło być możliwe w wieku piętnastu lat. Danny’emu zdawało się przez chwilę, że widzi żeńską wersję siebie, kiedy był kilka lat od niej starszy.

– Hej! – zawołała do niej Jody wesoło.

Mary obdarzyła ją krótkim spojrzeniem, a później przeniosła wzrok na Danny’ego. On uniósł tylko dłoń w powitaniu, ale nic nie powiedział. Dziewczyna doceniła to. Poznał to po jej wzroku.

– Chodźcie za mną – powiedziała i ruszyła z powrotem na górę.

Wrócili do holu i weszli po schodach na piętro. Tam przeszli wąskim korytarzem, który wiódł przez środek budynku. Na jednym jego końcu było okno, przez które Danny widział połyskujące, leniwie płynące wody rzeki. Na drugim znajdowały się drzwi, takie jak wszystkie inne w domu. Mary skręciła w prawo, w stronę okna i otworzyła przed nimi jeden z pokoi.

– Czujcie się jak u siebie – powiedziała z taką samą wesołością, jak poprzednio. – Łazienka jest naprzeciwko. Obiadu na pewno nie przegapicie, mama ma całkiem donośny głos.

Dziewczyna odwróciła się na pięcie, poszła w głąb korytarza i zniknęła za kolejnymi drzwiami. Jody spojrzała na partnera, ale on tylko wzruszył ramionami i wszedł do pokoju.

Pomieszczenie było skromnie umeblowane. Podwójne łóżko dosunięte do jednej ściany, dwudrzwiowa szafa z szufladami na dole, szafka nocna i dwa krzesła z małym stolikiem po przeciwnej stronie. Jedyną ozdobą w pomieszczeniu był indiański łapacz snów wiszący nad łóżkiem. Zrobiony był z fioletowej nici nawiązanej na żółtawym drewnie i z białych piór. Wyglądał na ręcznie robiony. Jody uniosła go w dłoni, żeby lepiej się przyjrzeć, podczas gdy Danny zrzucił z pleców bagaż na ziemię i usiadł ciężko na krześle. Wtedy dopiero poczuł w pełni zmęczenie po godzinach lotu i marszu przez rozpaloną prerię. Zdjął kapelusz, odłożył go na stół i pomasował łysą głowę. Stary odruch, który pozostał mu jeszcze z czasów, kiedy miał włosy. Zamknął na chwilę oczy i odchylił głowę przez oparcie.

***

Z drzemki wyrwało go trzaśnięcie drzwi. Otworzył oczy, zaskoczony, że w ogóle usnął w takiej niewygodnej pozycji. Drzwi zamykała za sobą Jody. Najwyraźniej wracała spod prysznica. Jej skóra nadal była czerwona, ale przynajmniej nie zakurzona. Ubrała się w obcisłe dżinsy i koszulkę Nirvany – prawdziwy relikt. Długie do piersi, blond włosy były jeszcze wilgotne i pasemka przyklejały się jej do czoła. Kobieta posłała mu lekki uśmiech. Odwzajemnił go, przypominając sobie ile razy już go widział od tego pierwszego razu.

Jody usiadła na skraju łóżka i zaczęła smarować ramiona i nogi jakimś dziwnym specyfikiem, którego plastikowa miseczka leżała na łóżku obok jej brudnych ubrań i kosmetyczki.

– To ta maść od Nairy? – zapytał.

– Tak.

– Kiedy zdążyłaś po nią pójść?

– Zanim poszłam wziąć prysznic.

– Naprawdę? – zdziwił się Danny. – Nie pamiętam nawet jak wychodziłaś. – mężczyzna podrapał się po karku. – Ile spałem?

– Niedługo. Może dwadzieścia minut… Co o nich sądzisz? – nagle zmieniła temat.

Danny zastanawiał się przez chwilę.

– Nie wiem, co mam o nich sądzić. Co mam sądzić o tym wszystkim, szczerze mówiąc. Szukali pomocy, jak gdyby dręczył ich sam Szatan, ale są weseli i od kiedy przyjechał po nas Greg uśmiechali się więcej razy niż ja przez rok, kiedy byłem nastolatkiem.

– A propos – Jody uśmiechnęła się chytrze. – Czy Mary nie przypomina ci kogoś?

– Nie mam pojęcia o czym mówisz – odparł Danny z dobrze udawaną powagą. – W zasadzie tylko ona wygląda na kogoś, kogo dręczą duchy, demony czy inne „złe moce” – powiedział robiąc w powietrzu cudzysłów.

– Nie wierzysz im?

– Wierzę, że coś jest nie tak, skoro postanowiłem tutaj przylecieć w środku lata. – Przeczucie rzadko myliło Danny’ego, ale nigdy nie mówił tego głośno, bo brzmiałoby to bardzo nieskromnie. – Mam tylko nadzieję, że podczas obiadu dowiemy się dokładnie w czym rzecz.

– Ja również – powiedział kobieta i zamknęła pudełeczko z maścią Nairy.

– Też powinieneś się przebrać. I umyć.

– Sugerujesz, że śmierdzę?! – żachnął się Danny, wziął ubrania na zmianę, kosmetyczkę i wyszedł z pokoju.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • No mocne 7/10 ale może byś nam pomógł jakąś małą wpłatą ;)
  • nel55 dwa lata temu
    Nie mógł się powstrzymać przed jego wzięciem... To zdanie mi nie pasuje. Tekst jest bardzo interesujący lecz opisy są odrobinę za długie.
  • Fanifur dwa lata temu
    Na koniec przyjrzę się jeszcze raz wszsystkim błędom, a na opisy to niewiele poradzę, tak już piszę :) Dzięki za przeczytanie!
  • Clariosis 2 miesiące temu
    No i jestem, w końcu!
    Tak jak w poprzedniej części, styl w ogóle mnie nie zawodzi, a wręcz koi - czyta się płynnie, bez zacięć, jednym wręcz tchem. Pięknie. No i co ja tu widzę... Danny i Jody... ;) Coś już czuję, coś czuję, ale może to tylko zwodzenie mnie za nos? Coś czuję, że jeszcze mnie to zaskoczy i zobaczymy, jakie ostatecznie emocje z tego wynikną. Jak na razie kiwam głową na tak - idę po więcej, starając się połączyć kropki na tyle, ile będę w stanie.
    Pozdrawiam!
  • Fanifur 2 miesiące temu
    Witam ponownie ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania