LBnP (-6) - Homo Homini Lupus
Przytulona do szyby, oglądała powoli zapadający zmrok. Chmurne niebo siąpiło deszczem, co chwila zraszając okno przypadkowymi kroplami, które jakby po chwili zastanowienia, zważając sumę swoich trosk, nieuchronnie zjeżdżały w dół pozostawiając po swoim istnieniu zaledwie wodną smugę.
Otarła łzę z policzka.
Kot wygodnie ułożony na podołku mruczał, gdy machinalnie gładziła jego miękkie futro. Leniwie otworzył oczy, przyglądając swojej właścicielce.
Blada skóra, usiana gdzieniegdzie trądzikiem, kontrastowała z kasztanowym odcieniem jej włosów. Spojrzała na niego, krzywiąc usta w smutnym uśmiechu.
Spokojną ciemność pokoju zakłócało jedynie światło dekoracyjnych lampek, odbite feerią nienaturalnych barw w jej zwykle pełnych źrenicach.
W słuchawkach zużytego walkmana, rozbrzmiewały zapętlone piosenki traktujące o uczuciach, o których nie mogła mówić bez żalu.
Deszcz przybierał na sile, ścianę lasu rozczesywał coraz mocniejszy wiatr.
Myśli biegły ku matce, która powinna właśnie wsiadać do pociągu, skończywszy dyżur w dalekim mieście. Zanim wróci, będzie już noc.
Młodszy brat gdzieś wyszedł, pewnie robiąc coś z kolegami. A ojciec... Ojciec być może wróci w tym tygodniu, albo następnym, gdy skończą mu się pieniądze na alkohol.
Nie było sensu na niego czekać.
Rozbudzony kot rozciągnął leniwie swoje giętkie ciało, zeskakując na ziemię z kolan właścicielki.
Zbliżała się jego pora.
...
Zeszła niespiesznie na dół po drewnianych, skrzypiących schodach informujących o swoim zużyciu. Kot podążał za nią jak cień, wypatrując chwili gdy wypuści go wreszcie na nocne łowy.
Niewielka miejscowość w której mieszkała, była idealnym miejscem dla mniejszych i większych drapieżników żerujących w obszernych lasach pobliskiej czeskiej granicy.
Niestety, dla niemal dorosłej już dziewczyny, miejsce to było czymś w rodzaju zesłania, izolacji od rówieśników, braku cywilizacyjnych możliwości, jakich zazdrościła swoim lepiej sytuowanym szkolnym znajomym.
Do liceum musiała dojeżdżać, do domu musiała wracać. Choć nie zawsze, jako że posiadało internat - w którym zostawała, kiedy tylko mogła.
Ostatni raz głaszcząc pospieszającego ją miauknięciami kota, otworzyła drzwi na zewnątrz.
Obserwując jak oddala się znikając w zielonej gęstwinie, pogrzebała w kieszeniach spranej bluzy znajdując pogniecione pudełko papierosów. Przejmujący jesienny ziąb przenikał jej szczupłe ciało.
Zapaliła, chroniąc rękawem niepewny płomień zapalniczki.
Gdzieniegdzie spod ciemnych chmur przebijało przesycone światło rychłej księżycowej pełni.
Szukała jego twarzy, chciwie wciągając dym do płuc. Paliła dużo, niepomna ciągłych ostrzeżeń życzliwych osób.
"Postarzysz się", "dostaniesz raka", "będą ci śmierdzieć ubrania...".
Na samo wspomnienie ich przejętych min, zachichotała. W przeciwieństwie do nich, wiedziała coś o sobie czego oni nie mogli.
Nie chciała żyć.
A przynajmniej nie tak jak do tej pory. Wszelka pozytywna zmiana wydawała się niemal niemożliwą. Tak to jest gdy jedyną stałą emocją, jedynym nieopuszczającym jej uczuciem był lęk.
Różne jego odmiany, zastępujące te normalne, zdrowe emocje, istniejące ponoć w innych rodzinach.
Wróciła do siebie, kładąc na łóżku. Przewracając z boku na bok, pisała trochę z zainteresowanym nią kolegą. Mimo niewątpliwych starań, nie wzbudzał w niej żadnych większych emocji.
Jednak chętnie dawał jej coś czego w tej chwili potrzebowała.
Zastępował niepokój.
Nocami marzyła o ucieczce. Gdzieś daleko, może na Alaskę. I najlepiej z kimś, kto zawsze przy niej będzie. Człowiekiem, chłopakiem, mężczyzną...
Kimś przy kim ona również mogłaby odczuwać po ludzku. Nie chodziłaby spać głodna bliskości, drżąc ze strachu iż pewnego dnia już nie wróci, po obietnicach że tym razem na pewno już będzie dobrze. Kogoś, w kogo słowa mogłaby uwierzyć, mocne i solidne, będące oparciem i zapewnieniem.
Straciła poczucie czasu.
Nie wiedząc kiedy, zasnęła, pogrążając w niespokojnych fantazjach.
Księżyc pokazał w końcu swe nagie oblicze, przezierając koszmarnym czerwonawym blaskiem przez granicę dzielącą sen od jawy.
Rozbudzona, zaklęła szukając telefonu.
Spękany ekran komórki nie mógł kłamać, dochodziła północ. Strzygąc uszami, nasłuchiwała zwyczajnych dźwięków obecności domowników.
Zarówno matka jak i brat powinni już dawno być w domu.
Cisza.
Próbowała się dodzwonić.
Abonent czasowo niedostępny. Proszę spróbować...
Znowu sama. Nikt z nich nawet nie wysilił się na sms-a, informującego o spóźnieniu, korku, awarii, czymkolwiek co wyjaśniałoby brak ich obecności.
Poczuła wzbierające łzy. Załkała, wyjąc w frustracji, wściekła na rodzinę i na samą siebie. Za złudzenia, za uciążliwie powracające pragnienie normalności, które zawsze, ale to zawsze - okazywało torturą fałszywej nadziei.
I wtedy coś w niej pękło, wewnętrznie obumarło. Być może nieodwracalnie.
Podeszła do lustra, chcąc ujrzeć samą siebie, potwierdzić swoje własne odczucia.
W blasku księżycowego światła, ujrzała niewyraźne odbicie wyrośniętej sylwetki. Skróciła dystans, szukając znajomych rysów twarzy, jednak łypiąca na nią twarz wydała się dziwnie zniekształcona i obca. Wyciągnęła dłoń, w próżnym wysiłku jej dotknięcia. Palce zdawały się dłuższe i zakończone bardzo ostrymi paznokciami.
Kiedy ostatni raz je obcinałam? Usłyszała zgrzyt, a na gładkiej powierzchni zwierciadła pojawiła się rysa.
Zbliżyła się jeszcze trochę, by uzyskać pewność.
I ujrzała ją w pełnym kłów uśmiechu, w wyzutych z miłości wilczych oczach, które pomimo płonącej nienawiści, napełniały jej serce poczuciem mocy.
...
"Pierwsza demonica - kobieta - łowczyni, wychowana w lesie, niedaleko granicy.
W samotności, tylko z radiem i wilkami.
I ten ciągły dramat, Tata i Mama.
I brak ludzi, potok, drzewa, las, puszcza, nikt.
Wkulona w ciemnym kącie, wpatrzona w blask choinkowych lampek,
słuchała
Kot snuł się po pokoju, dawał bezpieczeństwo.
Dawał wyjaśnienie.
Cztery ściany pokoju były ciasne, przez okno widziała przestrzeń.
I, chciała się zapomnieć, bo nie wiedziała kim jest.
Chciała się przekonać jak to jest.
Prawo wilków, także w miłości co kto sobie wyszarpie, nie trzeba się dzielić.
Najsłabszy w stadzie często musiał żywić się resztkami.
Kolejna bezsenna noc, koszmar, księżyc i pełnia
Mimo tyku zasłon.
Blada Paranoia"
~ 2015
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania