Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
LBnP -5 - Ogrody Męskości
Temat: "Ale ja nie zamawiałem" czyli, co oczekiwaliśmy, a co dostaliśmy.
Niedzielny poranek przywitał szarością. Świat wyglądał niezwykle romantycznie. Spod kołdry wystawała tłusta łydka Marii. Marian przejechał dłonią po trzydniowym zaroście i czknął. Za ścianą płakał gzub sąsiadów Malinowskich, a na ulicach starsze kobiety spieszyły na pierwszą poranną mszę. W telewizorze śniadolica prezenterka demonstrowała wdzięki swojego intelektu i ciała, wykorzystując do tego zaproszonych gości.
— Kurwa, ścisz to pudło — wychrapała nienawistnie Maria i odwróciła się na drugi bok. Myślała, że jej życie jest jak krzyk pawia w ogrodzie botanicznym.
— O co ci, kurwa, chodzi? — zagaił ślubny i poczłapał do łazienki, ciągnąc za sobą ciężką woń sylwestrowego kaca. — Gdzie papier?
Jego głos brzmiał inaczej niż zwykle. Nabrał ciepłych tonów, ufnego, dziecinnego wręcz podejścia do kobiet.
— W dupie — mruknęła żona i pogrążyła się na powrót w marzeniach o argentyńskim macho.
Marian sięgnął po stojącą na podłodze flaszkę. Dom tonął w mroku, który rozświetlała jedynie wieczna lampka wisząca tuż nad małżeńskim portretem. Przedstawiał on parę młodych, uśmiechniętych ludzi. Chociaż trudno było w to uwierzyć, landszaft ukazywał jego samego i Marię. Był to wizerunek ze starych, dobrych czasów, kiedy biel jej welonu nie zdążyła jeszcze zszarzeć przez dziesięć lat wspólnego pożycia.
Pierwszy łyk wódki przyniósł ukojenie, a wraz z nim wróciła pamięć. Marian poczuł się tak słabo, że gdyby teraz usiadł na kiblu, pewnie by do niego wpadł.
— Mogłabym być twoim szczęściem i dawać ci szczęście.
Maria, wypowiadając te słowa, jak zwykle mówiła do siebie. Była wpatrzona we własną miłość, w której on — Marian — stanowił jedynie pretekst do wygłaszania kolejnych kwestii i przeżywania wzruszeń.
*
Marian przez trzy tygodnie nie szukał straconego czasu — on go po prostu tracił.
Maria, jak zawsze, żyła problemami zaczerpniętymi z prasy kobiecej. W jej głowie królowały: Haiti, bycie nieszczęśliwą żoną i tradycyjny brak orgazmu.
„Boże, to nie tak miało być” — patrząc na żonę, po raz pierwszy dopuszczał do siebie myśl o skonfrontowaniu się z własnym zbydlęceniem. „Czemu nie?” — pomyślał. — „Wreszcie ta suka, uważająca się za najnieszczęśliwszą kobietę na świecie, dostanie powód do udręki”.
Podszedł do niej i energicznie, a zarazem nieśmiało — tak jak robi się coś, o czym się długo marzyło, czując jednocześnie niepokój i zażenowanie — uderzył ją pięścią w twarz. Trafił w oko.
„Celowałem w ten kurewski kinol, ale spokojnie, początki zawsze są trudne” — ocenił w duchu.
Maria upadła. Następny cios, tym razem z nogi, poszedł w jej nabrzmiałe usta.
Marian po raz pierwszy od lat poczuł coś na kształt satysfakcji. Uznał zresztą, że takie obcowanie z Marią jest urokliwsze niż seksualna penetracja. Kolejny kopniak wylądował na jej brzuchu. Zatrzęsły się hodowane latami fałdy tłuszczu.
„Chryste! To ja potrafiłem to grube cielsko ruchać?”
Poczuł do siebie odrazę, ale coś go niosło. Jeszcze nie docierało do niego, że Maria milczy, że nie protestuje. W swej naiwności myślał, że jest panem sytuacji.
— A teraz, kurwo, mi obciągniesz! — krzyknął władczo, rozpinając rozporek.
I wtedy Maria zrobiła coś, co całkowicie odwróciło tę relacyjną asymetrię na jej korzyść.
— Marian! Nie przestawaj, kocham cię — wymamrotała, wypluwając z zakrwawionych ust zniszczony przez próchnicę trzonowiec.
Marian stanął jak rażony gromem. Obłąkanymi oczami odszukał kurtkę, złapał ją i narzucił na siebie. Trzasnął drzwiami.
„Do sklepu” — to była jego ostatnia jasna myśl. „Jezu! nie rozumiem tego kurewskiego obłędu! Ratuj”.
Nagle pojął, że to nie on bił, ale został psychicznie skatowany. Przypuszczał nawet, że homoseksualny gwałt byłby dla niego mniej szokujący i bardziej zrozumiały niż to, co usłyszał.
„Z kobietami nigdy nie wygrasz, Maryś” — powróciły do niego słowa babci.
*
Do sklepu nie było daleko, jednak niemyte od tygodnia nogi w tych samych skarpetach szybko zaczęły swędzieć. Nie analizował tego. Działał według zasady, którą kultura samurajów mogłaby ubrać w maksymę: „Nowa flaszka, nowe życie”. Nieświadomie podążał za tym wskazaniem. Pierwszy raz od lat był „tu i teraz”.
Zakupił… jednak dwie. Usiadł na krawędzi piaskownicy i wziął pierwszy, potem drugi i trzeci łyk. Powoli odzyskiwał egzystencjalny spokój. Paradoksalnie, wraz z narastającym upojeniem, wracała trzeźwość myślenia.
Wstał i ukłonił się starszej pani. To była mama Stefki.
„Ach, Stefka”.
Kochał ją, gdy miał trzynaście lat, ale później zrobił brzuch Marii. A Stefka? Ona była jak gwiazdka z nieba. Nawet potem, gdy zachorowała na cukrzycę, straciła wzrok, amputowano jej nogi i strasznie przytyła — dla niego zawsze pozostawała królową balu.
Do dziś zdumiewało go wspomnienie jej widoku w trumnie. Skrzynka miała tylko metr długości, a w środku leżał ubrany w strój krakowianki kadłubek Stefki. Miała wtedy dwadzieścia dwa lata i mimo spustoszeń poczynionych przez chorobę wciąż była piękna.
Ocknął się.
— Nie wracam — wymamrotał do siebie.
Czuł, że wypływa na głębię — inną niż ta, o której mówił papież, ale jednak głębię. Chwilę później chciwość i egoizm podpowiedziały mu nową wizję.
„A może by tak wrócić?”.
Czuł, że coś w nim pękło, że zrzucił pancerz.
„Zaraz. Mógłbym przecież stręczyć Marię. Na coś wreszcie ten spaślak by się przydał. Córka ma szesnaście lat, i tak będzie głupią kurwą. Może skończy medycynę, ale to nic nie zmieni. Jest młoda, też mogłaby zarabiać dupą. A Jacek? Mój syn, zwykły pedał w tanich adidasach. Za jego odbyt jakiś homoś dałby stówkę. Wszystko razem dawałoby trzy stówy dziennie. Karmiłbym kurestwo makaronem, więc dwieście dziewięćdziesiąt zostałoby na czysto. Razy trzydzieści dni… to osiem siedemset”.
Ze szczęścia zakręciło się w głowie.
„Zawsze wybieraj trudną drogę” — tak mówiła matka. Nigdy jej nie posłuchał, dlatego jego życie wyglądało jak wesołe miasteczko. Czuł się jak ślepiec, który odzyskał wzrok.
Kobiety? Może to tylko kwestia przyzwyczajenia. Seksualność? Dawała krótkotrwałe spełnienie, po którym zawsze następowało rozczarowanie.
„Nie będę już z nikim”.
Bo co właściwie oznaczało to bycie z kimś? Jałowe gadki, seks i piekło dni powszednich. Nie! Może kiedyś, ale nie teraz.
*
Zimowy wieczór różowił śnieg i myśli Mariana pełgającym światłem latarni. Pozornie wymarłe podwórka uśpiły jego czujność. Z okien knajp spozierały nienawistne napisy „nieczynne”. Z pobliskich kamienic dobiegały krzyki bitych kobiet i płacz głodnych dzieci — zwykła inteligencka dzielnica, jakich pełno w każdym mieście.
Zbliżała się noc z gatunku tych najczarniejszych, kiedy budzisz się o czwartej nad ranem bez fajek i wódy. Świat pełen pustki i filozoficznej zadumy nad życiem jako wartością nadrzędną.
— Co za chujnia — Marian wyciągnął ostatniego papierosa i zaczął poważnie rozważać powrót do domu.
Kiedy tak stał pośrodku jezdni i nieskończoności, zatopiony w resztkach kołaczących się myśli, nie usłyszał nadjeżdżającego Ursusa C-330. Ślepy od denaturatu los, pod postacią Andrzeja Bachledy, mknął ulicami, chichocząc resztkami niespalonej mieszanki paliwowej. Gdy Marian poczuł jej smród, było już za późno na reakcję.
Następne obrazy przypominały slajdy z rosyjskiego diaskopu. Brodaty facet próbujący zagrzebać go w śniegu, seria przekleństw i jasne światło Ursusa w tunelu pod kolejowym przejazdem.
Niestety, los i tym razem nie okazał się łaskawy. Bachleda, zbyt pijany, by ukryć dogasające ciało w zaspie, zawlókł go do pobliskiego przytułku Złego Huberta.
Kiedy Marian się ocknął, na stole stały dwie musztardówki, flaszka „Luxu” i bułka, czerstwa jak twarz jego połowicy.
Komentarze (6)
U niej bękart... i piękno, a tutaj ogrody męskości i chłam emocjonalny bohaterów.. szok zderzenia.
Na pewno dobrze napisany tekst, i jak widać z początku mojego komentarza, rodzący określoną, zamierzoną przez Ciebie emocję. Świat przedstawiony niczym z zaściankowego peerelu. Totalnie bez perspektyw. Na szczęście tamten świat się zmienił. Dzisiaj jest inaczej, szczególnie w zakresie definiowania męskości.
Pozdro.
Co do kontrastu z wierszem Romy, czyli "piękno kontra brutalność", przypomniałem sobie książkę Lema "Powrót z Gwiazd", gdzie autor opisuje społeczeństwo "mli-mli". Wskutek chemicznej ingerencji w naturę człowieka traci on agresywne instynkty i staje się czymś w rodzaju lwa, który daje się głaskać
Myślę, że tak samo jak potrzebne jest piękno, tak samo potrzebna jest brzydota.
Czy mamy lepsze czasy? nie wiem
kryzys męskości, ale i kobiecości, tak to widzę...
Piszesz, łatwo zostać Januszem, Marianem, a zapomniałeś o Grażynie :) z Grażyną to chyba jednak pośmiewisko z twórczości Mickiewicza. Podobnie z głupimi blondynkami, czyli kpina ze słowiańskich korzeni.
Wracając do opowiadania. Jak zawsze osadzone w pewnych realiach, zgrabnie napisane, ale jednak czytając głębiej widzę skrzywiony obraz relacji...wybacz nie mogę dzisiaj inaczej, daję mocną 4
Miłej niedzieli Beloniusz:)
Spodziewałem się dwójki, czyli pydy :)) Jesteś bardzo łaskawa.
Takie jest to nasze męskie rżysko i dobrze nam z tym. No, może nie nam, ale mi. Znajduję w nim wiele radości. Cudownie jest czasem dać komuś w ryja, a później rechotać z kumplami przy piwku.
Kryzys płci to temat polityczny, a na takie nie gadam.
Jak mawiał Palivec: "Ja się w żadną politykę nie mieszam. Niech mi wszyscy w dupę zajdą z całą polityką! Polityka to dobra rzecz dla małych dzieci, ale nie dla ludzi w moim wieku."
to nie polityka, to niestety życie, te obok nas, w nas, za nami, przed nami...
wgl. zakazałabym tematów stricte politycznych na portalu
Mężczyzna to ktoś, na kim można polegać, przy kim można się poczuć "prawdziwą kobietą". Co znaczy "prawdziwa kobieta" – nie wiem. Mogę się tylko domyślać, ale to jedynie moje samcze wyobrażenia.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania