Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Matronice - Początek

Do ciasnej bździągwy, jak to kurwa wygnany? Jak ja to połowę tego waszego śmiesznego miotu to sam wyprodukowałem, a kolejne pół pod moją wodzą powstało! Zmarniejecie rychle! W obliczu tego co się wydarzyło oraz jak do tego podchodźcie, zapewne sam bym odszedł, tyle mam do powiedzenia. I jeszcze ten niby to haniebny przydomek „Gravelord”, kto by tam liczył ilu ich tak na prawdę było, zamaniło się wam tysięcy, a wy swoich to liczycie? Sami niegodniścię zygotą inteligencji ozwać się! Przepadnijcie wszyscy razem z Kwintezjuszem, ale nie ja, ja zamierzam trwać i popamiętacie moje słowa, albo prędzej one same was przeżyją.

 

Ostatni fragment korespondencji Alduina vel Grevelord’a skierowany do Męskiego Epifatorium Nauki, dostarczony przez współpracownika stowarzyszenia około trzydziestu lat temu. Dalsze losy Wielkiego Arcymistrza Ordy Poganiaczy Samców Rozpłodowych – nieznane.

-Tajne Archiwa Epifatorium

 

Rok Panieński 2779…

 

Hybryczny powóz pędził po kilkukilometrowym asfaltowym łuku o mikrym kącie zakręcania. Od przodu, wraz z mężczyźnianym zaprzęgiem wyglądał niczym najprawdziwsza riksza, natomiast tyłem, zabudowana drewnem kabina przypomniała bogato zdobioną karoce. Gnał jak łeb na szyje, aż furkoczące naderwane podeszwy i zgrzyt łożysk wystraszyły wszystkie wróble na Papierowej - najdłuższej, bo obiegającej całe miasto ulicy Vaginham. Ostatni utwardzony pierścień subtelnie, lecz stale zakręcał w lewo, goszcząc z prawa na swym bruku ciasno wyrastające karbowane fasady cynkowanych blaszaków. Za magazynami, na ich tyłach, rozpoczynał się sztucznie posadzony las, symetryczny tak iż konary drzewca pokrywałyby się ze sobą, gdyby spojrzeć nań pod odpowiednim kątem. Dalej za sztucznie wyrośniętą plejadą brzózek, skraj leszczyny skrzętnie wtulał się w chroniący cywilizacyjną opokę, wysoki na piętnaście metrów betonowy mur. Koncentryczna aglomeracja, ukazana z lotu ptaka, rysowała się jako rzucony w morze zieleni, zapadający się krążek kolorytu wszelkich znanych odcieni betonowej szarówki.

Coś strzeliło pod tylnym prawym koliskiem powozu, szczękną lamowany metal, wirujący heban zakołatał torem przyśpieszenia rwanych podeszw. Spotniały zaprzęg nie baczył się za turbulencjami, sztywny kark ani mu drgną.

- Szybciej! Szybciej! Nie po to tarabaniłam się na to bezkobiecie, ażeby teraz nie przetestować resorów – pasażerka wydarła się przez kratkowany lufcik na kleisto-kiędzierzawy kark tyranego zaiwaniacza.

Ze sługusa pot dosłownie ściekał ciurkiem – lniana zawilgocona koszulina przylgła ciasno do wyszczuplonego torsu, pachy i szyja mężczyzny popuściły siwiejące obłe zacieki, miał anemiczno-bladą skórę oraz lico które nie potrafiło zaróżowić się będąc smagane blaskiem talerza firmamentu. Brak porządnego albedo mimo kredowej bieli jeszcze bardziej uwidaczniał zapadające się na całym ciele mnogie bruzdy – przecinające się zmarszczki żłobiły szeroko uśmiechniętą twarz oraz gdziekolwiek tylko odsłonięty został brak pralinkowego pigmentu skóry.

Służebny Samczyk – bo tak właśnie wedle nomenklatury Kałużnic nazwany został najniższy szczebel hodowlanego miotu – gwałtownie prychną i rozwarł szeroko usta, wpychając szczyty radosnych polików wprost pod wywijane oczy, wierzgną głowę ku górze, pompował w siebie łakome hausty powietrza, zachowywał się niczym ryba spijająca toń wody. Krople potu, wezbrane na czole, meandrowały zmarszczkami rozpromienionej twarzy prosto ku dole. Gumowe uchwyty rikszy dawały mydlane uczucie, mimo to trzymaj się ich kurczliwie i nie zaprzestawał biec. Wedle samczykowego pomyślunku ciągną za sobą wszystko najcenniejsze co tylko miał.

Nagle agresywne światło buchnęło z prawa, skąpało hybryczkę i resztę ulicy, jakby wyjechali z jakiegoś tunelu, brakło piętrzących się blaszanych magazynów i teraz stał tam dom. We wyłomie pasa zieleni prażyła się runiejąca dwukondygnacyjna pół willa.

Budynek otaczały popalone korozją tralki płotu, wszystkie drzwi i okna zostały zabite deskami, od wewnątrz było widać wyschnięte na kurcz sztachety. Brakowało furty. Zaraz za wejściem szczerzącym puste zawiasy; ciosane szcześcianem cokoły prowadziły wprost na ganek; kamienno-siwe zapady w oszalałych kępach traw i pokrzyw, gdzieniegdzie wyrastał mlecz. Przednie trzy stopnie wiodły na obszerny drewniany ganek, był całkowicie zadaszony co gwarantowało stojącej tam bujanej ławce wieczny cień. Runiejący przysiółek złuszczał zygzakowane wiechcie magnoliowej oblazłej farby, ukazując brudną siwość wnętrza paneli którymi został obity. Z lewa, przed samym koniuszkiem rogu ścian porośniętych zielonoczarnym mchem fundamentów – z lica fasady wypadał, trój okienny i zadaszony czarną klepką wykusz, osobliwa naleciałość viktoryjskiej architektury znajdowała się również powyżej, na drugim piętrze. Parcele przykrywał spadzisty dach z rozścielonej brązowo-czarnej esówki, porośniętej uzbieranym przez lata brudem i sterczydłami pojedynczych roślin, z obydwu stron kończyły go czarne owalne gargulce.

 

- O to tu! Samczyku! – wrzasnęła pasażerka - Tutaj to dopiero odchodziły lumpki i deflorację! Tyle krwi plugawą ułomnością ciała tutaj utoczono, iż myślałam, że miejsce to wypalono z powierzchni ziemi. Wyobrażałam sobie nawet że gdyby trawiły je płomienie to błyskało by wszystkimi kolorami tęczy, tyle rżnięcia musiały widzieć te ściany że szok. No ale cóz… najwyraźniej którąś dalej swędzi dlatego z sentymentu zostawiła sobie ten dom, bo zabity deschami i raczej nic się tu nie dzieje. – zaśmiała się filuternie.

Samczyk ani drgną, zareagował wręcz nijako wydawszy z siebie zduszone bąknięcie, był pogrążony w transie, regularnie szprycowano go supresantami wolnej woli.

 

- A no tak! Komenda! Odpowiadaj! – wybrzmiał stanowczy ton.

- Śmie… - stękną

- Śmier… - sapnął

- Śmierć za Panią! – wydusił przez gęstą ślinę pieniących się ust i głośno przełkną odzew grzdylem.

- O żesz ty! Głąbie, idioto! No ale nie sposób cię nie kochać tyle ci powiem, tak się pięknie słuchasz. Mła – Cmoknęła – Wiśta wio, jedz samczyku jedz!

Popędzili dalej w siną dal, jednakże coś zostało. Z okna na pierwszym piętrze w zdezelowanej willi, w obluzie tworzącym szparę, sterczała z lewa w ciemności, dwójka oczu. Bacznie przyglądając się szemrzącej w oddali podrzucanej czarnej kropce posuwającej się po lekkim łuku.

 

Białka oczu z lazurowymi tęczówkami zagnieżdżone były w aryjsko-blond czuprynie, od dołu podawały je dostojnie, najzdrowsze pękate poliki o żywo-różowym odcieniu skórny prawie jak u wczesnego warchlątka.

 

Oczy znikły, pochłonęła je czerń obluzu, po sekundzie i on zakrył się raptownie, deska powróciła do rzędu innych blokujących wertykalnie okiennice.

 

C.D.N

Następne częściMatronice 01

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • Gregory Heyno 7 miesięcy temu
    Słownik języka polskiego PWN*
    mikry
    1. pot. «mały, drobny, niepozorny»
    2. pot. «niewystarczający
    Nie jestem pewien czy zakręt może być mikry.
    Jak w części pierwszej, którą usunąłeś, tekst jest gdzieś w liniach, które ciężko rozczytać.
  • RzezbiacyWeMgle 7 miesięcy temu
    Nic takiego nie napisałem, naucz się czytać.
  • Gregory Heyno 7 miesięcy temu
    Aha, ok...." Hybryczny powóz pędził po kilkukilometrowym asfaltowym łuku o mikrym kącie zakręcania."
  • RzezbiacyWeMgle 7 miesięcy temu
    Skoro dla ciebie zakręt = zakręcać to czeka cię jeszcze długie sklejanie literek w wyrazy
  • Gregory Heyno 7 miesięcy temu
    Nigdzie nie pisałem zakręcać, naucz się czytać.
    Zakręt - łukowate zagięcie łączące proste odcinki, miejsce, w którym droga, rzeka itp. zmienia kierunek.
    I tak zmarnowałem tutaj za dużo czasu, bardzo mi z tego powodu przykro, lecz niestety już wiem by omijać twoje sklejane literek szerokim łukiem.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania