LBnP (-5) – Dania spoza karty.

Temat: „Wkładka do menu życia, ułożonego zbyt wcześnie”.

 

Życie Dagmary było przewidywalne i uporządkowane do granic absurdu, sprowadzone do serii mechanicznych i powtarzalnych czynności. Każdy dzień był kopią poprzedniego, pozbawiony choćby jednego niekontrolowanego odruchu, czy cienia przypadku w tym monotonnym schemacie. A może to były tylko jej subiektywne odczucia? Wszak od dłuższego czasu nie potrafiła wykrzesać z siebie tej pierwotnej, ludzkiej i niepohamowanej radości, która kiedyś nadawała jej życiu smak.

Tego ranka, poprawiając swój nienagannie wyprasowany żakiet znów zasiadła przy idealnie uporządkowanym stole, biorąc do ręki kubek z kawą, która zawsze miała tę samą temperaturę – dokładnie 68 stopni. Jak w idealnie ułożonej karcie dań, w której nie było miejsca na niespodzianki. Wszystko było serwowane według tego samego, jałowego przepisu. Aż do dzisiaj, kiedy przełykając ciemny płyn poczuła parzenie na języku i metaliczny posmak, którego wczoraj na pewno nie było.

Po chwili intensywnego, choć krótkiego namysłu gwałtownie wstała, mając nieodparte wrażenie, że o czymś zapomniała. Pominęła jakiś ważny krok, przez co misterny porządek dnia został nieodwracalnie zaburzony. Metalowe nóżki kuchennego krzesła z irytującym zgrzytem przesunęły się po kafelkach, rozdzierając błogą ciszę poranka.

– Dzień dobry, kochanie – usłyszała za plecami łagodny głos męża, a zaraz potem poczuła jego miękkie usta na swoim policzku. Zamiast odpowiedzieć, przyłożyła dłoń do miejsca, w którym rozchodziło się teraz delikatne ciepło jego warg.

Marek usiadł przy blacie, sięgając po swój kubek, jakby właśnie szykował się do wspólnej pogawędki, podczas gdy ona była już gotowa do wyjścia.

Czując nieuzasadnione wyrzuty sumienia, zostawiła go samego. Wyszła frontowymi drzwiami, kierując się do skrzynki na listy, która z daleka wydawała się pusta. Dopiero kiedy uchyliła malutkie drzwiczki, zobaczyła coś w środku: niewielką, podłużną ulotkę reklamową. Miała krzykliwe kolory, które kompletnie odbiegały od pastelowej codzienności, w której tkwiła oraz nieregularną, szorstką teksturę – tak obcą w jej idealnie gładkim i uporządkowanym świecie. „DANIA SPOZA KARTY” – bił po oczach neonowy napis na okładce, reklamując nową restaurację w mieście. Dagmara otworzyła broszurę, czytając dalej:

„ODKRYJ SMAK, KTÓRY WYMYKA SIĘ RECEPTUROM

Masz dość przewidywalnych i nijakich dań?

Serwujemy emocje, które pobudzają zmysły i brudzą białe obrusy!”

 

„PROMOCJA DNIA: Wkładka do Twojego Menu GRATIS!

Specjalne danie, którego nie da się zaplanować, ani ułożyć w wyliczonych porcjach.”

 

Obróciła folder, szukając danych adresowych. Oprócz apetycznych zdjęć wymyślnych potraw nie znalazła niczego, co mogłoby jej wskazać choćby przybliżoną lokalizację tego miejsca. Przesunęła palcem po zdjęciu wykwintnego deseru, bezwiednie wpatrując się w lśniącą taflę czekoladowej polewy, w której kąpał się jaskrawozielony listek mięty. Przez ułamek sekundy wydawało jej się, że w ciemnym lustrze czekolady widzi zniekształcony, czerwony błysk, ale szybko mrugnęła, przywracając ostrość widzenia. „To tylko gra świateł na tanim papierze” – pomyślała nieco poirytowana, chowając ulotkę do torby.

 

Biurowa rutyna podziałała jak środek znieczulający. Przez osiem godzin pracy nic nie zdołało wytrącić jej z równowagi ani przypomnieć o porannym zamieszaniu. Z ulgą wróciła do domu, gdzie czekała na nią kilkuletnia córka Matylda oraz oddany mąż. Marek, z niestygnącą werwą w oczach, mocno przytulił ją na powitanie, zapraszając do uroczyście zastawionego stołu na pyszny, rodzinny obiad. W tle brzmiał spokojny jazz, któremu akompaniował cichy głosik ich córeczki, uroczo nucącej pod nosem słowa piosenki.

Dagmara odetchnęła, oddając się idyllicznej codzienności. Wygodnie oparła plecy o krzesło, a jej usta wykrzywiły się w swobodnym uśmiechu. Odwróciła głowę w prawo, obserwując nadchodzącą Matyldę, która niosła coś w otwartych dłoniach. Kobieta skupiła wzrok na drobnych rączkach córeczki. Całe jej ciało momentalnie się spięło, a beztroski uśmiech zamienił się w krzywy grymas. Na tle małych, dziecięcych paluszków spoczywał niewielki przedmiot, który – w przeciwieństwie do wszystkiego innego w tym domu – nie był idealny. To był mały, czerwony samochodzik.

Bordowa karoseria była głęboko porysowana, jakby ktoś szorował po masce papierem ściernym, a przednia szyba, wykonana z lichego plastiku, była roztrzaskana w drobny mak. Siatka pęknięć przypominała pajęczynę, która w centralnym punkcie zapadała się do środka, tworząc ostrą, poszarpaną dziurę.

Aksamitne tony jazzu nagle wyparł przeraźliwy, choć dziwnie znajomy odgłos przypominający pisk opon na rozgrzanym asfalcie, wymieszany z dźwiękiem tłuczonego szkła.

– Marek? Słyszysz to? – Zlękniona Dagmara spojrzała w stronę głośnika, przy którym stał już jej małżonek, ni stąd, ni zowąd zwiększając głośność.

– Uwielbiam ten kawałek – odpowiedział, jakby pytanie w ogóle nie padło, a pokój znów zalała przyjemna melodia.

Dagmara wstała od stołu z trudem łapiąc oddech. Podeszła do okna w salonie, wyglądając na swój wypielęgnowany ogród, w którym kwiaty zawsze pachniały wanilią. Poczuła palącą potrzebę zaczerpnięcia tchu. Pchnęła białą ramę, licząc na świeży powiew, ale zamiast rześkiego chłodu, w jej nozdrza uderzył ostry swąd spalonej benzyny.

Zanim jednak zdążyła wykrztusić choćby słowo, mechanizm ukryty pod ziemią zareagował syknięciem. Zraszacze wystrzeliły w górę, tworząc mgiełkę na tle zachodzącego słońca. W ułamku sekundy odór spalenizny został spacyfikowany przez sztuczny aromat skoszonej trawy. Zapach był tak intensywny, że aż nienaturalny – słodki i wilgotny, jakby ktoś rozpylił w powietrzu skoncentrowany ekstrakt z idealnego lata.

– Wyglądasz na zmęczoną, kochanie – dobiegł ją z tyłu gładki głos Marka. – Zamknij okno, bo się przeziębisz. Wieczory są już chłodne.

Dagmara się zawahała, ale posłusznie zatrzasnęła okno. Nim wróciła na miejsce, rzuciła ostatnie, przelotne spojrzenie na szybę. Ogród zaczął drgać. Wysokie żywotniki, sosny i nienagannie przystrzyżony trawnik migały teraz jak obraz w kalejdoskopie.

– Wyglądasz na zmęczoną, kochanie – powtórzył Marek, ale jego głos nie dobiegał już zza jej pleców. Brzmiał wyłącznie w jej głowie, zimny, mechaniczny – pozbawiony ludzkiego pogłosu.

Świat wokół nagle stracił nasycenie. Jadalnia, zapach pieczeni i dźwięki jazzu zgasły, jakby odcięto zasilanie. Dagmara poczuła gwałtowne szarpnięcie w okolicach karku i przeszywający chłód.

Znalazła się na łóżku w sterylnym pomieszczeniu. Jej ciało, pomarszczone, blade i wychudzone, było oplecione pajęczyną składającą się z rurek i kabli. Tuż obok szpitalnego łóżka, na którym spała, znajdowała się szafka nocna, a na niej fotografia, przedstawiająca kochającą się rodzinę; Dagmarę, Marka i czteroletnią Matyldę. Ostatnie zdjęcie z wakacji. Byli uśmiechnięci, szczęśliwi i zupełnie nieświadomi nadchodzącej tragedii.

Nad aparaturą przy łóżku zawieszono ekran, na którym widniał napis:

BŁĄD KRYTYCZNY: NIEAUTORYZOWANY OBIEKT (ID: RED_CAR_04).

Pod spodem migał komunikat: RESTARTOWANIE MODUŁU RODZINA... PRZYWRACANIE PARAMETRÓW DOMYŚLNYCH.

Dagmara spróbowała unieść dłoń, ale jej prawdziwe mięśnie od lat nie mogły się poruszyć. Czuła tylko rytmiczne tłoczenie odżywczego płynu – tego samego, który w symulacji smakował jak kawa o temperaturze 68 stopni.

– Nie walcz z tym, kochanie – usłyszała głos Marka, który teraz był tylko algorytmem kojącym jej lęk. – To tylko gra świateł. Wracaj do obiadu.

Zanim zdążyła zapłakać, jej umysł znów zalała fala błogiego spokoju.

Średnia ocena: 4.2  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Aisak 2 godz. temu
    Dalia, napisałaś! I w dodatku na ten trudny, dla mnue, temat!
    Jestem w szoku, jak to wszystko pozszywałaś z plot twistem!
    Bardzo mnie się podoba, więc chapeau bas :))
    Pozdrawiam!
  • Aisak 2 godz. temu
    (dla mnie*)
  • Dalia 2 godz. temu
    Dziękuję Aisak 😊
    Początkową inspiracją był jeden z moich ulubionych filmów: "Truman Show". W momencie, kiedy opisałam kolejny glitch, a konkretnie ten czerwony samochodzik - końcówka stała się już oczywista 🙃

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania