Miś też człowiek
Studiowałem stosunki międzygatunkowe i obróbkę termiczną żylastych Afrykańczyków. U nas na północy nigdy nie byli częstymi gośćmi. Wyróżniali się jak węgielki na śniegu. Wieczna zmarzlina była wielką pułapką, do której nie szło im tłumnie przybywać. A jednak poczułem, że warto zapoznać się z ich specyfiką anatomiczną, wszak czasy mogą przyjść różne. Minęły trzy lata odkąd ukończyłem studia – oba kierunki z wyróżnieniem. Następnie podjąłem prominentną pracę w restauracji Północne Łasuchy. Dla jednych – klitka od biedy na dwa głębsze, ale jest w niej coś niesamowitego. I wcale nie mówię o tym, że zdobyła wiele nagród i jest najbardziej prestiżową restauracją dla niedźwiedzi polarnych jak tylko okiem sięgnąć po lodowym wypizdowie. Ma swój klimat. Ma nieustannie unoszący się zapach doskonale przyrządzonych nerek Europejczyka (Włosi mają najlepsze). Właściciel planował rozbudowę, ale ostatecznie przeznaczył wszystkie dochody na własne potrzeby. Wypłacał nam przy tym godne pieniądze i nie mogłem narzekać, że zarabiam mało. Było dobrze, nawet bardzo…tylko że się skończyło. Jak? No właśnie…
Zaczęło się tydzień temu…
Poniedziałek
… kiedy obudziłem się z głową jak balon i absolutnym brakiem chęci pójścia do roboty, którą notabene uwielbiam. Całe życie, nam, miśkom i naszym ofiarom – ludziom wpaja się, że praca powinna przynosić przyjemność, bo tylko wtedy ma sens. I, że należy pierdolić wzrost gospodarczy i fałszywy patriotyzm, ku służbie rozwoju państwa. Ty masz brać największe profity ze swojej roboty, a nie kołchoz, w którym przez pstryczek losu się urodziłeś. Proste, co nie?
Zwlokłem się z wyra, odbębniłem rytuał porannego wstawania z martwych i poszedłem do roboty. Po drodze, a wierzcie mi, że nawet na takim wypizdowie jak Biegun Północny ma się sąsiadów, nie spotkałem nikogo. Zwykle do restauracji szliśmy z Garretem, który robił tam na zmywaku. Czasami dołączał specjalista od sosów – Krasny Bogdan, ale jego amplituda godzin, w jakich stawiał się na robocie, wynosiła pewnie pół dnia. Tego dnia Północne Łasuchy przywitałem samotnie. Okazało się, że wszyscy już na mnie czekali.
– Gordon! Czekaliśmy na ciebie! – zawył szef kuchni, Łopatka.
– Jestem kwadrans przed czasem.
– Co ty do mnie dupisz? Masz pół godziny opóźnienia!
Spojrzałem na zegar naścienny wiszący obok okapu. Szef miał cholernie dużo racji. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Spóźniłem się. Choć byłem pewny, że mam mnóstwo czasu.
– Pilnuj się, Gordon. Pierwsze wykroczenie.
Do końca dnia byłem czarną owcą na kuchni. Nikt się do mnie nie odzywał, a ja nie rozumiałem, jak mogłem się spóźnić.
Wtorek
Co tu dużo mówić? Po incydencie poniedziałkowym zamierzałem stawić się w robocie dużo wcześniej. Dla pewności i świętego spokoju gdy przekroczę próg nadal ulubionej roboty. Szedłem prawie tą samą drogą, na ostatnim odcinku zboczyłem z trasy i minąłem rzeźnię, którą dostarczała nam mięso. Mieli zegar zawieszony nad bramą. Wyglądał komicznie, a gdy spytacie, co w nim takiego śmiesznego, ja odpowiem, że wszystko, co postawi się w jednym rzędzie z rzeźnią, jest śmieszne. Miałem jeszcze mnóstwo czasu, żeby zacząć zmianę. Biłem sobie brawo w myślach, jak jestem przebiegły. Cóż… czasami życie weryfikuje ze zdwojoną siłą nasze płonne przekonania.
– Ty wyliniała kupo ścierwa!
Tak, to szef. I był zły, albo raczej, mega wkurwiony. Jak na polarnego misia miał pysk wyjątkowo czerwony, a oczy nabiegłe krwią. Stał przede mną, a ja nie wiedziałem co powiedzieć.
– Przecież… – wydukałem, gdy napastnik łapał głębszy oddech.
– Gówno mnie obchodzi, dlaczego się spóźniłeś. Drugi raz z rzędu!
Reszta zespołu patrzyła na mnie i wiedziałem, że chyba powoli mogę się żegnać z gąską. Wtedy nastąpiło pierwsze trzęsienie ziemi.
Szef, z racji swojego zapasu tłuszczu, który zresztą równomiernie rozłożył na całym ciele, utrzymał równowagę. Wszyscy pozostali albo wywrócili się, albo z trudem opanowali rychły upadek. Patelnie i garnki sypały się jak śnieg z lodowca. Jeden wielki brzdęk. A potem cisza. Wtorek mieliśmy wolny, za co dziękowałem losowi, choć, nie zdziwcie się, szef wywalił mnie na zbity pysk w środę.
Środa
Usłyszałem dzwonek. Otworzyłem i w progu zobaczyłem Garreta. Zwykle wesoły, tym razem wyglądał jak cień samego siebie.
– Co jest? – spytałem, choć między nami wolałem, żeby spadał na lodowiec, bo nie po drodze mi z byłymi kumplami po robocie.
– Coś jest nie tak – odrzekł, a ja nie zaprzeczyłem, bo wiele rzeczy od poniedziałku spierdoliło się permanentnie. – Mogę?
– Jeśli musisz.
– Właściwie… nie, ale skoro zapraszasz.
Nie wiem, gdzie on usłyszał te serdeczne zaproszenie, ale Garret już taki był. Zawsze wiedział co powiedzieć, żeby mieć najlepiej ze wszystkich. Usiedliśmy w kuchni, a ja zrobiłem lodową fokę, ale nie za mocną, bo z rana taki zastrzyk energii mógł wyrwać z futra nawet najlepszych.
– Jednak cię wyrzucił?
– Sam słyszałeś? Przyszedłeś, żeby mnie dodatkowo uświadomić?
– Nie, jest problem.
Czekał, aż zapytam jaki, ale nie było mi z tym po drodze. Upiłem łyk foki.
– Mów – odparłem bez zainteresowania.
– Chodzi o te wstrząsy. Sądzę, że nie są… normalne.
– Dość ogólnie. Nie jestem przekonany.
Garret wytłumaczył mi, że według niego coś się zbliża i, że ma to związek z moim podwójnym spóźnieniem się do roboty. Posłałem mu uśmiech politowania. Gość gadał takie bzdury, że nawet klauny z cyrku obwoźnego by zaliczyli zbiorowy face palm. Pytacie, czy go wyprosiłem po tym? Nie, sam wyszedł, widząc, że rozmowa ze mną to jak walka z wiatrakami. Nie dopił swojej foki, za to poczęstował mnie słownym zawijasem językowym, taki kwiatkiem na do widzenia. Do teraz nie wiem, o co mu chodziło.
Czwartek i Piątek
Dwa dni. Jedna choroba. Coś toczyło mnie od środka. Rano miał miejsce kolejny wstrząs. Mieszkanie nie ucierpiało mocno. Ja natomiast czułem się jak padlina, która dziwnym trafem jeszcze nie zdechła. Nie łudziłem się, że ktoś mnie odwiedzi. Większość dawnych kolegów po fachu już zapomniała jak mam na imię. Tak to bywa w tej branży. Wczoraj byłeś kimś, a dzisiaj zdychasz w mieszkaniu i srasz pod siebie. Cóż…stało się. Kiedy to opisuje, mamy niedzielę, wieczór. Czuje się lepiej, tendencja jest zwyżkowa. Biegunka ustąpiła i w końcu mogę odetchnąć od zapachu gówna co kwadrans. Obleśne, wiem, ale jakże życiowe i metaforyczne.
Niedziela
Chcecie, żeby powiedział wam teraz coś o sobocie. Tyle że soboty nie było. Wstrząsy wzmogły się w nocy z piątku na… niedzielę jak potem się okazało. Wywołały mały czasowy bałagan. Nie było paniki, dopóki wstrząsy nie powróciły. I właśnie jeden dobiegł końca. Przed kwadransem. Pisze to ze schronu jako ostatnio ze stu, którzy zdążyli się w nim schronić. Ilu zginęło na powierzchni, tego nie wiem, ale istnieje duża szansa, że wszyscy. Obok mnie siedzi szef i paru byłych kolegów po fachu. Nikt się nie odzywa. Każdy buja we własnych obłokach strachu. Moje cuchną odchodami, dlatego wolę po prostu patrzeć i pisać. Jeśli przeżyjemy, zostanę pisarzem.
Komentarze (1)
Bajka typowa dla knajpianych opowiadaczy przy śledziku.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania