LBnP 34 - Wznieść się ponad bezsilność

Smutne i krótkie jest życie przeciętniaka. Owszem, szklanka może być do połowy pełna, lecz nawet najbardziej optymistyczny umysł nie może przysłonić tego, że woda nie nadaje się do picia, a szkło jest zmętniałe i kruche. Aleksander był na tyle mocno zraniony, że ledwie już dostrzegał taflę wody. Powoli, bezdźwięcznie topił się w rzygowinach beznadziejności.

W jedną z wielu nocy, gdy powolnym krokiem wracał z wyczerpującej i nieopłacalnej pracy potknął się dosłownie o własne nogi. Upadł z hukiem na brudny, mokry po wczorajszym deszczu bruk i nieśpiesznie zbierał się do wstania. Nad nim, co dziwne, zataczał kręgi ledwie widoczny o tej porze ptak. Nie mógł dostrzec ruchu skrzydeł; z jego perspektywy wyglądało to jak marionetka kręcąca się bezwładnie na sznurku. Było jednak w tym coś tajemniczego, nadnaturalnego. Ptak ten zdawał się wydawać jakiś cichy dźwięk, sygnał, który trudno było z początku dosłyszeć. Mężczyzna jednak wstał, porzucił szybko te dziwne myśli i ruszył dalej, marząc już o spokojnej nocy i zasłużonym wypoczynku.

Przez całą pozostałą drogę już więcej nie upadł, nie wydarzyło się też nic niezwykłego, jednak z przestrogą i jakąś dziwną ciekawością oglądał się co jakiś czas za siebie, a w zasadzie spoglądał na granatowe niebo ciągnące się za plecami. Nic już tam nie latało, ptak nie był widocznie z nim związany, lecz z jakiegoś powodu nie mógł się pozbyć wrażenia, że coś się dzieje, że coś nadal w jakiś sposób go obserwuje, chce mu coś powiedzieć. Chciał już zwalać winę na swój zmęczony mózg i nie najlepszy nastrój, lecz nim zdążył włożyć klucz do zamka przy drzwiach od mieszkania stało się coś, czego w najśmielszych snach się nie spodziewał...

Zapomniał wyrzucić śmieci. Ba, zostawił je przy ścianie i w ogóle się nie zorientował, schodząc na dół rano, że o czymś zapomniał. Aleksander westchnął, złapał się za głowę, w końcu wziął worek i usunął go jak przystało na zdrowego obywatela. Wywalił przez okno na klatce. Trzecie piętro. Żule przez noc pozbierają.

— Okej, idę spać! — powiedział sam do siebie, zaczekał nawet aż odpowie mu chłód ścian i nieśpiesznie ruszył do sypialni.

Ubrania pozostawiał na podłodze, wsunął się pod kołdrę, ugniótł porządnie poduszkę nim spoczęła na niej głowa. Był wyczerpany, bardzo chciał szybko zasnąć, ale już od dawna nie mógł liczyć na spokojny sen. Za dużo myśli, zbyt ciążące na duszy poczucie winy, nadal kująca w serce zdrada, a raczej własna nieodpowiednia decyzja. „Nigdy tak naprawdę się nie rozumieliśmy. Żałuję, że poświęciłam na to tak wiele czasu…”. Te słowa znów go nawiedzały, znów nie mógł ich wyrzucić z głowy. Przewracał się z boku na bok, starał się zagłuszyć dzwoniący w uszach płacz wspomnień. Bezskutecznie. Długo minęło nim zdołał w końcu zasnąć.

— Jeszcze pięć minut…

Kolejny smętny, samotny poranek. Oczy sklejone, świadomość z trudem powracająca do zmęczonej głowy. Dwie-trzy godziny snu – nie za wiele, lecz nadal nieco więcej niż w ostatnich dniach. Miał wolne, nie musiał się śpieszyć, mógł nawet spróbować przespać cały dzień, ale dobrze wiedział, że to walka z wiatrakami. Bądź co bądź nadal trochę wierzył, że może się mierzyć z życiem. Nie chciał przynajmniej całkowicie się poddawać i uznać się za przegranego, choć mógł być w gorszym stanie niż niejeden mentalny trup, który spędza resztki egzystencji w czterech ścianach niecierpliwie czekając na smutny, gorzki koniec.

W końcu wstał, doszedł do kuchni, podpierając się ręką ściany. Przychodził tu już praktycznie tylko z przyzwyczajenia. Śniadań już od dawna nie jadał, wystarczyła mu jedynie szklanka wody, a i nawet na to nie zawsze miał chęć. Nie potrafił się już cieszyć nowym dniem, więc podświadomie pomijał jego początek. Przedłużanie, celebrowanie zwyczajności nic mu już nie dawało. Myślał w innych kategoriach i nawet lubiane przez niego wspólne mycie zębów przy lustrze (on szykował się do pracy, ona mu uprzejmie towarzyszyła, gdyż zazwyczaj pracowała popołudniami) straciło dawny smak. Ogólnie coraz dobitniej czuł, że staje się wyprany ze zmysłów. Wszystkie bodźce powoli zanikały, stępiały się, nie wywoływały już żadnych pozytywnych emocji. Jedyne czego nadal twardo się trzymał to wzrok. Szukał symbolizmu w chmurach, nadal lubił patrzeć na jej uśmiech na wspólnej fotografii, obrazy Wyspiańskiego, które jeszcze niedawno go inspirowały, rozbudzały utracone marzenia, wciąż były dla niego czymś wartym oglądania.

Razem z ubraniami przeszedł do salonu, włączył telewizję, by wysłuchać wiadomości i prognozy pogody, ubrał się w końcu, choć nie zauważył nawet, że założył koszulkę tył na przód. „Florystka narzeka, że kwiaty tracą na wartości w ludzkich sercach…” – głupie, przypadkowe zdanie, a jak nic przypominało mu o straconej miłości. Ukuło go to niespodziewanie, więc szybko wyłączył odbiornik, wyrzucając z głowy zasłyszaną przed momentem myśl.

Dzwonek do drzwi.

„Ktoś do mnie?”. Zdziwił się. Od dawna nikt go nie odwiedzał. Miał nawet wrażenie, że listonosze wolą zostawić awizo w skrzynce niż wręczyć list osobiście.

Przekręcił zamek, nacisnął klamkę. Przeleciało mu nawet przez myśl, że to może być ona, że wróciła. Porzucił jednak tę obawę, nie chciał wyglądać na przestraszonego, stając przed gościem. Niemożliwym zresztą było, by jej gorzka obietnica się odwróciła i straciła ważność.

— Dzień dobry.

Anioł.

No, przynajmniej dziewczyna ze skrzydłami.

— Pani na pewno do mnie? — Nie czuł się na siłach, by bawić się w jakiejś niezrozumiałe gierki. Ciekawość rosła z tyłu głowy, jednak górowało przede wszystkim zmęczenie i pragmatyzm. Chyba nawet ta wyraźnie nadnaturalna aparycja – złote, świecące się niemalże jak słońce włosy, czysto niebieskie, zdecydowanie nieludzkie oczy, cera jasna jak świeży śnieg i skrzydła tak realnie wyglądające, że nie mogły być tylko częścią wyszukanego kostiumu – nie mogła go wynieść znad ziemi do gwiazd.

— Tak, do pana Aleksandra — odpowiedziała oficjalnym tonem.

Głos miała poważny i dostojny, lecz wyglądała bardziej jak dziecko. Dosięgała mu co najwyżej do klatki piersiowej. Od początku rozmowy wysoko podnosiła głowę, by utrzymać kontakt wzrokowy. Gdyby był w lepszym nastroju, mogłoby go to rozśmieszyć.

— Nie mam czasu. Jeśli to nic ważnego, to proszę sobie pójść — odpowiedział niechętnie.

— To tylko chwila — Chciała go zatrzymać na progu. — Proszę mnie złapać za rękę.

— Żarty sobie stroisz… — Złapał za klamkę, miał już trzasnąć drzwiami, lecz…

— Daj sobie pomóc — Ostatecznie ich dłonie się złączyły. Doskoczyła do niego momentalnie, nie zauważył nawet kiedy jego bezwładna dłoń znalazła się w uścisku.

— Powinno się coś stać? — Puściła go, schował rękę do kieszeni. Zapadła niezręczna, kąśliwa cisza. — Ma pani jakiś interes, czy tylko chodziło o rączkę? — Nie chciał być niemiły, nigdy zresztą nie był człowiekiem niewygodnym dla innych ludzi, lecz nie miał zamiaru udawać, że wszystko jest w porządku. Chciał być sam, chciał mieć spokój, pogodził się już z myślą, że nie ma odwrotu i zmierzy się ze swoim końcem samotnie.

— Nie, niemożliwe… — Dziewczyna momentalnie straciła cały swój fason. Spuściła głowę, jej wzrok jakby zmętniał. — Powinno zadziałać…

— Nie wiem, co bredzisz — odrzekł bez zainteresowania. — Pozwoli pani, że wrócę już do siebie.

— P-poczekaj! — podniosła głos. — Marzena. Ona nadal zatruwa twój umysł? Ciągle o niej myślisz, prawda?

Coś w nim pękło.

— Skąd wiesz? — niemalże wyszeptał. — Skąd, kurwa, wiesz!? Kim ty jesteś?

— Bronię cię — odpowiedziała spokojnie, ignorując zupełnie jego gniew. — Pomagam, gdy nie możesz znaleźć wyjścia.

— Co ty pieprzysz? — Nie poznawał własnych myśli. Naprawdę miał ochotę ją uderzyć, uciec szybko do środka, zatrzasnąć drzwi i już nigdy nie otwierać. — Mów wprost albo po prostu stąd idź. Nie, odejdź stąd od razu. Nie będę o tym rozmawiał. To nie twoja sprawa… ty, ja pierdolę, smarkulo.

Nie panował nad swoim głosem. Nie wiedział, co robi, nie wiedział, co mówi. Czuł się chory. Bardziej chory niż zazwyczaj, w samotności, z dala albo przynajmniej wystarczająco daleko od brudnej, bolesnej przeszłości.

— Uspokój się — odrzekła stanowczo. — Oczyść umysł. Jeszcze raz. Jeszcze raz podaj mi dłoń.

Właśnie. Bał się. Zwyczajnie czuł strach, mierząc się z tą sytuacją. Widział, co widział, lecz ona była czymś więcej. Nikt nie wiedział, nikomu nie mówił, lecz ona znała nawet te imię, te przeklęte imię. Musiał zaufać albo popaść w ciemność niezrozumienia. Nie miał nic do stracenia. Sen. To wszystko, te wszystkie niezrozumiałe słowa i cała ta dziewczyna to był sen. Przecież nie było dla niego ratunku. Nie w taki sposób, nie w takim stanie i chwili.

Wyciągnął powoli dłoń. Czuł jakby na nadgarstku ciążył mu łańcuch, jakby jakiś ciężar ściągał go w dół, ale nie chciał, nie mógł temu ulec. Jedna szansa, jeden przypadek, ostatni uśmiech losu, by być może coś zmienić.

Błysk.

Noc, ciepło dłoni. Byli gdzieś indziej, z dala od materialności jego mieszkania. Czuł opływające go powietrze, lekką bryzę we włosach, drżenie nóg, które nie mogły znaleźć podłoża. Spadał. Albo raczej pikował. Jak ptak. Dziewczyna trzymała go za rękę. Zerknął, zobaczył jej majestatyczne, srebrzyste skrzydła. Razem niemalże dotknęli ziemi, lecz szybko wznieśli się w górę. Szybował, rozpostarł ręce. Nie miał piór, lecz czuł, że leci, że jest częścią tego nocnego nieba.

Błysk.

Siedzą razem na polanie. Ona się uśmiecha. We włosy ma wpleciony kwiecisty wianek, od jej oczu bije ciepły blask. Wygląda prawie jak Marzena. Jak coś piękniejszego niż szczęście, które nie miało prawa go spotkać.

Odczuł ulgę. Z jakiegoś powodu nie mógł już dosięgnąć tych wszystkich negatywnych emocji, które niczym ciernie obrastały jego serce.

— O co w tym chodzi? — zapytał nieśmiało.

— Odzyskujesz życie — odrzekła, odwracając głowę w jego stronę. — Porzuciłeś okowy i znów stajesz się wolny.

— To w ogóle możliwe?

— Potrzebowałeś jedynie impulsu.

— Nie rozumiem.

— Nie musisz — Zbliżyła się, jej dłoń musnęła jego twarz. — Niebo wciąż należy do ciebie. Możesz wszystko. Zapomnij. Nie sprowadzaj wszystkiego do jednego niepowodzenia.

— Nie potrafię już żyć jak dawniej — odrzekł z goryczą w głosie. — Wszystko runęło, gdy ona…

— Jestem dla ciebie — Cichy, delikatny głos. — Spójrz.

„Jedenaście nieodebranych połączeń”.

— Ty… — Trzymał telefon w dłoni, nie mógł wprost uwierzyć, że rejestr połączeń nie kłamie. — Jak mogłem nie zauważyć...

Pobudka. A raczej powrót. Cała ta wizja momentalnie wyparowała. Szybko stała się tak drobna i oczywista jak pyłek kurzu. Żył w bańce. Nie chciał dostrzec, że nie wszystko stracone. Nadal jest ktoś, kto się martwi. Ciągle jest jedna osoba, która nie może porzucić jego życia, zostawić go, by gnił, zamartwiając się minioną chwilą.

Że też potrzebował anioła, by to dostrzec…

„Halo? Aleksander? Martwię się. Przyjdę jutro. Ugotuję ci coś. Proszę, odpowiedz. Możemy pogadać. Cały czas jestem przy telefonie. Oddzwoń. Albo odbierz następnym razem. Skrzynka odbiorcza ci w końcu pęknie od tych wszystkich nagrań!”.

Następne częściLBnP 36 - Ogień Wszechświata

Średnia ocena: 3.9  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Literkowa Bitwa na Prozę 4 miesiące temu
    Brawo! Witamy w Bitwie! Jako, że jesteś pierwszym odważnym otrzymujesz od Literkowej w gratisie 3 punkty.

    Literkowa pozdrawia i życzy dobrej zabawy
  • pasja 3 miesiące temu
    Ciekawe opowiadanie o samotności człowieka. Po utracie bliskiej osoby nie potrafił funkcjonować normalnie. Codziennie staczał się w nicość. Czasem wystarczy chwila, by pokonać bezsilność. Wystarczy tylko odbierać wiadomości... bo nigdy tak do końca nie zostajemy sami.

    Pozdrawiam
  • Pan Buczybór 3 miesiące temu
    Dziękuję za miły komentarz. Pozdrawiam również :)
  • Johnny2x4 3 miesiące temu
    Opowiadanie sprawne technicznie, ale nic poza tym. Kompletny brak emocji i życia, w całości.
  • Pan Buczybór 3 miesiące temu
    🙄🤐
  • Maurycy Lesniewski 3 miesiące temu
    Świetne otwarcie;
    "Smutne i krótkie jest życie przeciętniaka. Owszem, szklanka może być do połowy pełna, lecz nawet najbardziej optymistyczny umysł nie może przysłonić tego, że woda nie nadaje się do picia, a szkło jest zmętniałe i kruche." Bardzo ograny tekst świetnie przebudowałeś i aż kipi "twojością"! Bardzo mi się to widzi!
    Później lekko usypiasz czytelnika, dajesz subtelnie coraz bardziej zapaść się w maraźmie bohatera, aż nagle: Bum! Anioł i wszystko, uczucia, emocje... zasuwa znowu do góry.
    Powiem Ci, że... no nie wiem czy jest to twój najlepszy tekst, który tu czytałem, bo masz sporo ciekawych, ale, dla mnie strzał w dziesiątkę. Czyli piątka :)
    Oczywiście to tylko moje zdanie, ale naprawdę mi się podoba!
    Tyle w temacie.
    Pozdro!
  • Pan Buczybór 3 miesiące temu
    Dziękuję bardzo za tak miły i pozytywny komentarz :) Pozdrawiam również
  • Literkowa Bitwa na Prozę 3 miesiące temu
    Rozpoczynamy Głosowanie. Do Bitwy zgłoszono pięć tekstów.
    Zapraszamy Autora na Forum: https://www.opowi.pl/forum/literkowa-bitwa-na-proze-glosowanie-w935/
    Czytamy i pozostawiamy komentarze i nagradzamy według zasady: 3 - 2 - 1 plus uzasadnienie; dlaczego?
    Gosowanie potrwa do 12 sierpnia /środa/ godz. 23:59

    Literkowa pozdrawia i życzy przyjemnej lektury.
  • Kocwiaczek 3 miesiące temu
    uznać się – się zbędne;
    ścianach niecierpliwie – przecinek pomiędzy;
    świecące się – się zbędne;
    chwila — Chciała – brak kropki;
    pomóc — Ostatecznie – ponownie;
    Dłonie i dłoń;
    nawet kiedy – przecinek pomiędzy (chyba?);
    niemalże wyszeptał – niemalże chyba z dużej litery;
    musisz — Zbliżyła – brak kropki;
    ciebie — Cichy – ponownie.

    //

    Ładne. Smutne i nostalgiczne. Czasami zamykamy się w sobie i nie widzimy tych, którzy chcą nam pomóc i martwią się o nasze szczęście. Jest mały niedosyt na koniec. Kim była owa dziewczyna z poczty głosowej? Czy ptak, którego widział był anielicą, która go obserwowała. Smutno-gorzka jest ta cała historia, ale niesie subtelne przesłanie: "Otwórz oczy, ale tak naprawdę. Otwórz i prawdziwie zobacz". Pozdrowienia.
  • Pan Buczybór 3 miesiące temu
    Dziękuję za wnikliwy komentarz. Pozdrawiam również :)
  • Dekaos Dondi 3 miesiące temu
    Panie Buczyborze→Klaustrofobiczny nastrój przygniecenia, wyobcowania itp→dobrze oddałeś.
    Tak jakby człek wchodził pod górę, nie wierząc, że ma wierzchołek.
    Ale w końcu ktoś zapukał... i tu by można pomyśleć, co było faktycznie, a co w umyśle.
    A może to był jakiś rodzaj snu. Ten telefon. Różnie by można kombinować. Zależy, kto czyta:)↔Pozdrawiam:)
  • Pan Buczybór 2 miesiące temu
    No, zawsze można kombinować. Dziękuję za komentarz

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania