Maddalena ai piedi di Cristo

Nie pamiętam jej imienia.

To znaczy pamiętam, ale uznałem, że literacko lepiej będzie napisać, że nie pamiętam. Człowiek, który nie pamięta imienia kobiety, z którą mógł pójść do łóżka, wydaje się bardziej zepsuty niż człowiek, który pamięta je doskonale i tylko udaje przed sobą, że niczego to nie zmienia.

Nazwijmy ją więc Magdaleną.

Oczywiście.

Była sobota, trochę po dwudziestej trzeciej. Siedzieliśmy przy stoliku przed barem. Było ciepło. Warszawa osiągnęła ten szczególny stan, w którym ludzie mają mniej ubrań, niż wymagałaby tego przyzwoitość, i więcej pewności siebie, niż wynikałoby to z ich biografii.

Magdalena miała czarną sukienkę, odsłonięte ramiona i sposób patrzenia, który u mężczyzny w moim wieku powoduje jednocześnie trzy rzeczy: przypływ testosteronu, przypływ wdzięczności oraz bardzo nieprzyjemną świadomość statystyczną.

— Chcesz jeszcze gdzieś pójść? — zapytała.

To było jedno z tych pytań, które w języku polskim mają sześć słów, a około dwudziestu stron przypisów.

— Jasne — odpowiedziałem.

Nie byłem pewien, czy chcę.

Ale „nie jestem pewien” jest odpowiedzią odpowiednią przy zakupie mieszkania, zmianie pracy albo eutanazji psa. Nie przy kobiecie w czarnej sukience, która właśnie dotknęła twojego kolana.

Poszliśmy.

*

W taksówce napisała moja dziewczyna.

"Śpisz już?"

Spojrzałem na wiadomość.

Potem na Magdalenę.

Potem znowu na wiadomość.

To jest, nawiasem mówiąc, bardzo niesprawiedliwe, że najważniejsze konflikty moralne współczesnego człowieka rozgrywają się na ekranie o przekątnej sześciu i pół cala.

Kiedyś był pustynny wiatr, góra Synaj, płonący krzew.

Teraz:

"Śpisz już?❤️"

Schowałem telefon.

— Dziewczyna? — zapytała Magdalena.

— Tak.

Nie skłamałem.

Uznałem to za sukces moralny.

— Wie, że jesteś ze mną?

Tu sytuacja się skomplikowała.

— Wie, że wyszedłem.

— Czyli nie wie.

— To zależy, jak zdefiniujemy wiedzę.

Roześmiała się.

To mnie ucieszyło, ponieważ zawsze bardzo lubiłem kobiety, które śmieją się z moich uników moralnych.

Nadają im charakter.

*

Nie chciałem zdradzić swojej dziewczyny.

To wymaga wyjaśnienia, ponieważ wszystkie dostępne dowody wskazywały właśnie na coś przeciwnego.

Nie chciałem jej zdradzić w tym sensie, w jakim człowiek palący papierosa pod tabliczką ZAKAZ PALENIA może szczerze uważać, że generalnie popiera zakaz palenia.

Kochałem ją.

Prawdopodobnie.

To „prawdopodobnie” nie dotyczyło jej.

Dotyczyło mnie.

Od pewnego czasu zauważałem bowiem u siebie niepokojącą właściwość: potrafiłem być jednocześnie bardzo szczery i kompletnie nieuczciwy.

Mówiłem prawdę.

Tylko nigdy całą.

Byłem wierny.

Dopóki nic się nie wydarzyło.

Byłem odpowiedzialny.

Dopóki odpowiedzialność nie kolidowała z czymś przyjemnym.

A przede wszystkim byłem człowiekiem, któremu rzeczy się przydarzały.

To było niezwykle wygodne.

Małżeństwo mi się przydarzyło.

Rozpad małżeństwa mi się przydarzył.

Kobiety mi się przydarzały.

Związki mi się przydarzały.

Seks przydarzał mi się szczególnie często w okolicznościach, w których następnego dnia mogłem powiedzieć:

"Nie planowałem tego."

Było w tym coś niemal metafizycznego.

Jakbym nie był uczestnikiem własnego życia, tylko jego pechowym świadkiem.

*

Dojechaliśmy.

Magdalena zapłaciła za taksówkę.

To również wydało mi się erotyczne.

W moim wieku lista rzeczy, które wydają się erotyczne, staje się zaskakująco szeroka. Obejmuje już nie tylko piersi i nogi, ale także samodzielność finansową, poczucie humoru i brak konieczności wyjaśniania komuś, kim był David Foster Wallace.

Stanęliśmy przed jej kamienicą.

— Wchodzisz?

— Tak.

Powiedziałem to automatycznie.

I wtedy stało się coś bardzo dziwnego.

Nic.

Nie rozległ się głos Boga.

Nie zobaczyłem twarzy mojej dziewczyny w szybie samochodu.

Nie przypomniałem sobie żadnego zdania z Marka Aureliusza.

Nie doznałem też nagłego przypływu moralności, co byłoby zresztą podejrzane.

Po prostu stałem.

Magdalena zrobiła dwa kroki i odwróciła się.

— Idziesz?

Patrzyłem na nią.

Była piękna.

Chciałem wejść.

To ważne.

Nie zostałem człowiekiem moralnym wskutek zaniku libido.

Byłoby to oszustwo.

— Chyba nie.

Zmarszczyła brwi.

— Co?

— Nie wejdę.

— Dlaczego?

I tutaj miałem problem.

Ponieważ przez całe życie sądziłem, że jeśli człowiek podejmuje ważną decyzję, powinien umieć ją uzasadnić.

Tymczasem nie umiałem.

Miałem tylko dziwne poczucie, że jeżeli teraz wejdę po tych schodach, jutro rano znowu będę musiał zostać komentatorem własnego życia.

Będę analizował.

Kontekstualizował.

Wyjaśniał.

Będę mówił, że byłem pijany, choć nie byłem.

Że związek przechodził kryzys, choć nie przechodził.

Że potrzebowałem potwierdzenia własnej atrakcyjności, co akurat byłoby prawdą, ale prawda użyta jako wymówka pozostaje wymówką.

I nagle poczułem potworne zmęczenie.

Nie Magdaleną.

Sobą.

— Bo jeśli wejdę — powiedziałem — będę chciał się z tobą przespać.

— To akurat zauważyłam.

— A jeśli się z tobą prześpię, jutro wymyślę bardzo inteligentne wyjaśnienie, dlaczego to właściwie nie była moja decyzja.

Milczała.

— I?

— I chyba mam już dosyć własnych wyjaśnień.

Magdalena patrzyła na mnie przez chwilę.

— Jesteś pojebany.

— Wiem.

— Ale przynajmniej w interesujący sposób.

— Dziękuję.

— To nie był komplement.

— Tym bardziej dziękuję.

*

Wracałem pieszo.

Miałem przed sobą prawie pięć kilometrów.

Uznałem, że jest w tym coś pokutnego, dopóki nie przypomniałem sobie, że mam czterdzieści siedem lat i lekarz zaleca mi więcej ruchu.

Napisałem do dziewczyny:

"Nie śpię. Wracam."

Odpowiedziała prawie natychmiast.

"Jak było?"

Zatrzymałem się.

I tutaj zaczęła się trudniejsza część.

Bo nie wejść na górę było w gruncie rzeczy łatwo.

Trwało może trzydzieści sekund.

Teraz należało zdecydować, co zrobić z prawdą.

Mogłem napisać:

"Spoko."

Mogłem napisać:

"Fajnie, opowiem jutro."

Oba zdania byłyby prawdziwe.

I oba byłyby kłamstwem.

Napisałem:

"Muszę ci jutro coś opowiedzieć. Nic się nie stało. Ale mogło. I chyba zrozumiałem coś niezbyt przyjemnego o sobie."

Przez chwilę na ekranie pojawiały się trzy kropki.

Znikały.

Pojawiały się.

Znikały.

Pomyślałem, że być może właśnie zniszczyłem sobie życie z powodu trzydziestu sekund moralnej ekstrawagancji.

W końcu odpisała:

"Brzmi zachęcająco."

Po chwili:

"Wróć najpierw."

*

Szedłem dalej.

Warszawa była prawie pusta.

Mijałem ludzi wracających z imprez, chłopaka wymiotującego przy przystanku, dwie dziewczyny jedzące kebab i mężczyznę w garniturze, który siedział na krawężniku z miną kogoś, kto właśnie odkrył podstawową prawdę o kapitalizmie.

Pomyślałem o wszystkich rzeczach, które mi się w życiu „przydarzyły”.

I po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że być może większość z nich wcale mi się nie przydarzyła.

Być może je wybrałem.

Tylko robiłem to na tyle wcześnie i niepostrzeżenie, żeby później móc udawać przed sobą, że wyboru nie było.

Nie zdradza się przecież kobiety w łóżku.

Zdradza się ją dużo wcześniej.

Kiedy odpowiada się na wiadomość.

Kiedy proponuje się drugiego drinka.

Kiedy wybiera się stolik trochę dalej od znajomych.

Kiedy nie wspomina się, że jest się z kimś.

Łóżko jest już tylko działem księgowości.

Księguje wcześniej podjęte decyzje.

*

Nie wiedziałem, czy się zmieniłem.

Podejrzewałem, że nie.

Ludzie lubią opowieści o przemianie, ponieważ pozwalają wierzyć, że charakter jest jak aktualizacja oprogramowania.

"Instalowanie nowej wersji."

"Nie wyłączaj urządzenia."

"Gotowe."

Ja następnego ranka nadal byłem sobą.

Nadal lubiłem patrzeć na piękne kobiety.

Nadal chciałem być pożądany.

Nadal miałem potrzebę sprawdzania, czy mógłbym.

Nadal potrafiłem zbudować imponujący system argumentów mających dowieść, że rzecz, na którą miałem ochotę, jest w istocie przejawem dojrzałości emocjonalnej.

Nic z tego nie zniknęło.

Zmieniła się tylko jedna rzecz.

Po raz pierwszy zobaczyłem chwilę, w której podejmuję decyzję.

To było rozczarowująco małe odkrycie.

Żadnego światła.

Żadnego Chrystusa.

Żadnej muzyki Caldary.

Tylko drzwi kamienicy, kobieta w czarnej sukience i możliwość zrobienia dwóch kroków.

Albo niezrobienia ich.

*

Następnego dnia powiedziałem dziewczynie wszystko.

Prawie wszystko.

Nie jestem przecież święty.

Ale wystarczająco dużo, żeby przez kilka godzin było bardzo nieprzyjemnie.

W pewnym momencie zapytała:

— Czyli mam ci teraz pogratulować, że mnie nie zdradziłeś?

— Nie.

— To dobrze.

— Też tak pomyślałem.

— I co zamierzasz z tym zrobić?

Chciałem odpowiedzieć czymś mądrym.

Że muszę zrozumieć swoje mechanizmy.

Że potrzebuję przepracować schematy.

Że to kwestia lęku przed przemijaniem, narcystycznej potrzeby potwierdzenia i trudności z budowaniem bezpiecznej więzi.

Miałem już właściwie gotowy esej.

Ale przypomniałem sobie schody.

— Nie wiem — powiedziałem. — Na razie chciałbym przestać robić rzeczy, które potem muszę tak długo wyjaśniać.

Patrzyła na mnie.

— To jest twój plan?

— Na początek.

— Niezbyt ambitny.

— Dlatego istnieje szansa, że go zrealizuję.

Uśmiechnęła się.

Nie był to uśmiech przebaczenia.

Na szczęście.

Przebaczenie po jednym dialogu byłoby literacko podejrzane i psychologicznie jeszcze gorsze.

Ale przesunęła swoją dłoń po stole i położyła ją obok mojej.

Nie na mojej.

Obok.

Może centymetr dalej.

Patrzyłem na te dwie dłonie.

Pomyślałem, że całe życie uważałem wolność za możliwość wejścia po każdych schodach, jeśli tylko mam na to ochotę.

Dopiero teraz przyszło mi do głowy, że być może wolność zaczyna się wtedy, kiedy można wejść —

i się nie wchodzi.

Przesunąłem dłoń o ten centymetr.

Tym razem świadomie.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • il cuore 6 godz. temu

    Właściwie to tekst jest banalny ale sprawnie napisany: w początkowych kilku zdaniach usunąłbym ze dwa przecinki.
    Krótkie zdania niczym smsy nie tworzą dynamiki, bo nie są tym czym właściwa narracja tworząca klimat tego wieczoru; nawet jeśli jest pełen rzygów, bluzgów i kurestwa 🐝
    cul8r

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania