Młódek kramarzyk

(...)

Znał kupiectwo od podszewy jak wrócić pamięcią,

Oblatan szpącił na kanwie ciećwierzej,

Ni jednego znaleźć w zgrajach, co dłoni doń nie wyciągał,

Ni jednego, co pogłos nieprzychyły puszczał szerzej.

Szemrańcy, kapturnicy mieli go za swego,

I ni krewa drobna nawet nie rzuciła go w szarganie,

Hucpy nie budził jak rzeczył, a gdy rzeczył, słuchano,

I górne notówy zbierał, nie podło zachowaniem.

Zalecali go pomiędzy swymi , pochleby wyrażali,

A te wznosiły o nim pogłos, że ręka jego czysta,

Nie stronili, gdy siedzisko u jednej ławy obsadzał,

I nie uświadczyli kiedy mu cholewiło z pyska.

A że klepsydra liczy bez wytchnienia i spoczynku,

I nie staje wyczerpana choćby i zwał przesypała ,

To rachuba ukazała, co czas nawiał bez odwrotu -

Stary w spoczynek zmierza, nowa fala wylała.

Kipiel w nim wzburzała pianą i stała,

Jak iść do szczyla po miecha zieleniny,

Bo sam z niejednego palenicha bochen przegryzał,

I niegodne wysłuchiwań uznawał takich gadaniny.

A młodzian podnosił zastrzeżenia na jego obycie,

I przypał na ustawkach miał mu czelność zarzucać,

A że widać kupiectwo po nim jak skierować spojrzenie,

To częło mu to gniew w splocie poniżej piersi wzbudzać.

A na czekajce poniżej podściółkę nie wlezie,

I u korony rosłego drzewa liściem się nie zasłoni,

Bo furtę w klatce daszonej obierał za postójkę,

I tak wystany przygodnych postrzegaczy nie pogoni.

A talar błyskliwy, jak wiadomo, rzutem raził po oczach,

I potężnie tkwić w ciemnogrodzie musiałby przygodnik

By nie skleić w załapaniu szachrajskiego kupiectwa,

Bo bacznie oczył z oddali - cichociemny wartownik.

Poukami ozywał się jak bojowy zaprawieniec,

Choć same u palca zassane posłychem niósł słuszności,

Głos nad głos wynosił zadziernie, rozbujały wielmoża,

I strugał biegłego, a tężny w swej ciemniałości.

A że trafił na chojraka ze wstecznego pokolenia,

Co w kupiectwie obracał drzewiej niż współczasem w mieście,

Kiedy sam z wymion matczynych nabiał miał na podbródzie,

I ułożnie legnie u kowadła kiedy nad nim ten omłot podniesie.

Biada mu w ten dzień, zaprawdę, biada!

Nawet klawe na pozory położenie nie przyniesie ocalenia,

Bez krzty nadziei na wycięcie szpetnej skazy,

A ta roztacza odór rybki nad odłupem z pokolenia.

Wyjąk za wyjąkiem lepił zgłoskę w zgłoskę,

Budował składowe ogniwa tegoż korowodu,

Racząc uszko gniewnego ubawną zaciechą ,

I nie wziął przy tym pospołem w pojęcie powodów.

A że splątał i zakłębił się pęczkiem oprządek

I ze stali ni włókno jedno nawet nie było mu podporą,

Puszczały nerwy, zawodził skowytem,

Na jeden zwał zrzuciły kumula i wyruszył ku zmorom.

Ni nutki nie upuścił jak głucha niemowa,

Odprowadzon na łba zwiechu w zaciszne czeluścia,

Taki powyjękajło w ożenne? - a nuż ktoś zapyta,

Ni szpetna jedna nie chętna do takiego zamążpójścia!

Ugrzązł kaznodzieja w amoku i charchy przełykał,

I nici z krasomowy w obliczu starogwardzisty,

Łkał na domiar, noskiem zaciągał cherlawo -

Był jak złodziej bez sprytu, z odporem szachisty.

I wypłacał listwą prawicy zbir ku poczerwieniałym licom,

Czoło zahaczał w drodze, karkowi też smagając,

A pan płaskich oklasków to nie barbarzyńca,

Bo nauki szerzy lepnie jak za kary w warze nurzając.

Lecz ukaz uprostowania młóda nie spełnił się ziszczeniem,

I pozostanie gamoniem na przekór starszyźnie,

To i tak sprowadzon został w podziemia kamienicy,

Gdzie poległ przy zatarciu i ustał na mieliźnie.

Workami kamionkę obsypał, jak fantem truchło na maszynach,

Równoważnie, naszalnie, co dwie jedynki z mennicy,

"Nie bij" - tylko wycedził i zdał zbójnikowi

Wszechposiadanie całe jak złoto skarbonnicy.

Pozbierał juki gwałtownik, i pozwolił odejść,

Wcześniej zabornie wywiskał wawrzyny z ukitrajki,

A tam skrzętnie kielnia spruta wysypała ciemiężcy

Mnogo złotniaka i zbytek- komórę i fajki.

(...)

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • il cuore 9 godz. temu

    Fajnie tak czasem; bo jednak nie wyłącznie.
    W zapisie: dywizy i spacja; łee😜

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania