LBnP 46 - Jednoskrzydły i malarz

Byłem już strudzony, gdy dotarłem na miejsce. Przewodnik mówił, że najlepiej wybrać się w drogę jeszcze przed świtem, aby dotrzeć do celu o brzasku lub ledwo po nim. Mówił, że wtedy będzie można spojrzeć na okolicę z innej, niedocenianej przez wielu perspektywy.

 

Dotarłem tam na długo przed brzaskiem. Znalazłem moje ulubione drzewo, wspiąłem się na mój ulubiony na nim konar, rozparłem się na moich ulubionych gałęziach, otworzyłem sketchbook i czekałem. Lewa ręka miąchała papier szkicownika, dobrze mi znany, o gramaturze 220g/m2, czerpany, najbardziej pospolity do tego rodzaju prac. W prawej dłoni, bez udziału myśli, pojawił się mój ulubiony granatowawo-rdzawy wodoodporny pisak. Siedziałem w ciszy i chłonąłem odchodzącą noc, gotów na przywitanie nadchodzącego dnia.

 

Siedziałem w tym miejscu nie wiem już który raz. Jestem wraz z całą paczką na tym letnim obozie już drugi tydzień i nie pamiętam dnia, w którym bym nie stracił kilku godzin na przesiadywanie na moim drzewie. Oficjalnie „biegałem” po okalającym ośrodek lesie, a że wprost uwielbiam biegi na przełaj to nikt nie podważał moich słów. Mimo wszystko i tak nie rezygnowałem z biegania, więc zaraz po spotkaniu z drzewem i tak robiłem piątkę, czasem uprzejmie, w tempie 6 minut na kilometr, czasem rozważnie, w tempie około 5:20 do 5:35, a czasem szaleńczo schodząc do 4:30 na kilometr. Tak po prawdzie „szaleńczo” to biegłem tylko raz, gdyż trochę za bardzo się zasiedziałem, i gdybym nie biegł na łeb na szyję do ośrodka, zamknęliby wrota, a na wieczornym apelu padłoby „stan osobowy sprawdzony, ubyło jeden”, a tego raczej bym nie chciał. Raczej nie.

 

Swoją drogą i obóz, i szkoła go organizująca jak i my, studenci, byliśmy idealnie do siebie dobrani. Wrzucono nas do sektora siódmego (tego z lasem), gdzie Mur był najwyższy i naprawdę niewiele innych sektorów dało się podejrzeć. Ten sektor miał najwyższe drzewa, lecz nieważne jak wysoko się na nie wspiąłeś i tak mogłeś co najwyżej obejrzeć szczyt muru, ten niesamowity, magnetyzujący i budzący niepokój nimb wokół cokołu oraz zamglone, wyglądające bardziej jak fatamorgana, fragmenty krajobrazu sektora szóstego i ósmego. Wszystkie sektory, a było ich osiem, z góry musiały wyglądać jak plasterek pomarańczy, z białym, nieprzejrzystym środkiem i grubą warstwą „skórki”, czyli w naszym przypadku Krawędzi, miejsca, gdzie nasza grawi-wyspa się po prostu kończyła. Mur zbudowano tylko po to, by oddzielał poszczególne sektory od siebie i od Centrum, Krawędź oddzielała nas od jakichkolwiek myśli o wydostaniu się stąd inaczej, niż przez Centrum. Tam zaś, według opowieści, była sekcja wind, które pozwalały się przemieszczać wyżej lub niżej (w wyobraźni miałem obraz kilkunastu bądź kilkudziesięciu plastrów pomarańczy nabitych na ośmioboczną kredkę) oraz platforma, która pozwalała nam przemieszczać się pomiędzy sektorami.

 

Każda szkoła miała swoją „kredkę”. Nie wiem ile było szkół wiem, że nasza była czerwona.

 

Nagle poczułem, że ruszam prawą ręką. Odgoniłem szybko myśli o tym, na co nie miałem wpływu, i skupiłem się na tym, po co tu przybyłem. Pisak już tańczył na papierze, a moje oczy najpierw zarejestrowały fakt pierwszych postawionych na nim kresek a dopiero po chwili widok przede mną. Kolejny raz patrzyłem na to jezioro o kryształowo czystej wodzie. Mieniło się jednak nieco innymi kolorami, niż popołudniem czy późnym wieczorem. Więcej w nim było blasku, srebrzenia się i takiej, no nie wiem, antracytowej poświaty, o ile ktoś inny jeszcze w ten sposób potrafi sobie to wyobrazić. Jezioro okalała łąka, w tym świetle wschodzącego słońca wręcz malachitowa, przechodząca powoli w brzozowy las, który zmieniał się potem w liściasty. Północna jego część trafiała w Mur, południowa prowadziła do osiedla studenckiego, boiska, pływalni, dormitoriów i tym podobnych budynków. Ale moja prawa ręka uzbrojona w rdzawo-granatowy (jestem przekonany, że używałem więcej rdzawego) pisak nie to szkicowała.

 

Odwróciłem się w lewo. Dlatego tak bardzo lubiłem to moje drzewo, że mogłem z niego spojrzeć nieco poza Krawędź. Wymagało to trochę wysiłku, ale moje oczy były jeszcze młode i zdrowe, a wyobraźnia, o ile dało się ją poskromić, nie przeszkadzała w dojrzeniu szczegółów. Krawędź załamywała się nieregularnie. Jeśliby położyć się przy niej na brzuchu tak, aby stała się horyzontem, to wyglądała jak tłusta glizda, która wije się z lewa w prawo, bez pomysłu czy ładu, lecz w sposób, który glizdy uznają za najbardziej wygodny do podróżowania. Z drzewa zaś była ostra jak brzytwa, wyglądała jakby cała płyta tektoniczna, na której się znajdowaliśmy, została ścięta jednym, pewnym, ruchem noża. Tak, jak obiera się pomarańczę, tak wykonano Krawędź, a potem pomarańczę pocięto na plasterki i kazano nam na nich żyć. Jak to było z tym poskramianiem wyobraźni? Że da się to zrobić, tak?

 

Co widać było poza krawędzią? Chmury. Przepiękne, białoróżowe chmury. Ale i tego nie rysowała moja prawa ręka.

 

Spojrzałem na kartkę. Myślę, że już połowę konturów miałem z głowy, pozostały detale i dookreślniki, jak ja nazywałem motywy i szczegóły, którymi ozdabiałem rysunek podczas końcowej jego fazy. Teraz schowałem pisak do kieszonki koszuli i z chlebaczka wyjąłem moje akwarele. Dzisiaj widzę, że będzie mokre na suchym, toteż rosa z liści powinna mi wystarczyć.

 

Mój obrazek najpierw nieco się zaróżowił (wschodzące słońce na niebie wydobyło właśnie ten kolor), potem został przetkany błękitem, bielą i w dolnej części zielenią, ostrą czerwienią i żółcią (miejscami tak drobnymi, że prawie niewidocznymi) oraz tym antracytem, co go ostatnio używałem częściej niżbym chciał. Ten kolor zaczął też wypełniać środek obrazka, przewijał się w nim z bieloną ultramaryną, srebrem i czernią podkreślaną tu i ówdzie pasemkiem bieli czy żółci, nie grubszym niż włos lub będącym pod nią podkładem. Teraz musiałem chwilę odczekać, aby farby przylgnęły do papieru, abym mógł moimi pisakami go dookreślić. Przed oczami miałem bowiem siedzącego na końcu mojej gałęzi ptaka.

 

Zarówno na rysunku, jak i w rzeczywistości, był bardzo dziwny. Po pierwsze – usiadł przy mnie. Albo stałem się dla niego martwą naturą, więc mnie nie zauważył albo, co było bardziej prawdopodobne, doskonale zdawał sobie sprawę z mojego istnienia, ale było mu to tak obojętne, że sobie tym nie zaprzątał głowy. Po drugie – był bardzo podobny do gawrona, ale jego łapki, dziób i oczy mówiły, że nie powinienem go klasyfikować w tak oczywisty sposób. Po trzecie – jego pióra. Niby szare, czarne i srebrzyste, ale jak się nimi zajmował, to prześwietlały właśnie przez nie i błękity, i srebro ale też biel, żółć czy niebieski. Jego pióra, zależnie od kąta patrzenia i padającego na nie światła, mieniły się wieloma kolorami, były piękne. A on, ten ptak, poprawiał je sobie beztrosko pokazując mi ich urodę. Trochę jak paw, ale nie z próżności, lecz z obowiązku, z konieczności, po prostu z powodu porannej toalety.

 

Po czwarte, i to chyba najważniejsze, ten ptak miał tylko jedno skrzydło… Jak on tu się znalazł? Jak udało mu się dostać tu, tak wysoko nad ziemię? Ja tu wspinałem się dobrą chwilę a on? Przecież tu nie wleciał…

 

W tym właśnie momencie zauważyłem, że moja prawa ręka schowała ostatni już pisak do chlebaczka. Obrazek był gotowy. Spojrzałem na niego i na mojego modela. Nie umiem wyrazić zdumienia jak bardzo podobny był mój rysunek do oryginału oraz jak bardzo spartoliłem sprawę próbując oddać piękno tego ptaka. Wszystko w nim było takie samo, ale obrazek nie nadawał się do niczego. Nie miał tego dostojeństwa, tej iskry, jaką czułem w Jednoskrzydłym, jak go nazwałem w mojej wyobraźni, choć nie ukrywam, że jego wygląd oddałem naprawdę bardzo dobrze, z tą misterną grą półcieni, ze szczegółami ułożenia piór czy rowkami na dziobie. Myślę, że mój rysunek mógłby spokojnie odlecieć, ale miał przecież tylko jedno skrzydło…

 

„Jutro o tej samej porze?” usłyszałem nagle w ciszy tego chłodnego poranka. Ten ptak pomyślał to wprost do mojej głowy!

„Jeśli tylko zechcesz” – odpomyślałem do niego nie mogąc uwierzyć w to, co się teraz dzieje.

 

Ptak przez chwilę zajmował się swoimi piórami. Kończył ich czesanie i układał je powoli i starannie, jak fryzurę.

„Wy jesteście naprawdę przedziwni.” – znów pomyślał do mnie ptak – „W jednej chwili odgadłeś moje imię, choć widzimy się pierwszy raz. Swoimi rękoma mnie namalowałeś, a przecież nic nie widzisz swoimi oczami. I do tego pomyślałeś, że to ja mam kłopot z wejściem na drzewo, jakbyś Ty nie pokonał większych od moich trudności.” – myślał do mnie kończąc swoje poranne czynności.

„Ale to Ty, w odróżnieniu ode mnie, dojdziesz dalej, niż ja kiedykolwiek zdołam” – odparłem Jednoskrzydłemu, bez gniewu czy sarkazmu, tak po prostu, jak przyjacielowi, lekko mu przy tym zazdroszcząc.

„Prawda. Wy macie Mur.” – zakończył rozmowę ptak i rzucił się w dół, do jeziora, po rybę na swój poranny posiłek.

Średnia ocena: 4.6  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (10)

  • Fanagann Hartelion 7 miesięcy temu
    Ręka, która sama maluje. Myśli, które same się tworzą w głowie i oczy, które widzą otoczenie, nie widząc.

    Bardzo ciekawy i barwny opis. Właściwie kolorów jest w nim najwięcej. Ciekawe dlaczego bohater je widzi?

    Uwielbiam poznawać takie miejsca. Jestem ciekaw dlaczego szkoła została umieszczona "na kredce"?
  • DiPoint Ragoon 7 miesięcy temu
    Fanagann Hartelion↔Niewidomy malarz i Jednoskrzydły to dość ciekawa para. Oboje coś mają i nie mają jednocześnie.
    Barwy dla chłopca są jak język dla innych. Jego rysunki to jego opowieści, stara się więc malować wręcz fotorealistycznie, nie chce zostawiać miejsca na niedopowiedzenia. Chłopak chce, by jego rysunek był jego, by był interpretowany w TEN sposób. Robi z nim to, co my ze zdaniem - dookreśla, czasami aż do granic przesady. Dlaczego zaś widzi barwy? A dlaczego ptak "myśli" do niego w głowie i jak się dostał tak wysoko?
    Cieszę się, że zauroczyłem Cię tym miejscem. Nie do końca jestem pewien, czemu ta szkoła jest umieszczona na kredce. Nie wiem też, dlaczego kredka ma kilkanaście (lub kilkadziesiąt) pięter, takich grawi-wysp. Nie do końca też wiem dlaczego tych "kredek" jest więcej niż jedna i ile dokładnie ich jest. Myślę jednak, że to będzie fascynujące poznać ich historię.

    Bardzo dziękuję za Twój czas i za pytania!
  • Literkowa Bitwa na Prozę 7 miesięcy temu
    Witamy kolejne opowiadanie w Bitwie. Brawo! Powodzenia! Zachęcamy do czytania innych Autorów biorących udział w bitwie.

    Literkowa
  • Literkowa Bitwa na Prozę 7 miesięcy temu
    Zapraszamy do głosowania na Forum:
    https://www.opowi.pl/forum/literkowa-bitwa-na-proze-glosowanie-w935/
    Czytają i pozostawiamy komentarze! Naradzamy według zasady: 3 - 2 - 1 plus uzasadnienie; dlaczego?
    Głosowanie potrwa do 25 stycznia /wtorek/ godz. 23:59
    Literkowa pozdrawia i życzy przyjemnej lektury.
  • Urszula Pieńkowska 7 miesięcy temu
    Szczegółowy, barwny opis, który moim zdaniem odciąga nieco od treści opowiadania.
    Pozdrawiam
  • DiPoint Ragoon 7 miesięcy temu
    Urszula Pieńkowska↔Masz rację, trochę farb mi się rozlało...
    Chciałem pozostawić wrażenie, że to nie jedyne ich spotkanie, że pojawią się kolejne, że tak naprawdę to wszystko dopiero się zaczyna. Jeszcze nie jestem do końca pewien, co pojawiłoby się jutro o tej samej porze, ale to zdanie pojawiałoby się, jak zaklęcie, jeszcze wielokrotnie. I co najważniejsze nie oznaczałoby dokładnie następnego dnia, tylko jakieś jutro o jakiejś porze kiedyś.

    Dziękuję za to spotkanie i za cenną uwagę!
  • Dekaos Dondi 7 miesięcy temu
    DiPoint Ragon↔Taki nieco filozoficzny tekst jakby. Baśniowy trochę?
    Można siąść na myślach, czytając o tym, co nie wszystko z regułami przyjętymi, zgodne.
    Pozdrawiam:)↔%
  • DiPoint Ragoon 7 miesięcy temu
    Dekaos Dondi↔Jest to baśń, gdyż powstała tylko jako odwzorowanie rzeczywistości. Nieco zwichrowane, ale nie więcej, niż było to Jednoskrzydłemu potrzebne. Pisząc ten tekst nie byłem pewien, czy to właśnie Jednoskrzydły był portretowany, czy też świat, w którym znajdował się ten chłopak. Stąd zaproszenie wysłane przez ptaka. On też jest ciekaw.

    Bardzo dziękuję za Twoją chwilę i Twoje myśli!
  • Pasja 7 miesięcy temu
    Zabrałeś czytelnika w świat jednego aktora... tworzące się obrazy nie są szkicowane spojrzeniem. Są wytworem wnętrza malarza. Tylko ręka jest w ruchu kierowana przez umysł. Wyobraźnia nasączona barwami i ten jednoskrzydły ptak budzi jakby zaistniały dwa równoległe światy... zamknięty ośrodek i zamknięty obraz...
    "Myślę, że mój rysunek mógłby spokojnie odlecieć, ale miał przecież tylko jedno skrzydło"… a jednak nie dorysował drugiego skrzydła, a mógł.

    Pozdrawiam
  • DiPoint Ragoon 7 miesięcy temu
    Niestety, ten chłopak nie mógłby narysować drugiego skrzydła - jego obrazy były odwzorowaniem rzeczywistości, przez myśl by mu nie przeszło jej poprawianie. To, co zauważał, odwzorowywał najlepiej, jak umiał. To był jego sposób, by rozmawiać ze swoimi kolegami i koleżankami.

    Bardzo dziękuję za ciepły komentarz i za poświęcony czas!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania