Nie z tej ziemi
Dzieciństwo to jedyna kopalnia, z której wciąż wydobywam surowiec. Nigdy się nie wyczerpuje. Każde wspomnienie jest jak żyła złota, ukryta pod warstwami lat, a ja, niczym niestrudzony górnik, schodzę w te głębiny z latarnią pamięci. Czasem wystarczy drobny impuls – zapach wilgotnej ziemi po deszczu, szelest liści w porannej mgle – i nagle jestem tam znów, małym chłopcem o szeroko otwartych oczach, pełnym zdumienia i tajemnicy, która nigdy nie została rozwiązana.
Było to w martwym kurorcie, jednym z tych zapomnianych miejsc nad Bałtykiem, gdzie sezon kończył się wraz z ostatnim letnim słońcem, a jesień przynosiła tylko ciszę i mgłę. Dom dziadków stał na skraju lasu, otoczony sosnami, które szeptały sekrety wiatru. Dziadek, dawny marynarz o skórze pooranej solą morską, siedział na ławce z babcią, swoją wierną towarzyszką od półwiecza. Objęci ramionami, nieruchomi jak posągi z mgły, zdawali się już należeć do tego szarego, eterycznego świata. Tylko ich papierosy tliły się jeszcze – dwa czerwone punkty w bezkresnej szarości, jak odległe latarnie morskie w nocy. Mgła sunęła między pniami drzew, wolna i gęsta, niczym duch lasu budzący się o zachodzie. Ja, pięcioletni wówczas, klęczałem w trawie – wilgoć przenikała kolana moich spodni, osiadała na dłoniach, a nawet w ustach, smakując słonością ziemi i morza.
Kurort był martwy, bo turyści wyjechali, pozostawiając po sobie tylko echo śmiechów i zapach smażonych ryb. Dziadkowie przyjechali tu na emeryturę, uciekając od hałasu metropolii, ale ja, dziecko, widziałem w tym miejscu królestwo przygód. Las za domem był moim królestwem – pełen ukrytych ścieżek, szeleszczących krzaków i tajemniczych elfów. Tamtego ranka, gdy mgła była gęstsza niż zwykle, wędrowałem po trawie ze słoikiem w ręku. Słoik był moim skarbem: ot, zwykły, szklany pojemnik po dżemie, z nakrętką pełną dziurek, które dziadek wybił scyzorykiem. "Na chrabąszcze i motyle" – mówił, śmiejąc się, ale ja wiedziałem, że to narzędzie do chwytania cudów.
Wtedy pojawił się on.
Nie usłyszałem go najpierw – nie było szelestu, nie było trzepotu. Po prostu był. Pancerz odbijał niebo jak rtęć, lśniąc srebrzystym blaskiem, który zdawał się pochłaniać i oddawać światło jednocześnie. Ruch jego był zbyt czysty, zbyt płynny, jakby grawitacja go nie dotyczyła, jakby pochodził z innego wymiaru, gdzie prawa fizyki są tylko sugestiami. Na głowie nosił delikatną, metaliczną koronkę – precyzyjną jak narzędzie z koszmaru, a zarazem herbową ozdobę innego świata i innego porządku. Była to korona z cienkich, splatających się nici, migoczących jak pajęczyna utkana z gwiazdek. Nagły błysk rozświetlił mgłę, potem drugi, jak iskra w mroku, ale światło zgasło równie szybko, co się pojawiło, pozostawiając po sobie tylko echo w moich oczach.
Kim był? Czym był? Nie wiedziałem. Może chrabąszczem, ale przecież żaden chrabąszcz nie lśni tak, nie porusza się z taką gracją. Może robotem z bajek, które dziadek opowiadał wieczorami, o maszynach z dalekich planet. A może czymś więcej – fragmentem snu, który wymknął się z nocy i zabłądził w dniu. Serce biło mi mocno, dłonie drżały lekko, ale ciekawość zwyciężyła strach. Pochyliłem się powoli, dzierżąc słoik w pogotowiu. Chciałem zamknąć tę istotę w szkle razem z tą chwilą – z mgłą, z wilgocią, z ciszą morskiego ustronia. Chciałem zachować tajemnicę na zawsze, jak skarb w butelce wyrzuconej na brzeg.
Ale nagły głos z werandy przeciął powietrze jak ostrze: "Kolacja!". To pani Stasia nas wołała – jej ciepły, ale stanowczy głos, niosący zapach zupy grzybowej i świeżego chleba. Dziadkowie zgniatali papierosy pod butami, wstając z ławki z tym charakterystycznym skrzypieniem stawów. "Chodź, mały, zanim wystygnie" – mruknął dziadek, biorąc mnie za rękę. Istota zniknęła we mgle, jakby nigdy jej nie było. Poszliśmy do domu, gdzie światło lampy rozproszyło resztki tajemnicy, a kolacja smakowała jak zawsze – prosto i bezpiecznie.
Nazajutrz trawa była sucha, słońce przebijało się przez chmury, a mgła rozwiała się jak zły sen. Szukałem go wszędzie: pod krzakami, między korzeniami sosen, w zagłębieniach ziemi. Ani śladu. Jakby zabrał ze sobą część powietrza, którym wtedy oddychałem – lżejszego, pełnego cudów – i całą tajemnicę. Słoik stał pusty na parapecie, a ja patrzyłem na niego z żalem, jakby to on był winny ucieczce.
Lata minęły. Kurort nadal stoi, choć dziadkowie odeszli – najpierw dziadek, w ciszy szpitalnego pokoju, potem babcia, z papierosem w dłoni do końca. Ja dorosłem, świat stał się bardziej konkretny, pełen rachunków, pracy i codziennych trosk. Ale dzieciństwo nie kończy się nigdy. Do dziś wystarczy zapach wilgotnej ziemi po burzy – ten ziemisty, świeży aromat, mieszający się z wonią liści – i nagle znowu mam pięć lat, a w rękach słoik. Czuję wilgoć na kolanach, słyszę szept mgły, bo tak – ona szepce.
Ciii. Jestem już tuż-tuż. Mam to już prawie…
Nachylam się, serce bije szybciej, dłonie gotowe do chwytu. A potem – tylko echo własnych kroków, odbijające się w pustce pamięci.
Czasem, w bezsenne noce, wracam do tamtego lasu w myślach. Wyobrażam sobie, co by było, gdyby głos gosposi nie przerwał chwili. Czy schwytana istota nadal lśniłaby w słoiku? Czy jej korona z metalu ujawniłaby sekrety innego świata? A może to nie ona była tajemnicą, lecz ja – dziecko próbujące ujarzmić nieuchwytne. Słoik stał się dla mnie metaforą: szkłem, w którym zamykamy wspomnienia, by nie uciekły, ale one zawsze znajdują drogę na wolność, zostawiając tylko echo.
W dorosłym życiu próbowałem szukać odpowiedzi, racjonalizować. Czytałem książki o owadach, o zjawiskach optycznych w mgle, o iluzjach dziecięcej wyobraźni. Bo co ja właściwie widziałem? Może to był zwykły żuk majowy, którego pancerz odbijał światło w niezwykły sposób. Może halucynacja zmęczonego dziecka. Ale... głęboko w sobie wiem, że to było coś więcej. To było echo innego wymiaru, błysk nieznanego, który na chwilę przeniknął mój świat.
Dziś, gdy spaceruję po lesie z własnymi dziećmi, opowiadam im tę historię. One śmieją się, biorą słoiki i gonią motyle. A ja... patrzę w mgłę i czekam.
Ciii. Jestem już tuż-tuż…
I choć echo kroków jest tylko moje, tajemnica trwa. Bo dzieciństwo to kopalnia bez dna, a surowiec – nieskończony. Wciąż wydobywam, wciąż szukam tego błysku w rtęciowym pancerzu. I może kiedyś, w kolejnej mgle, go znajdę.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania