Miłość i Śmierć

Pewnego razu, w sąsiednich rodzinach, urodziły się dwie dziewczynki.

Pierwsza miała wielkie, błękitne oczy, jasne, kręcone włosy i uśmiech, który przypominał promień słońca po deszczu. Rodzice nazwali ją Miłość.

Druga dziewczynka miała włosy czarne jak noc bez gwiazd, a oczy głębokie i ciemne jak otchłań. Nazwano ją Śmierć.

Chociaż ich domy stały obok siebie, rodziny prawie się nie kontaktowały. Dzieliło je nie tylko ogrodzenie, ale i coś głębszego — niewidzialny cień, który zawsze leżał między nimi.

Ale dzieci są dziećmi — szczere, ciekawe, bez uprzedzeń.

Miłość zawsze pierwsza zauważała Śmierć. Jak tylko ją zobaczyła na podwórku, natychmiast biegła ku niej, trzymając w rękach nową zabawkę, którą właśnie podarowali jej rodzice.

— Spójrz, jaka piękna! — radośnie wołała Miłość. — Mama i tata mi ją kupili! Tak długo o niej marzyłam! W jej oczach świeciła wdzięczność, ciepła jak promień słońca po deszczu. Ale Śmierć spojrzała na zabawkę zimno; jej ciemne oczy zdawały się pochłaniać wszystkie kolory. Wzięła zabawkę do rąk, trochę się jej przyjrzała, a potem rzuciła ją na ziemię.

— Brr… jakie ohydne, drażniące kolory — powiedziała cicho, lecz ostro, głosem, od którego aż zamarło powietrze. Miłość milczała zaskoczona. Nie rozumiała, jak można nie kochać kolorów, przecież każdy z nich jest cząstką radości. Jednak Miłość nie obrażała się na Śmierć. Wręcz przeciwnie — czuła do niej dziwną czułość i współczucie. Miłość wiedziała, że Śmierć nie jest zła, po prostu w jej sercu brakuje ciepła, którego w jej własnym jest tak wiele. Dlatego za każdym razem, gdy Śmierć ją odpychała, Miłość tylko cicho się uśmiechała i mówiła:

— Nic nie szkodzi, i tak przyjdę jutro.

Prawdziwie kochała Śmierć — nie za jej słowa czy czyny, lecz dlatego, że była jedyną przyjaciółką, z którą można było dzielić marzenia, pokazać nowy wynalazek albo opowiedzieć coś ciekawego.

Zima ustępowała miejsca wiośnie, wiosna oddawała pole latu, a lato powoli przechodziło w jesień. Tak mijał czas — rok po roku, jak płatki spadające z wiecznego drzewa życia. Dziewczynki dorastały. Już nie były małymi dziećmi — zmieniały się nie tylko na zewnątrz, ale i w sercu.

Miłość stawała się coraz piękniejsza. Jej oczy błyszczały jeszcze jaśniej, włosy świeciły jak promienie porannego słońca, a od uśmiechu rozkwitały nawet zwiędłe kwiaty.

Śmierć również się zmieniała, lecz w inny sposób. Jej piękno topniało, jak cień o świcie. Oczy stawały się coraz zimniejsze, spojrzenie — cięższe, a głos — ostrzejszy. Nawe powietrze wokół niej wydawało się chłodniejsze.

Na podwórku, gdzie mieszkała Miłość, wszystko tętniło życiem. Tam kwitły wielobarwne kwiaty — czerwone, różowe, niebieskie, żółte, jakby tęcza osiedliła się tuż pod jej oknem. Ptaki śpiewały bez przerwy — zdawało się, że każda z nich pragnęła zaśpiewać właśnie dla Miłości swoją najpiękniejszą pieśń. Miłość zatrzymywała się, słuchała ich uważnie, uśmiechała się i cicho dziękowała. Jej podwórko było pełne życia: mieszkały tam koty i psy, skakały króliki, ćwierkały ptaki, bawiły się sarny i małe niedźwiadki, które zostały bez mamy. Nawet delikatne jagnięta biegały między kwiatami, wesoło beczały i ocierały się o Miłość, jakby dziękując za troskę. Rozmawiała z każdą istotą, karmiła je, troszczyła się, głaskała, a wszystkie odwdzięczały się jej zaufaniem i czułością.

Tam, gdzie pojawiała się Miłość, wszystko wokół ożywało: kwiaty rozkwitały, słońce stawało się jaśniejsze, a powietrze cieplejsze i łagodniejsze. A na podwórku Śmierci było inaczej. Panowała tam cisza. Ziemia była sucha i popękana, drzewa stały bezlistne, jakby skamieniałe. Ptaki nie śpiewały, zwierzęta nie biegały. Tylko zimny wiatr od czasu do czasu przemykał przez podwórko, cicho szepcząc smutne słowa. Wszystko było czarne, ciche i puste — jak samo serce Śmierci.

Miłość żałowała, patrząc na smutną twarz swojej przyjaciółki. Jej oczy, niegdyś żywe i ciekawe, teraz wydawały się puste, jak ciemne jeziora bez odbicia nieba. Miłość poczuła w sercu cichą żałość i postanowiła zrobić coś dobrego — rozweselić Śmierć.

Poszła na swoją kwitnącą łąkę, gdzie wiatr bawił się płatkami, a słońce delikatnie dotykało trawy. Tam Miłość zebrała najpiękniejsze kwiaty — czerwone maki, białe stokrotki, niebieskie chabry, żółte mniszki. Z tych barw uplotła magiczny wianek — tak piękny, że nawet motyle zatrzymywały się, aby go podziwiać.

Kiedy wianek był gotowy, Miłość uśmiechnęła się i wyszeptała:

— To dla ciebie, moja przyjaciółko. Niech trochę radości zamieszka także w twoim sercu.

Śmierć chwyciła wianek, a w jej cienkich, kościstych dłoniach on natychmiast zwiędł, tracąc życie. Kwiaty, które jeszcze chwilę temu pachniały wiosną, stały się szare i zimne jak popiół.

— Jesteś żałosna, Miłości, — warknęła Śmierć, ściskając zwiędły wianek. — Wciąż wierzysz, że na świecie jest radość? Myślisz, że jest silniejsza ode mnie? Zniszczę cię, tak jak niszczę wszystko żywe. Wszystko, co kiedyś było piękne i jasne, stanie się częścią mojej ciszy. Nie będzie już radości. Wszystko będzie należeć do mnie — czarne, nieme, zimne.

Miłość wzięła głęboki oddech. Jej oddech był ciepły jak wiosenny wiatr. Machnęła rękami — i w tej chwili zdawało się, że osłoniła cały świat, ogarnęła go swoim światłem i oddechem.

— Nie zdołasz mnie zniszczyć — powiedziała spokojnie, ale jej głos rozbrzmiewał jak grzmot w ciszy. — Bo ja jestem wszędzie. Żyję w miłości do siebie, do matki, do dziecka, do przyrody, do zwierząt, do mojej ziemi. Jestem w każdym oddechu, w każdym spojrzeniu, w każdej kropli łez i radości. Jestem nieśmiertelna.

Śmierć zatrzymała się na moment. Ona również próbowała wziąć głęboki oddech — ale nie mogła. Powietrze było napełnione miłością. Płonęło światłem i ciepłem, których nie mogła znieść. Gdy Śmierć w końcu wciągnęła powietrze, jej kościste ciało zadrżało, rozpadło się na miliardy drobnych fragmentów, które rozleciały się we wszystkie strony świata.

Od tego czasu świat wypełnił się światłem i ciepłem. Każdy oddech, każde serce, każdy uśmiech stały się małymi iskrami nieśmiertelnej miłości. Ludzie zaczęli dostrzegać piękno w najdrobniejszych rzeczach — w szelestu liści, w śmiechu dzieci, w śpiewie ptaków.

Śmierć pozostała daleko, słaba i bezsilna, bo teraz na świecie było tyle miłości, że nic ciemne i zimne nie mogło znów stać się wielkie. I choć życie nadal się zmienia, rozkwita i przemija, Miłość zawsze była i będzie obok, wszędzie i we wszystkim. Żyje w sercach, w myślach i w czynach każdego — i teraz już nikt nigdy nie zdoła jej zniszczyć.

Świat stał się odrobinę bardziej magiczny, bo nawet w najciemniejsze dni ludzie będą pamiętać: tam, gdzie jest miłość, nie ma miejsca dla Śmierci.

Średnia ocena: 4.2  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • il cuore 3 miesiące temu
    /Ptaki śpiewały bez przerwy — zdawało się, że każda z nich pragnęła zaśpiewać/ – każdy lub każde...
    /— Jesteś żałosna, Miłości, — warknęła Śmierć/ – usuń drugi przecinek
    /w najdrobniejszych rzeczach — w szelestu liści,/ – w szeleście

    Bardziej w stylu braci Grimm.
    Magia czyni cuda.
    cul8r
  • najmniejsza 3 miesiące temu
    Święty Franciszek nazywał Śmierć swoją siostrą, a Święty Paweł pisał że Miłość jest silniejsza niż Śmierc.Wszystko to tutaj dostrzegam.
    To nie magia a wiara czyni cuda.:-)
    ,,Niech wedle wiary waszej się wam stanie "-powiedział Pan Jezus i jeszcze ,,Idź, twoja wiara cię uzdrowiła"" albo ,,sprawiedliwy z wiary żyć będzie"
    ,,Wiara ,Nadzieja i Miłość ,te trzy z nich zaś największą jest Miłość".
    Mówią że miłość góry przenosi..ale tak naprawdę aby górę przesunąć to potrzeba wiary...
    Ciekawy tekst.Zatrzymal mnie :-)
  • Szafir 3 miesiące temu
    Dziękuję
  • najmniejsza 3 miesiące temu
    https://youtu.be/H5vgdr_Vt4E?si=8seSoTfy9a59yiUu
  • il cuore 3 miesiące temu
    to straszne, jak tak można,
  • Sokrates miesiąc temu
    Pięknie się czyta i bardzo ważne, że na końcu jest morał 5

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania