LBnP43 - Dzień z uśmiechem na twarzy

*

7:00 rano - zbyt wcześnie by być w pełni świadomym, ale też zbyt późno, by doznać czegoś niezwykłego. To po prostu pora, jak każda inna, ze swoimi urokami, których prawie nigdy nie da się zauważyć. Wtedy za oknem albo widnieje krajobraz pogrążony w deszczu albo szary jak przy wydruku bez kolorowego tuszu albo – co chyba najlepsze dla człowieka, wstającego rano – z żółtym, przyklejonym do nieba słońcem i czystym, upajającym powietrzem. Tamtego dnia o tej godzinie na zewnątrz panowało jednak coś, co można uznać za dzieło atmosfery – tuż przed siódmą ulice skąpane były w deszczu, a kałuże zajmowały większość powierzchni ścieżek i chodników. Niecałe pół godziny później, pojawiło się słońce, dzięki czemu na niebie powstała piękna, długa tęcza wyglądająca jak most między chmurami i wisiała tam zaskakująco długo. Beczka wyszedł z domu właśnie wtedy, kiedy osiągnęła maksymalną długość i zdumiał się. Pragnął się tam znaleźć i posiedzieć chwilę. Albo cały dzień. Albo tam zostać. Wiedział jednak, że to niemożliwe. Był przekonany, że nim znajdzie się u rodziców rozpęta się burza, wszystko co piękne zniknie lub uschnie, a on sam oślepnie na tę brzydotę. Skąd ten pesymizm – przecież dzieciństwo miał naprawdę udane. Rodzice zabierali go wszędzie, gdzie tyko pragnął, zawsze otaczał się zwartą i gotową do walki w imię jedności grupą przyjaciół. A jednak dzisiejszej wizyty obawiał się niesamowicie. Jeszcze wczoraj przed snem współlokator mówił mu: „Przyjedziesz tam, uściskasz mamę, tatę, rodzeństwo masz? Jak nie, to dasz jeszcze po całusku. Będzie dobrze, dasz radę”. Podniosło go to na duchu, choć wiedział, że słowa wypowiedziane przez jego znajomego były podyktowane wczorajszą, suto zakrapianą alkoholem imprezą, po której często zwykł mu doradzać, prawić mądrości i pocieszać. Niemniej, realnie mu to pomogło – póki się nie obudził. A otworzył oczy o 6:30, kiedy nie słyszał nic więcej poza dojmującym dźwiękiem kropel, obijających szyby. Kap, kap. Irytacja, złość, płacz…Tak, płakał, nie pierwszy raz w przeciągu ostatnich miesięcy. Poniekąd mu się to podobało – stanowiło swego rodzaju katharsis, oczyszczenie, po którym – na niedługo, ale jednak – przychodziła poprawa nastroju. Płakał słuchając muzyki, najczęściej When a Blinds Man Cries przed snem. Uważał, że przed snem należy się wypłakać, wyrzucić śmieci, wrzucone do wnętrza w ciągu dnia. Nawet kiedyś napisał o tym na jakimś forum, ale nikt na to nie zareagował, nikt nawet nie odpisał, nawet się nie wzburzył. Żadnej oznaki zainteresowania, co jeszcze bardziej pogrążyło Beczkę w czarnych, depresyjnych myślach. Pracował na budowie, gdzie nie miał szansy z nikim podjąć podobnych, filozoficznych tematów. W ogóle niewiele się odzywał, czego skutkiem był nadany mu pseudonim – Valentino, jak ten bohater kina niemego. Na studia nie poszedł, a szkołę średnią skończył w zawodówce. Żałował, że nie poświęcił więcej uwagi nauce, że nie zaryzykował zanurzając się w faktach historii, biologii, czy chemii, tym samym oddając się przypuszczeniom. Przecież mógł to zrobić – żyć na fali domniemań, jak każdy naukowiec. A ile korzyści jest z takiego życia? Znacznie więcej niż z jego - skromnego, ubogiego, nieśmiałego i prostego. Wręcz bojaźliwego. Nie ma czegoś takiego jak życie niezależne, ale zawsze możesz sobie wybrać, czego i jakiego rodzaju zwierzchność będziesz w życiu respektował – mawiał jeden z jego nauczycieli w podstawówce. Trafił w punkt.

Beczka nawet nie zjadł śniadania. Ani nie umył włosów. Napił się jedynie soku pomarańczowego, prosto z lodówki. W kartonie została ćwiartka, której nie miał zamiaru zostawiać dla współlokatora. Nie nalał jej też do szklanki, od czego już całkowicie odwykł podczas wyczerpującej pracy, kiedy w południe nie ma sposobności, by nalać sobie ciepłej wody lub często zawartości małej szklanej buteleczki zwanej "małpką", do szklanki, a trzeba się nią zająć jednym haustem, mając nadzieję na uśmierzenie zmęczenia. Bo na pewno nie na zażegnanie. Tak więc napił się, ubrał dżinsy, wymiętą koszulę w kratkę, skórzane, zakupione w tamtym roku na targu, rozlatujące się z każdym krokiem coraz bardziej buty, narzucił szarą, prującą się kurtkę i o 7:10 wyszedł z mieszkania, spostrzegając jeszcze w sąsiednim pokoju współlokatora, leżącego z kołdrą na podłodze i chrapiącego głośniej niż sąsiad za ścianą, który zmarł w tamtym tygodniu na zawał serca. Cóż, ludzie staczają się na różne sposoby i z różnych powodów – kolejna mądrość nauczyciela, którą Beczka zapamiętał.

Wyszedł, pogwizdując. Po chwili zamilkł, jakby zdał sobie sprawę, że jest na to za wcześnie i może kogoś zbudzić. „Ale to tylko melodia. I w dodatku moja” – powiedział do siebie. Ponadto po chwili usłyszał piękny, charakterystyczny świergot, a kiedy się obrócił, ujrzał na jednym z drzew ułożone jak w piramidzie cztery ptaki, na gałęziach nad sobą, które śpiewały jednocześnie z niezwykłą synchronizacją. Beczka dołączył do nich, ale jego dźwięki były nietrafione, pełne fałszu i braku wyczucia. Mimo to nie przestał i ruszył przed siebie, na przystanek autobusowy. Na linię 205. Autobus, którym dojeżdżał do rodziców. Zawsze, ale rzadko i dawno. Nie widział nikogo poza sobą. Pomyślał, że świat po prostu ustąpił mu tego poranku, żeby mógł w pełni go przeżyć, żeby nie musiał dzielić go z nikim innym. Puls mu przyspieszył, a włosy na rękach zaczął pokrywać pot. 7:15 – za pięć minut autobus. Według informacji z rozkładu w internecie. Zaczął biec, musiał zdążyć, wszystko stało po jego stronie i mu dopingowało. Tęcza wciąż wznosiła się na niebie niczym iluzoryczne, kolorowe półkole, a przyjemny wiatr smagał go po twarzy, dodając otuchy. Mimo wszystko, coś wprawiało go w niepokój. Czegoś wyraźnie się obawiał i cała pomoc losu wydawała się w tej kwestii niewystarczająca. Beczka po prostu nie chciał tam jechać, ale wiedział, że musi. Przyspieszył więc kroku i w trzy minuty znalazł się pod dachem przystanku, pod którym spał mężczyzna, z siatką pod nogami, marną, zwisającą z czoła czapką z daszkiem i spodniami zsuwającymi się z bioder. „Czyli nie jestem sam. Ale czy ktoś taki jeszcze istnieje” – pomyślał Beczka i wyjął, znalezionego w kieszeni spodni papierosa, użyczając zapalniczkę od śpiącego, którą ten trzymał bezwładnie w ręce. Zapalił i uspokoił się na chwilę. Raz, dwa, trzy, czte…zakrztusił się. Autobus za chwilę skręcił z sąsiedniej uliczki i zatrzymał się przed nosem Beczki. 205 – transport do piekła. Zgasił papierosa, przydeptał go i wsiadł.

W środku było jakoś dziwnie – powietrze zdawało się gęstsze niż zwykle, siedzenia w większości pokrywał brązowy, odrażający nalot, a pojazd przy każdym zatrzymaniu się na przystanku, niesamowicie się trząsł, aż Beczce zakręciło się w głowie. Nikogo w nim nie było, prócz siedzącego na przodzie kierowcy, którego Beczka widział tylko w odbiciu lusterka. A w zasadzie widział jedynie jego brodę, pokrytą kilkudniowym, ciemnym zarostem. Trasa wynosiła 10 przystanków. Na 3 Beczka zorientował się, że nie kupił biletu, a na czwartym do środka weszła młoda kobieta z dzieckiem, trzymając je za rękę. Beczka bacznie im się przyglądał – lustrował od stóp do głów, jakby robił rentgen i podejrzewał, że coś wykryje. Kobieta w odpowiedzi na jego wzrok, odwróciła się plecami i to samo rozkazała synowi, który odwzajemniał spojrzenie mężczyzny. W okolicach Hali Targowej, czyli miejsca docelowego, Beczka dostrzegł z okna po drugiej stronie ulicy, siedzącego na ławce mężczyznę. Wydał mu się niezwykły – nie wyrażał bowiem żadnego konkretnego nastawienia. Siedział obojętnie z założoną nogą na nogę, w dżinsach i skórzanej kurtce. Kiedy autobus skręcił i znalazł się bliżej mężczyzny, Beczka zorientował się, że tamten płacze. I że cierpi. I chce skończyć. I ma dość. I nie wie co dalej. I nie wie dlaczego. To wszystko wyraziła jedna, spływająca po policzku łza, jedna kropla, która zdołała w tak prosty sposób oddać sytuację i dramat mężczyzny, który na pierwszy rzut oka zwyczajnie siedział. Obojętnie. Po prostu będąc, bez głębi. Jak to bywa przy tak wczesnej porze. „Dzisiaj jest dzień łez” – stwierdził Beczka, a następnie zobaczył, że pojazd znów opustoszał. Nie było w nim nic więcej oprócz jego oddechu i oddechu kierowcy. Nie było nawet myśli, bo te nie wydostają się z mózgu tak przeciętnych ludzi jak oni. Jechali więc w pustej przestrzeni. W bezmyślnej kostce z numerem 205.

Beczka wysiadł na planowanym przystanku, rozejrzał się i skierował w stronę tak dobrze znanego mu przecież bloku. Dziesięciopiętrowej układanki z balkonami i jego, szóstym, ukochanym piętrem. Dotarł do budynku, wcisnął guzik w domofonie, a następnie usłyszał krótki, nieprzerywany odgłos, który sygnalizował otwarcie drzwi. Mama, to mama mi otworzyła, mówił do siebie. Nie miał zamiaru wchodzić do windy, piętra pokonał wchodząc po schodach, a kiedy dotarł na swoje, i stanął przed drzwiami, widząc bliznę na drzwiach wejściowych po numeracji mieszkania, powrócił do niego ten stres i to męczące, niesłabnące napięcie. Już miał się odwrócić, kiedy drzwi otworzyły się, a w nich stanęła naga, młoda kobieta, z naszyjnikiem na szyi i pomalowanymi na czerwono ustami.

- Wchodź, synu – rozłożyła ręce w powitalnym geście i uśmiechnęła się szeroko. Mężczyzna jeszcze raz spojrzał na jej ciało – było za młode, by mogło być prawdziwe. Znał swoją matkę, znał postęp jej wieku i domyślał się zmian fizycznych. Jej piersi, na które spoglądał, miały idealnie okrągły kształt, a figura wzbudzała prawdziwy podziw. Zgrabna i z idealnymi proporcjami. Wszystko zdawało się tkwić w jakiejś niewytłumaczalnej spirali, zakodowane, nieosiągalne. Miał wrażenie, że nic nie ma swojej prawidłowej formy i utraciło wcześniejsze znaczenie. W pewnym momencie przyszło mu do głowy, że chodzi po odwróconej powierzchni i utrzymuje się na włosach. Widziany obraz kołysał się przed jego oczyma jak drewniana barka, szarpana falami.

Wszedł do wnętrza, przeszedł parę kroków, jakby obawiając się, że w pewnym momencie wpadnie w jakąś wyrwę, a następnie wydał z siebie okrzyk. Przeszywający na wskroś całe pomieszczenie. Zimny i wstrząsający, ale jednocześnie głuchy, odległy i – na dobrą sprawę – nie posiadający swojego źródła. Wokół niego postawione były ściany, z których w większości odpadał tynk niczym płatki śniegu, odrywające się z nieba. Okna nie miały żaluzji, a na środku salonu leżała nieznana mu, brązowa sofa, a na niej mężczyzna. Młody, wysportowany, muskularny. Leżał z wbitym w brzuch nożem, z dłonią na jego rękojeści i niewidzącymi już, nieobecnymi oczami. Kropkami, które da się zmazać.

- To twój tata – kobieta podeszła do Beczki, nachyliła się i ucałowała go w czoło. Teraz już wiedział – to ten mężczyzna siedział na ławce. To on znikał z każdą sekundą. I to tutaj, nagi, zapadający się w głąb łóżka, zdradliwie świeży manekin, kopia człowieka, ta niestaranna odbitka – tutaj kończyła Być. Tutaj się zacierała. Beczka zaczął się dziwić. Coraz bardziej wątpić. Znalazł się tu szybciej niż powinien, nieproporcjonalnie do odległości i stresu, jaki się z tym wiązał. Tego strachu, który jakby nagle znikł, a teraz powrócił ze zdwojoną siłą. Tej rozbrajającej niewiedzy, niepewności, której miał już dość. Czy przestrzeń zamknęła się dla ich trójki? Czy stała się czymś odgrodzonym? Czymś przeznaczonym dla określonej grupy społecznej, osób, które łączą nie tylko więzy krwi, ale i idee, wyznania?

I nagle - kolejny punkt programu, nowonarodzona myśl - raz, dwa, trzy, czte.. Autobus, kobieta, dziecko – mama, on, przeszłość, oczy. Zakryte oczy. Udawaj, że nie widzisz. Płaczący tata, kruchy mężczyzna. Ty tchórzu, kim ty, kurwa, dla nas jesteś, pobrzmiewało mu w uchu. Koło. Błędne, skomentował w myśli. Absurdalne. Ludzie noszą maski. Ich Maski. Zaczynał rozumieć, składać puzzle w jedną, pogmatwaną układankę. A kierowca? Jedyny obcy?

Podszedł do łóżka i ukląkł. Teraz zobaczył, że to rzeczywiście tata, ten człowiek, który jeździł z nim co tydzień pobiegać na pobliskim stadionie albo pograć w piłkę. Ten, który uczył go wiercić i wbijać gwoździe. I wreszcie ten, który w pewnym momencie utracił cały dysk z pamięcią, uciekły mu sprzed oczu obrazy - Alzhaimer, najsurowszy gwóźdź jaki może wbić życie, powiedział lekarz przy diagnozie.

- Ja pierdolę, co tu się dzieję!? Mamo, o co chodzi? – Beczka spostrzegł, że kobieta wraca z łazienki.

- Idź umyj ręce, obiad podaję – wszystko wróciło - twarz, zmarszczki, faliste, równoległe linie. Znak czasu. Suknia – biała, wypełniona kwiatami i stare już, grube ciało. – I nie przeklinaj, proszę cię. Nie przy tacie.

- A co z nim? – mężczyzna wstał i podszedł do matki. W tym momencie za plecami usłyszał głośny, niehamowany śmiech. Coś na wzór zupełnie nieadekwatnej melodii, piosenki, której akurat nie powinno się w tym momencie zaśpiewać. Irytującej i smutnej. Po chwili doszedł do tego groteskowy wręcz rechot, wygrany tym razem przez kobietę, która objęła Beczkę, czule zamykając go w ramionach. – Co z wami?

- My się po prostu śmiejemy, synu – wyszeptała, przystawiając swoje wargi do ucha Beczki.

Z powieki mężczyzny wypłynęła łza. A zaraz potem z ust wydobył się nienaturalny, niemal identyczny jak pozostałe chichot.

 

*

A kierowca?

Kierowca na to wszystko patrzył z siedzenia autobusu przez jedno z okien, przygryzając świeżo wyjętego z paczki kabanosa i popijając piwem. Obok leżał pusty, zmięty karton po soku pomarańczowym, a na lusterku, zawieszona tańczyła mała figurka kobiety w krótkiej spódnicy. Mężczyzna znalazł ją na śmietniku, ustawioną przodem do wchodzących tam ludzi. Przypominała mu o zmarłej parę lat temu córce, była jej wyobrażeniem. Imitacją. Nie oddawała jej całkowicie, ale chociaż cząstkowo wypełniała rozrastającą się wciąż pustkę.

Usłyszał pukanie, które wyrwało go z letargu. Obrócił się i za szybą spostrzegł przyłożoną do niej twarz kobiety. Twarz jego żony, twarz Moniki. Wstał, chwycił kluczyki i otworzył. Obok niej stał mały, sześcioletni chłopiec ubrany w za duży kombinezon i czapkę zwisającą z głowy. Dopiero teraz zauważył, że na głowie kobiety tkwi beżowy, stylowy beret, a ciało zamknięte jest w zamkach płaszcza.

- Przejedźcie się szybko i za pół godziny ma tu być z powrotem – uklękła przy chłopcu i ucałowała go w policzek – Bądź grzeczny!

W miarę jak się oddalała, mężczyzna miał wrażenie, że już nie wróci. Że to ostatni widok tej idealnej figury. Integralnej części jego życia.

- Wchodź – nakazał chłopcu, wskazując kierunek dłonią.

Jechali przez Radziwiłowską, mijając skupisko śpiących jeszcze kamienic i pogaszonych świateł. Chłopiec cały czas opowiadał. Jak nie o przedszkolu, to o nowym partnerze Moniki. Ani słowa o ich ostatniej wspólnej przejażdżce – tato, było świetnie! Mężczyzna irytował się z każdą minutą. Dziecko, siedzące teraz jeden fotel za nim, nazywało się Kamil, ale kazało na siebie mówić Beczka. Kierowca nie rozumiał tego wyboru, a nawet trochę go potępiał. Sam na imię miał Mirek i szczerze je lubił. Sądził, że gdyby nie ono, jego postać byłaby niepełna, że stałby się zależną od każdego bodźca kukłą. Lalką wystawioną na sprzedaż przez los. Powtarzał to synowi, ale on nie rozumiał.

Mirek pracował na budowie, gdzie nie miał szansy z nikim podjąć podobnych, filozoficznych tematów. W ogóle niewiele się odzywał, czego skutkiem był nadany mu pseudonim – Valentino, jak ten bohater kina niemego. Na studia nie poszedł, a szkołę średnią skończył w zawodówce. Żałował, że nie poświęcił więcej uwagi nauce, że nie zaryzykował zanurzając się w faktach historii, biologii czy chemii, tym samym oddając się przypuszczeniom. Przecież mógł to zrobić – żyć na fali domniemań, jak każdy naukowiec. A ile korzyści jest z takiego życia? Znacznie więcej niż z jego - głośnego, burzliwego, przewidywalnego i prostego. Wręcz ustalonego. Kiedyś usłyszał, że nie ma czegoś takiego jak życie niezależne. Choć nie chciał się z tym pogodzić, w głębi duszy wiedział, że to prawda.

Dojechali pod Teatr Słowackiego, skąpany w świetle wyglądających jak żółte pasemka, promyków porannego słońca i zatrzymali się na światłach. Ulice w większości świeciły pustkami i tylko gdzieniegdzie poruszały się po nich inne pojazdy. Mirka urzekł brązowy Nissan Cube, w którym za kierownicą siedział mężczyzna z kręconymi czarnymi włosami, ciemniejszą karnacją i niebieską koszulą. Żyd, mężczyzna zmarszczył brwi. Kamil wciąż nie przestawał mówić, ale w odbiorze mężczyzny jego słowa powoli zamieniały się w jedną, nic nieznaczącą papkę. Miał jej dość. Ruszyli na zielonym świetle, a przed nimi pomknął brązowy Nissan i zajechał im drogę. Mirek zatrąbił i w lusterku zobaczył jak jego syn podskoczył na fotelu. Zjechał na bok i zatrzymał się w ślepej uliczce.

- Kurwa – wyszeptał, ale na tyle głośno, że usłyszał pełne zmieszania chrząknięcie Kamila. – Widziałeś go?

Kamil był oszołomiony. Starał się uchylić od odpowiedzi. Pamiętał przejażdżkę sprzed 2 tygodni. Zaczęło się od jego pseudonimu. Od uznania go za profanację. Czym jest profanacja, zastanawiał się potem. Świtały mu w głowie słowa matki: Co on wymyślił? Co on znowu, jasna cholera, wymyślił?!, ale chłopak nie wiedział czy mówi o nim, czy o ojcu. Nie zdradził jej natomiast, że mężczyzna uderzył go wtedy otwartą ręką w policzek kilka razy. Ani, że tata szlochał później na swoim siedzeniu, a przestrzeń za oknem okryta była ścianą deszczu. Kap, kap. Irytacja, złość, płacz. Teraz czuł, jak na skórze zaczynają jeżyć mu się po kolei małe jeszcze włoski i przechodzą go, niczym gwałtowne fale, niespodziewane dreszcze.

- Nie – odpowiedział cicho i schylił głowę.

Mężczyzna podniósł się z siedzenia, odwrócił i stanął przed siedzącym na fotelu synem. Dopiero wtedy Beczka spostrzegł w okolicach rozporka jego białych spodni, mokrą plamę. Zrozumiał, że to mocz.

- Tato…

- Ryj! – mężczyzna sięgnął po pustą puszkę po piwie i cisnął nią o ziemię. Kamil poczuł nieprzyjemny odór i znany mu dobrze zapach alkoholu. – Wiesz kim jestem? Wiesz kim ja w ogóle, kurwa, jestem? Czy masz już innego ojca? Masz? Masz, czy nie?

Zbliżył się do niego.

- Mam… mam ciebie – Kamil tracił powoli siłę na wypowiadanie kolejnych słów. Czuł jak grzęzną mu w gardle. Po policzkach zaczęły spływać zwartym strumieniem, pełne strachu łzy.

W tym momencie mężczyzna zamachnął się i z całej siły uderzył siebie w twarz. Zrobił to jeszcze kilka razy, aż z nosa pociekła mu gęsta krew i spłynęła na koszulę. Potem chwycił dłoń chłopca i nią także zaczął okładać swój nos. Krzyczał i płakał. Dławił się łzami. Beczka również nie wytrzymał i, pełen zdezorientowania, wybuchł niekontrolowanym płaczem. Następnie ojciec wziął go w ramiona i objął, przyciskając jego głowę do swej piersi, okrytej zakrwawionym materiałem koszuli. Na niebie akurat błysnęło, a zaraz potem, wyglądające jak krystaliczne łzy błękitu, zaczęły szturmować ziemię stada kropel.

 

*

Dzisiaj jest dzień łez.

Monika otworzyła oczy i głośno ziewnęła, rozlegle otwierając usta. 6:30, spojrzała na budzik leżący na szafce przed nią.

- Cholera! – zerwała się z łóżka i pobiegła do pokoju Kamila, gwałtownie go budząc. Mieli zaledwie pół godziny, by się zebrać. Może Mirek kupi mu coś do jedzenia, pomyślała i pomogła ubrać się synowi. Na zewnątrz było ładnie, ale mimo to kazała chłopcu nałożyć na siebie za duży, gruby kombinezon, który ten dostał od jej nowego partnera. Miał zielonawy, sprany już trochę kolor. Choć Dawid utrzymywał, że kupił go w jednym ze sklepów odzieżowych, Monika była pewna, że Kamil po prostu dziedziczy ubranie po nim samym lub kimś z jego rodziny.

Z mieszkania wyszli za 10 siódma, więc udało im się zdążyć na czas, bo do zajezdni dotarli w pięć minut. Co prawda kobieta nie umyła zębów ani nie wypiła kawy, ale zrobi to jak tylko…Monice w jednym momencie przed oczyma stanęła cała, szeroka, niekończąca się przestrzeń, poszatkowana i wirująca wokół niej. Zakręciło jej się w głowie, a siatka poobrywanych kamienic zdała się być jedynie dopełnieniem całej tej dojmującej karuzeli. Przecież ona nie wróci. Monika dziś ucieka, izoluje się, separuje. Mirek sam chciał mieć go pod opieką, więc będzie. Tu nie mają warunków, a w Holandii kobieta nie będzie miała na co narzekać. Tak czy inaczej, wstając dziś rano kompletnie o tym zapomniała. Czyżbym stanęła na rozdrożu? - zapytała sama siebie. Pracuje jako asystentka w firmie cateringowej. Jako ozdóbka, jak nazwał to kiedyś Mirek. Dobrze wiedziała, że taka jest prawda, a mimo to niesamowicie zabolały ją te słowa. Ukłuły w tak czułe miejsce, że nie mogła dalej ciągnąć tej relacji. Kto raz cię zrani, zrobi to znów. Nic przy sobie nie ma. Zapomniała o walizkach, zapomniała o Życiu. Stała się smużką dymu – niewidzialną i niewidomą.

O 7:30 umówiła się z Dawidem w Parku Jordana, a pięć minut wcześniej Mirek miał dostać wiadomość. Prawdopodobnie kluczową dla jego dalszego życia. Może raniącą, a może wprost przeciwnie. Nie zastanawiała się nad tym wcześniej, nie miała zamiaru niweczyć planu i tracić zimnej krwi. A jednak, okazało się, że jest człowiekiem. Istotą podatną na emocję i bezbronną w stosunku do pamięci. Do luk i zaników. Do wyrw i upadków.

Pojechali. Kazała im wrócić za pół godziny. Do tego czasu może jeszcze wiele zrobić i obrać wiele ścieżek. Może do końca życia bić się z wyrzutami sumienia albo…żałować. Na jedno wychodzi. Ale ma inny wybór – żałować z miłości lub z powinności. Pamiętała jak Mirek zapytał ją kiedyś po jednej z imprez, wyraźnie już poddany alkoholowemu upojeniu: A będziemy płakać? Nie? To ja pierdolę taką miłość. Teraz się rozpłakała. Teraz straciła obojętność. Teraz się uśmiechnęła. Teraz wróciła do życia.

Zawsze jadą Radziwiłowską. Kamil lubi tamtą okolicę – powiedział jej kiedyś, że te kamienice są dla niego jak zabawki i że gdyby tylko mógł, przygarnął by je do siebie. Stwierdził także, że są jak psy. Jak bezpańskie psy.

Kobieta biegła ile sił w nogach, wiedząc o upływającym nieubłaganie czasie. Osiem minut i stała już przy przystanku na rzeczonej ulicy. Jak może mu się tu podobać, zastanawiała się. Przebiegła na drugą stronę i spostrzegła naprzeciw siebie odwrócony tyłem, stojący w jednym z zakrętów, autobus. W kieszeni poczuła wibrowanie telefonu. Była pewna kto dzwoni. Zastanawiała się tylko z jakiego powodu Dawid się fatyguje – spóźni się, już jest, albo – co próbowała wykluczyć – to on rezygnuje. A przecież ona miała być Tą moralną, miała uratować męża i syna od niekomfortowej relacji, pozostawionej w cieniu żałoby po odejściu najważniejszej kobiety w ich życiu. To ona miała być spoiwem i niepasującym puzzlem, budującym własną układankę. Krok po kroku i ab ovo ad mala.

Przystanęła na chwilę na chodniku przed rzędem dzieci jesieni, rudolistnych drzew i zobaczyła jak pojazd z numerem 205 cofa się, zawraca i wjeżdża na główną ulicę. Wydało jej się, że za kierownicą siedział Mirek, a krzesło za nim Kamil.

Weszła na pasy, wymachując z entuzjazmem rękoma.

Spóźniła się o milisekundę.

Upadła, potrącona przez pojazd, słysząc przeraźliwe krzyki, wybiegających z autobusu ludzi. Był on pełny, a wśród zbliżającej się do niej masy osób nie było ani męża ani syna. Poczuła się jak pionek, którego ktoś przez przypadek przewrócił na szachownicy. Ostatnim akordem okazało się marne, nieskuteczne brzęczenie telefonu. Na wyświetlaczu prześwitującym przez popielaty materiał jej spodni, widniał nieznany numer. Próbował dodzwonić się Mirek.

Nie wiedzieć czemu przyszło jej w tamtym momencie do głowy, że Kamil wyobraża ją sobie teraz nagą. Bezbronną. Ale z uśmiechem.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (13)

  • Literkowa Bitwa na Prozę 3 miesiące temu
    Autorze, witamy w Bitwie i życzymy przyjemnej zabawy ze słowem innych walecznych.
    Prosimy jeszcze raz wrzucić link, aby się nie mieszał z poprzednimi. Przepraszamy.

    Literkowa
  • kigja 3 miesiące temu
    To opowiadanie można porównać do kuli dyskotekowej + rollercoastera, a ja jednocześnie mam padaczke i rzygam.

    Jakby jakaś myśl przyszła mi jeszcze do głowy, to napiszę.
  • Publi_cysta 3 miesiące temu
    Dzięki za komentarz. Nie wiem czy to komplement, ale i tak jestem wdzięczny za reakcję:)
  • kigja 3 miesiące temu
    Napisałam niekompetentny komentarz, ale te migawki w opku trochę zrujnowały mój umysł. Wielu reżyserów posługuje się tą techniką i na samą myśl kręci mi się w głowie. Dosłownie.
    Wolę bardziej stonowane klimaty, poniekąd slow motion.
    Miłego.
  • kigja 3 miesiące temu
    Jedyne nazwisko jakie przychodzi mi do głowy na tę chwilę, to Lynch, on chyba był wielbicielem czegoś podobnego.
    Nie znam innych nazwisk :(
  • Fanagann Hartelion 3 miesiące temu
    Bardzo ciekawe i trzymające w napięciu. Ciężko było odgadnąć, które fragmenty to sen, które jawa, a które tylko metafora.

    Całość zamknęła się całkiem spójnie, choć przyznam, że zmiana perspektywy wraz ze skokiem w czasie trochę wybijała mnie z rytmu, najbardziej przy ostatnim skoku po tak emocjonującej scenie, ale aż tak bardzo nie przeszkadzała.

    Świetne opowiadanie!
  • Publi_cysta 3 miesiące temu
    Dziękuję:)
  • Maurycy Lesniewski 3 miesiące temu
    Szczerze powiem, że czyta się dość ciężkawo, ale pomysł ciekawy.
  • Publi_cysta 3 miesiące temu
    Dziękuję za komentarz:)
  • Akwadar 3 miesiące temu
    Cholercia, trudno się czyta ten tekst. Tyle "wszystkiego", że się zagubiłem w tym świecie słów...
    Troszkę trzeba by poprawić.
  • Publi_cysta 2 miesiące temu
    Dziękuję za komentarz. Mój zamysł trochę na tym polegał, ale oczywiście szanuje odbiór i wezmę sobie to do serca :)
  • Literkowa Bitwa na Prozę 2 miesiące temu
    Rozpoczynamy Głosowanie.
    Zapraszamy na Forum: https://www.opowi.pl/forum/literkowa-bitwa-na-proze-glosowanie-w935/
    Autorze przeczytaj, pozostaw komentarz i nagradzaj według zasady: 3 - 2 - 1 plus uzasadnienie; dlaczego?
    Głosowanie potrwa do 19 lipca /poniedziałek/ godz. 23:59

    Literkowa zaprasza i życzy przyjemnej lektury.
  • Dekaos Dondi 2 miesiące temu
    Publi_cysta↔Bogactwo środków przekazu. Ciąg zdarzeń. Taki "labiryntowy tekst".
    Szkoda, że nie podzielony na oddzielne kawałki. W książce papierowej, to mi nie przeszkadza w czytaniu,
    ale na ekranie, trochę tak. Może mój odbiór byłby inny, gdyby inna forma:)↔Pozdrawiam:)↔%

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania