Listy, których nigdy nie napiszę - List pierwszy
Tak. Wzięło mnie na wspomnienia. Jaka silna tęsknota mnie dziś obudziła. Czy śniłem o Tobie? Czy może o kimkolwiek innym? Już nie pamiętam, ale kiedy otworzyłem oczy w myśl wdarła się nostalgia. Taka sama jak wtedy. Pamiętasz? Spacerowaliśmy nad jeziorem każdego wieczora i mimo, że powinniśmy być radośni to raz po raz któreś z nas ogarniała melancholia, nostalgia, jakiś niewypowiedziany i zupełnie irracjonalny strach i smutek. Ja dźwigałem z niej Ciebie, Ty mnie. I tak przez całe nasze wspólne najdłuższe wakacje. A były piękne i dziś właśnie nie wiedzieć czemu, zatęskniłem właśnie za tamtym sierpniem. I wwierciły się te wspomnienia we mnie, niemal w każdy zakamarek świadomości. Tęsknię. Tak zwyczajnie i po prostu. Tęsknię za czymś co już nigdy nie powróci, co nie ma szans zaistnieć jeszcze raz choćby przez chwilę. Chyba, że we wspomnieniach właśnie. I pewnie dlatego pomyślałem o listach, których nigdy do Ciebie nie napiszę. O słowach, które odmalowują wspomnienia, barwią codzienność, dają jakąś misternie tkaną wiarę w przyszłość. Zabawne to, bo wiem, że nie przeczytasz ich, przecież nigdy ich nie napiszę.
Pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłem Cię na pomoście w zwiewnej sukience zawiązanej na kokardkę za szyją. Wiedziałaś doskonale, że przyjdę. Wiedziałaś doskonale po co przyjdę. Nieruchomo wpatrywałaś się w taflę jeziora słysząc moje kroki. Słysząc zbliżający się chrzęst na dróżce wysypanej drobnym grysem. Potem chwila ciszy, bo pomost od drogi oddzielał pas wijącej się wzdłuż brzegu łąki, trawy lekko tylko wydeptanej przez takich jak my. Wreszcie ostrożne stąpnie po drewnianych, starych deskach zawieszonych nad taflą wody, która lekko falowała od podmuchów ciepłego południowego wiatru. Niepewny dotyk. Mówiłaś mi potem, że miałaś zamknięte oczy, że chciałaś chłonąć wszystko co dzieje się wokół pogrążona w malowanych wyobraźnią scenach, że do tamtej pory znałaś mnie tylko z pisanych słów i chciałaś najpierw poczuć, poznać dotykiem, posłuchać mnie, dopiero potem zobaczyć. A ja? Objąłem twoje ramiona, nachyliłem się nad Tobą i też zamknąłem oczy, żeby móc poczuć zapach twoich włosów, twojego ciała. Czas zatrzymał się w miejscu, wiatr ucichł. Kiedy się ocknąłem z tego szalonego zawieszenia, kiedy wróciłem na Ziemię spośród fantazji, fajerwerków wyobraźni, zobaczyłem niewinną kokardkę zawieszoną na szyi i opadającą na plecy. Pociągnąłem. Węzeł puścił i sukienka zaczęła delikatnie opadać. Ciągle miałaś zamknięte oczy – pamiętasz?
Więc wróciły do mnie te wspomnienia dziś rano. To jedno wyraziście i wiele innych mknących przez myśl scen, które działy się wtedy, tam. I jeszcze jedno było równie wyraziste. Wieczór dwudziesty. Wieczór, w którym tak jak wiatr na pomoście nagle zatrzymała się cała Lizbona. Ucichł gwar, w dziwnych pozach zastygli nagle przechodnie. Kobieta poprawiająca zawiniętą niedbale nogawkę, mężczyzna zapalający papierosa, taksówka z otwartymi jeszcze drzwiami pasażera, na ułamek sekundy przed trzaskiem drzwi. Wtedy naprawdę zobaczyłem Cię pierwszy raz. Wtedy po raz pierwszy… I dziwne to wiesz? Dziwne to, że właśnie to wspomnienie, ten obraz wpadł w jaźń jakby fragment najdłuższych naszych wakacji sierpniowych, a przecież oboje pamiętamy, że Lizbona zamilkła wiele miesięcy później.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania