Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
LBnP -7 — Dzień jak co dzień, na ławce to samo.
Temat:
Lawina łaciny podwórkowej.
Seba i Mati. Siedzą, dłubią słonecznik, wzrok wbity w beton.
– Ty, przyjdzie Ardian? – pyta Mati, przecierając nos wierzchem dłoni.
– Adrian, ćwoku, nie „Ardian”. Ta, ma być za pół godziny. Jeszcze siedzi u Wiolki – fuka Seba, wypluwając łupinę.
– Wiolka... – Mati zawiesza głos. – Niedawno jeszcze z nią byłem.
– I co, chuja masz za małego, że już nie jesteś? – Seba wybucha krótkim, chrapliwym śmiechem.
– A dosłownie chuj cię to obchodzi. Może i mały, ale śmierdzi jak duży – odpowiada Mati ze śmiechem. – Poza tym twoja stara nie narzekała.
– Kurwa, Mati, skąd ty te teksty bierzesz?
– A nie wiem. Gdzieś, ktoś, coś, kiedyś. Coś za dużo się interesujesz, Seba. Społek się z ciebie robi?
– Tylko bez takich, kurwa, społeczniaków. I tak już ich pełno dookoła. Jeszcze trochę i wkleją się w parapety na klatkach, żeby lepiej słyszeć. Ta stara rura Szafarynowa ostatnio dzwoniła na psy, jak na murku siedzieliśmy.
– Tak po prostu?
– No, może tam jakiegoś gieta skręciliśmy, ale kurwa... bez przesady.
– Bo to kurwy są, Seba. Były i będą. Dla brata bratem, dla kurwy katem. Jebać. A Bobek ma coś?
Seba nagle poważnieje i patrzy na kumpla jak na upośledzonego.
– Ty, gdzieś ty był ostatnio? Bobka zwinęli. Wjazd mu zrobili na kwadrat, bo jakaś parówa z Woli się rozpruła. Mówiłem mu, żeby z tamtymi cwelami nic nie klepał. Ale hajs. Tam mają, tu nie. No to teraz ma wikt i opierunek.
– No i chuj... Prędko już nie zarobi – kwituje Mati, kopiąc pustą puszkę. – Bilet w jedną stronę do kurortu. Z buta wjechali z rańca?
– Ta. Nawet gaci nie zdążył naciągnąć, a już mu ryj w panele wbijali. Kryminał, stary. Pół bloku widziało, jak go wyprowadzali w samych slipach. Szafarynowa pewnie aż się mokro z tej radości zrobiło.
– Dobra, ale co z towarem? Miał tam przecież kitraną niezłą grudę. Przeszło bokiem czy psy do wora wzięły?
– Jakiego wora, Mati? Przecież to pały. Jak widzą tyle białego, to im się oczy świecą jak psu jajca na wiosnę. Połowę wpisali w protokół, resztę sami pewnie opierdolą albo puszczą przez swoich konfidentów. To jest, kurwa, obieg zamknięty.
Mati wyciągnął z kieszeni pogniecioną paczkę, wygrzebał ostatniego szluga i zaczął go nerwowo obracać w palcach.
– Czyli co, jesteśmy teraz na suchym? Miałem ogarnąć sztukę na wieczór. Obiecałem Karolinie, że trochę polatamy.
– Karolinie? Tej z trzeciego bloku, co to ma brata w drogówce? Ty, Mati, którym Ty łbem myślisz? Przecież to śmierdzi przypałem na kilometr. Zaraz będiesz miał więcej niebieskich pod oknem niż gołębi na daszku.
– Japa Seba. Ona z bratem nie gada, pokłóceni są o spadek po babce czy inne gówno. Zresztą, co ty mi tu moralniaki prawisz? Sam z tą rurą od hydraulika latałeś, co mu z warsztatu klucze podbierałeś.
Seba prychnął, drapiąc się po kilkudniowym zaroście.
– To był biznes, a nie miłość. Chuja rozumiesz. Dobra, jebać to. Słuchaj, Adrian ma mieć jakieś info od chłopaków z Górczewskiej. Podobno tam ktoś nowy wszedł w rewir i sypie towarem jak z rękawa, ale ceny mają takie, że musiałbyś nerkę opchnąć, żeby się dobrze porobić.
– No to zajebiście. Bobek dołek, ciuciu brak, a my tu gnijemy na ławce jak menele pod Żabką. Jeszcze tylko brakuje, żeby stara znowu łeb przez okno wystawiła.
Jak na zawołanie, w oknie na drugim piętrze poruszyła się firanka.
– O, patrz, już monitoruje. Cześć, pani Szafarynowa! – wrzasnął Mati, machając środkowym palcem w stronę szyby. – Ciśnienie zmierzone? Tabletki na sklerozę wzięte?
– Ty, weź przestań, bo zaraz naprawdę zadzwoni i będziemy znowu trzepani do gaci za śmietnikiem – syknął Seba, naciągając kaptur głębiej na oczy. – Chodź, przejdziemy się pod garaże. Adrian i tak tam uderzy, jak nas tu nie zastanie. Tu jest za duży kocioł.
– Idziemy. Ale jak Adrian przyjdzie z pustymi łapami, to mu ten jego pedalski kolczyk własnoręcznie wyrwę.
– Ta, jasne. Prędzej mu go wyliżesz za kreskę. Chodź już, nie pierdol.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania