Lato warszawskie
Latem Warszawa przestaje być miastem. Staje się egzaminem moralnym.
Już od wyjścia z klatki schodowej wiem, że polegnę.
Na pierwszym skrzyżowaniu pojawia się ona. Potem druga. Potem trzecia. Wszystkie wyglądają, jakby jakiś złośliwy demiurg postanowił stworzyć cykl rzeźb zatytułowany "Jak doprowadzić do załamania nerwowego przeciętnego czterdziestosiedmiolatka". Zwiewne sukienki, słońce, śmiech i ta nieznośna fizyka materiałów, która najwyraźniej uznała staniki za relikt epoki parowozów.
Ja natomiast wyglądam jak pracownik prosektorium, który przez pomyłkę wyszedł na spacer.
Mam czterdzieści siedem lat. Jestem łysy. Gębę mam dość straszną, choć niestety nie na tyle charakterystyczną, żeby ktoś powiedział: „Ach, to ten potwór!”. Nie. Jestem przeciętnie straszny. Twarz, która nie zapada w pamięć, lecz zostawia po sobie uczucie lekkiego dyskomfortu. Coś między urzędnikiem od podatku od deszczu a człowiekiem, którego kiedyś widziało się w kolejce do rentgena.
I wtedy zaczyna się spektakl.
Oczy, te zdrajczynie, odrywają się ode mnie i biegną przed siebie jak psy spuszczone ze smyczy. Ja je przywołuję.
– Wracać!
Nie wracają.
Patrzę więc sekundę za długo. Kobieta zauważa. Ja zauważam, że ona zauważyła. Udaję, że w rzeczywistości fascynuje mnie architektura przystanku autobusowego.
Nigdy nie działa.
Warszawa pełna jest ludzi, którzy potrafią flirtować. Rzucają jedno zdanie i już wspólnie piją aperol.
Ja natomiast nawet w wyobraźni dostaję kosza.
Wyobrażam sobie, że mówię:
– Przepraszam...
Na tym kończy się fantazja.
Bo co dalej?
„Przepraszam, chciałem powiedzieć, że państwa obecność estetycznie destabilizuje mi układ nerwowy”?
Brzmi jak początek przesłuchania.
Mam dziewczynę.
Jest cudowna. Inteligentna. Dowcipna. Patrzy na świat tak, jakby każda rzecz mogła mieć drugie dno i jeszcze piwnicę. Ma mały biust, co nigdy nie stanowiło dla mnie problemu. Problem pojawia się dopiero w lipcu, kiedy Warszawa organizuje nieformalny festiwal dużych biustów bez staników, a ja, zamiast zachowywać godność dojrzałego mężczyzny, wyglądam jak labrador próbujący udawać profesora filozofii.
Wracam do domu z poczuciem winy.
– Jak minął dzień? – pyta.
– Walczyłem.
– Z czym?
– Z grawitacją.
Nie dopytuje. Być może boi się odpowiedzi.
Najgorsze jest jednak to, że nie chodzi nawet o erotykę.
To czysta rozpacz kolekcjonera, który całe życie dostał bilet do muzeum, ale zabroniono mu podejść do eksponatów.
Patrzeć nie wypada.
Nie patrzeć się nie da.
Patrzeć ukradkiem oznacza wyglądać jak złodziej.
Patrzeć otwarcie oznacza wyglądać jak idiota.
Wybrałem więc trzecią drogę: patrzę w chodnik.
W efekcie regularnie wpadam na słupy.
Zaczynam podejrzewać, że Zarząd Dróg Miejskich ustawia je specjalnie dla takich jak ja. Każdy słup mówi:
– No i masz. Jeszcze ci mało?
Wieczorem oglądam swoją twarz w lustrze.
Wygląda na zmęczoną.
Nie życiem.
Latem.
Jesień jest dla ludzi takich jak ja aktem miłosierdzia. Kobiety zakładają swetry, ja odzyskuję pionową postawę, a słupy przestają mnie rozpoznawać.
Ale potem przychodzi czerwiec.
I znowu wychodzę z domu z miną człowieka, który wie, że świat jest piękny, tylko niestety został zaprojektowany przez sadystę z doskonałym poczuciem humoru.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania