Poprzednie częściMIGAWKI Z KENII - MATHARE*

MIGAWKI Z KENII – MATATU

Matatu to rodzaj transportu publicznego w Kenii. Oznacza również pojedynczy środek transportu, pojazd, o pojemności dwunastoosobowego busa. Jednostkowy koszt przejazdu waha się od 50 do 100 kenijskich szylingów na odcinku 5-10 kilometrów. Podobno można znaleźć w internecie siatkę połączeń matatu dla miasta Nairobi. Te warunki brzegowe podlegają jednak dużej elastyczności, która na początku jest nieznośna dla przeciętnego Europejczyka. Przystanki są umowne i mobilne. Sam przejazd podlega również indywidualnym negocjacjom.

 

Matatu jest w kształcie zaznaczony skorodowaną karoserią. Mozaika rdzy przypomina zwapnione kości staruszki. Dach bywa uzupełniony sizalowymi workami lub innym, dowolnym, materiałem. Pojazd bywa wzmocniony wieloma szwami z metalu i jest też uzupełniony o kreatywne przystawki ze sklejki w postaci dodatkowych siedzeń.

 

Matatu oznacza również tracenie czasu. Sam przejazd jest mało znaczącym elementem całego procesu. Kierowca bowiem jest częścią zespołu. Towarzyszą mu naganiacze, którzy dążą do całkowitego zapełnienia wnętrza matatu. Może to trwać godzinę lub dwie. Dwanaście zapełnionych miejsc siedzących jest liczbą minimalną, która pozwala rozpocząć opłacalny przejazd. Gdy liczba osób w pojeździe jest w tych okolicach napięcie zespołu rośnie. Nawoływania do potencjalnych pasażerów stają się coraz głośniejsze. Pojawiają się promocyjne ceny. Naganiacze krążąc coraz szybciej wokół pojazdu uderzają pięściami w blachę niczym we frachtowiec wychodzący z portu. Oznajmiają zbliżający się odjazd, a może jest to ostatnia kontrola zdatności pojazdu do podróży.

 

Ten zespół ludzi jest uzupełniany przez społeczność popychaczy. Popychacze pracują dla całej społeczności matatu i nie są przypisani do konkretnego pojazdu. Freelancerzy. Napełniony ludźmi pojazd jest zbyt ciężki aby ruszyć samodzielnie. Matatu to również agonalny wysiłek maszyny. Pojazdy nie mające prawa działać odjeżdżają tu w nieskończoność. Rozbujane na łatach asfaltu przez popychaczy nagle wpadają w dygot uruchamianego silnika. Kłęby czarnych spalin są potwierdzeniem sukcesu. Gdy prędkość jest jeszcze niewielka popychacze gnają z wyciągniętymi rękami do okna kierowcy po wynagrodzenie.

 

Udało się, jedziemy. Zawsze prędzej czy później matatu odjeżdża. Czas przedsięwzięcia jest tu drugorzędny. Naklejka Jezusa z perłowym uśmiechem na szybie tylko odrobinę przysłania widok.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • o nim pseud ponad rok temu
    Naprawdę byłaś w afryce?
  • Raha ponad rok temu
    Mieszkam w Nairobi.
  • Garść ponad rok temu
    Matatu. Można? Można!
    Od nazwy,po skutki zdumiewa. Dzięki za podzielenie się kawałkiem innego świata.
    5.
  • Raha rok temu
    Dzięki za komentarz.
  • Marian ponad rok temu
    Znam tę atmosferę. Dobrze ją opisałaś. W Saddamowskim Iraku też były podobne pojazdy, ale nazywały się z europejska "bus".
  • Raha rok temu
    Matatu ciągle jest dla mnie Afryką w pigułce. :-)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania