Monolog córki Syzyfa
Czasem rozmawiam z Syzyfem. Chociaż od kiedy przeszedł na emeryturę stał się bardziej milczący i wyraźnie unika kontaktu z ludźmi. Człowiek po śmierci dziwaczeje. Zmienia swoje zwyczaje. Jakby chciał zacząć od nowa. Odciąć się od życia przed emeryturą, zapomnieć o pchanym przez siebie kamieniu, o górze i szybkości z jaką przychodzi świadomość, że jutro trzeba będzie zaczynać wszystko od nowa.
Na krótko przed emeryturą oczy Syzyfa pełne były niedowierzania i pytań. Niedowierzania, że to już koniec. Że wepchnął na górę swój ostatni kamień i nie będzie już żadnego innego, za którym teraz nagle tak chętnie by pobiegł mimo że wcześniej męczyło go to bardzo. Mimo że płakał i złorzeczył na swój los, na rutynę i bezsens całej tej sytuacji. O co pytało spojrzenie Syzyfa? To wie chyba tylko on. Czy o to dlaczego to już i czy naprawdę nic nie da się zrobić? Może chodziło o to co będzie dalej? Z nim. Z nami. Z kamieniem i górą z którą zżył się jak z każdym wschodem i zachodem słońca. Jak z porami roku, które przemijały ale zawsze wracały w obiecanym terminie. Tego już się nie dowiemy. Syzyf milczy na ten temat. Na wiele innych też milczy. Komunikując się wyłącznie przez sny jakby nie mógł przyjść w środku dnia i tak po prostu pogadać o wszystkim i o niczym. Zapytać co noweg? Skąd u mnie pociąg do robienia zapraw? Jak się sprawdza ta nowa pilarka i dlaczego w korytarzu wciąż wisi jego zimowa kurtka? Teraz. W samym środku sierpnia. Niech sobie wisi. Mnie nie przeszkadza. Są i buty i inhalatory. Nie zmieniłam nawet pościeli w łóżku Syzyfa. Nie chciałam zatrzeć śladów. Zapachu. Obecności. Ja, córka Syzyfa, każdego dnia od świtu do zmroku na wzór ojca i dziadka, monotonnie popycham wszystkie obowiązki. Przepycham je przez minuty i godziny ani na moment nie zapominając o tym, że nie ma w tym nawet odrobiny sensu. Nie ma. Ale nie mogę przestać. Tak zostałam zaprogramowana. Mam swój termin ważności i dopóki nie wygasł nie wolno mi wyjść z roli. Ta najważniejsza na tamten moment, to właśnie bycie z nim. Z moim ojcem. Bycie inne niż dotychczas. Bliższe. Głębsze. Czulsze i takie, które musi nam wystarczyć. Do kiedyś tam. Jeśli oczywiście jest jakieś tam i będzie jakieś kiedyś.
To była trudna wiosna. Trudny czas i droga, która nagle zaczęła się kurczyć. Do tego stopnia, że jak na dłoni widać było jej koniec. Jakby ktoś uciął ją nożem. Ta linia za którą nie było już miejsca na stopy. Na kolejne dobranoc i dzień dobry. Na jeszcze jednego papierosa, na pogłaskanie kota czy psa. Na obejrzenie wiadomość, na kilka łyków wystygłej kawy. Ta linia, którą można przeklinać albo błogosławić. Bo już nie dusi, nie boli. Ta linia o niebo lepsza od morfiny, od ręki córki, która jest. Która głaszcze po głowie. I to wszystko co może. Być. Do końca. Czy Syzyf miał żal? Czy ja miałam? Nam kończył się czas, a obok ludzie cieszyli się wiosną, słońcem i coraz wyższą temperaturą. Uśmiechali się do mnie, a ja niezdarnie probowałam ten uśmiech odwzajemnić. Próbowałam żyć. Dla siebie i dla Syzyfa. W Wielki Czwartek ten starszy pan leżący pod oknem przyniósł mi na serwetce obraną mandarynkę:
- Pani sobie zje chociaż mandarynkę - powiedział i zaraz odszedł nie mogąc chyba patrzeć na nasz ból. Było w tym geście coś tak wyjątkowego i ważnego dla mnie, że nie mogłam powstrzymać łez. Potrzebowałam tego. Potrzebowałam poczucia, że ktoś o mnie myśli. Że nie jestem w tym wszystkim sama. Że nie muszę udawać silniejszej niż jestem, bo mam takie samo prawo jak wszyscy bać się, cierpieć i uginać pod ciężarem praktycznie przemilczanych dni. Syzyf nie potrzebował już słów. Ani swoich ani moich. Patrzył tylko przed siebie i byłam mu obojętna jak kolor ścian, dźwięki dobiegające z korytarza i strzępy rozmów mężczyzn leżących na sali numer sto czterdzieści sześć. To mi chyba nie sprawiało nawet przykrości. Rozumiałam go. Rozumiałam, że teraz co innego jest dla niego ważne. Już nie ja, nie moja siostra. Nie nasza matka, a żona Syzyfa. Przez te dwa tygodnie nawet o nie nie zapytał. Jakby skupiał się wyłącznie na chwili. Na sobie. Na procesach jakie w nim zachodziły. Ktoś kiedyś powiedział, że "człowiek rodzi się i umiera sam". To prawda. Choćby nie wiem ile osób siedziało przy łóżku umierającego, on i tak będzie musiał przejść przez swoją śmierć sam. Dlatego Syzyf poczekał aż wyjdę. Aż dojadę autobusem linii "A" do domu kuzynek u których się zatrzymałam. Aż położę się zmęczona do łóżka i zasnę. I odszedł. Tak po prostu. Po cichu. Beze mnie. Zapominając co to czas.
Nie dopisałam tego do księgi zażaleń i skarg do Boga czy losu. Był we mnie jakiś nienaturalny spokój i szacunek. Szacunek do życia i śmierci, która daje wolność. Syzyf odszedł, a rano znowu wstało słońce i ludzie wstali. I ktoś inny również odszedł, a ktoś nowy właśnie się urodził. Kolejny Syzyf. Całe pokolenie nowych Syzyfów. Wszystko się zmieniło i jednocześnie nie zmieniło się nic. Przynajmniej dla ogółu. Dzień jak każdy inny. Korki, zgiełk. Pośpiech. Wieczorem młodzi wyjdą jakby nigdy nic. Przecież dyskoteka gra. Ktoś będzie podpierał ścianę, ktoś będzie tańczył. Ktoś inny zostanie w domu. Rozpamiętywać każdy dzień, każde słowo. Każdą straconą chwilę. Nocami będzie się śnić przeszłość. Jej zapach i głos. Będzie się śnić obecność, którą świt wydrze z ramion. I wrócisz pomiędzy czasy. Przeszłość i teraźniejszość od której nie uciekniesz. Tak samo jak nie wyprzesz się przeszłości. Korzeni. Ściśle powiązanych z kamieniem. Z drogą pod górę i szczytem z którego tak szybko się spada. Na szczęście. Bo na nim już nie ma o czym marzyć. A gdy nie ma już marzeń pozostaje czekać. Aż nadarzy się okazja. Przyczyna i skutek. Cel. Choćby i na tarczy. Do którego trafisz z zamkniętymi oczami.
Komentarze (4)
Ciekawy pomysł na opko, dobry tekst.
Piszesz bardzo krótkimi zdaniami, już nie pamiętam czy taki masz rozmach, krótkie robią dynamikę a tekst raczej nostalgia.
Czytałaś Myśliwskiego?
cul8r
Dziękuję!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania