Lumi Mon Fiori
Kiedy mleczny frencz z końcówką cukierkowo różową, takim pastelem lumisiowym zabarwił moją płytkę na ów cudowny kolor, uśmiechnęłam się do siebie sama, bo jestem jedyną, która zupełnie nie zna się na markach. Samochody, ciuchy, klamoty – zupełnie nie trzyma się mi to głowy. Nie czuję tej powagi, że coś ma mnie wyrazić, a nie ja mam tym czymś siebie ująć dla siebie. Więc śmieszna sprawa, bo nie potrafię epatować markami. Zazwyczaj wybieram wszystko bez logo, bo czyste, bez niczego ubrania lubię najbardziej. Skromnie i schludnie, takie w prostocie, normalnie przy tym wyglądające.
Nigdy nie zapomnę najpiękniejszej sukienki świata, którą uszyła moja babcia. Po cioci donosiłam. Była morelowa w białe i seledynowe kwiatuszki. Taka na szerszych ramiączkach, zamek z tyłu i za kolanko, z przyjemnego, bawełnianego materiału. Do tego buty ze słomy na koturnie. Dziś uwielbiam Toni Ponsa w kolorze taupe, bo można w nich schodzić całe kilometry. Więc coby nie nudzić innych i mnie samej – uwielbiam nawet kupić kaszmirową czapkę latem. Przeceny, różowe, pastelowe, baby blue i białe.
Kiedy dziś rano popatrzyłam w lustrzane odbicie, setki antenek z włosów zobaczyłam o świcie. Nie wiem, po co baby hair rosną pięćdziesięcioletniej prawie blondynce. Uśmiałam się, gdy czarny kot powitał mnie na progu w pracy i gdy pełnia księżyca towarzyszyła mi na wieczornym spacerze. Betowen też chyba dojrzał, bo grzecznie przy nodze potrafi pod księżycem dotrzymywać mi kroku.
A ten księżyc w dzisiejszej pełni to śmiesznie wyglądał, prawie jakby wisiał nad nami... Gdy już się wydawało, że był na wyciągnięcie ręki, chował się za gałęziami, taki tajemniczo niedostępny. Srebrzył jedną stronę dachu z ocynkowanej blachy, akurat nad moim oknem, z widokiem prosto na moją ciepłą mleczną z muszli lampę,kupioną na Zalando. Usiadłam w tym podwójnym blasku, z lumisiowym różem na dłoniach, czując, że całe moje małe, proste niebo mam dokładnie tutaj.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania