Luminiowa kakofonia
Wirując w zachwycie obiłam się skrycie.
To było życie. Tak mocno wylecieć w kwiecisty kosmos...
– Oj, zapomniałam. Ten żółty proszek na rany bym chciała.
Za chwilę kolejna niewiasta leciała:
– Przepraszam, pajączek po mnie chodzi.
Strzepując go na dywan:
– To co, zamienisz się ze mną? Bo wykopki jutro planuję. Moje spoko z Bossem poleciało już na dobre kartoflisko... Ejjj, zwykły dzień w pracy, a o Matrix skojarzeniem wyleciało...
– Proszę, to ten klucz – w wyciągniętej dłoni podałam na smyczy.
– Co tam u Rity? Spuchła?
– A wiesz, nie bardzo, jak na piąty miesiąc. Iiii... nie znasz tej historii, ale do mojego męża dzwoniła. Szuka u Bossa pomocy.
Potem był schabowy, którego nie było, szeptem opowiadane newsy i, gdy kawa sypana leciała aromatem tym tureckim sposobem, było już jasne, że to tylko kwestia czasu, żeby spojrzeć prawdzie w oczy.
Ejjjj... przepadłam w tej kakofonii.W tym absurdzie dnia codziennego .-Czy pani ma tatuaż na pod brodzie ? Moja gwiazdka ,plaster na pryszcz jest pytaniem na pytanie ech
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania