Niedostępność, czyli pięć kroków do światła
Oblany zimnym potem szedł drętwo przed siebie bez celu. Nogi delikatnie stąpały po pokrytej warstewka kurzu podłodze bezszelestnie. Podrapane do tynku ściany spoglądały na niego ukrytymi sprytnie wizjerami i w milczeniu nasłuchiwały. Starał się zachować spokój. Przede wszystkim nic nie mówić. W takich chwilach milczenie okazywało się droższe nawet od złota, mowa warta była kubeł pomyj z piwnicy. Po prostu szedł. Wyprostowany i z udawanym dostojnym krokiem. Czuł na całym ciele ich wzrok. Zewsząd przekrwione gałki oczne wpatrywały się w niego ja kw obrazek renesansowego malarza. Wodziły za jego ruchami w miarę możności. Korytarz był długi, ale nad wyraz wąski. Nie więcej niż dwie osoby szerokości. Sufit, pokryty dziwnym płynem, kapiącym niekiedy była bardzo nisko. Klaustrofobiczne uczucie nie opuszczało go ani na moment. Gdzie jest to obiecane światło? Obiecywali świetlaną łunę zwiastująca wolność. Gdzieś na końcu ostatniej drogi, pośród betonowych sklepień i zakurzonych pamiątek tamtych lat, odległych i umarłych. Ściągnęli najlepszego poetę, aby w swój sposób omamił go pięknym językiem i zaplątaną myślą. Rozsypał wokół niego klucze do drzwi, za którymi miał to, czego chciał. Wystarczyło tylko wybrać ten właściwy. Rudo rdzawy jak inne leżał spokojnie i czekał.
Porywisty wicher najpierw skotłował leżące przed wejściem do budynku papiery, a potem w chóralnym uniesieniu wtargnął do środka przez otwarte okno. Przemknął uchylonymi drzwiami do korytarza, którym szedł mężczyzna. Teraz jego dostojność i wymuszona gracja konały powoli, w głuchej ciszy, a on szedł nadal. Korytarz jakby nie miał końca. Zimny wicher batutą skażonego brudnym powietrzem powiewu ocknął go, dając kolejną szansę. Potem zniknął w ciemnych czeluściach za mężczyzną i więcej nie wracał. Wszystkowiedzące oczy przypatrywały się w osłupieniu. Cichy szept do czyjegoś ucha. Słowo klucz: zabić. Zaduma. Powolne analizowanie i w końcu ostateczny werdykt. Jeszcze nie teraz. Nie pora.
Przeczuwał od kilku minut, że nie spełnia ich wymogów. Nie czuł już tego przeszywającego wzroku na całym ciele. Odeszli gdzieś. Tylko po co? Naładować giwery. Oby wystarczył im jeden strzał. Świdrujący hałas i szmaciana lalka leżąca drętwo pośród kurzu. Tak się stanie? Oby szybko. Czekanie było bardziej uciążliwe od samej myśli umierania od precyzyjnego strzału.
Przyspieszył. Po części dlatego, że widział niewielki rozbłysk daleko przed sobą. Ale miał już dosyć. Niezgrabnym krokiem, wlekąc się w udawanym marszu, mijał kolejne malowidła naścienne karłowatego artysty ze świecową kredką w dłoni. Błękitne jednorożce wbiły swój kredkowy wzrok w jego bladą twarz. Spojrzał nań, rejestrując jedynie kontury, po czym ponownie wbił rozbiegany teraz wzrok w niewielki promyczek światła. Nagle ta migająca kuleczka świetlista zaczęła rosnąć. Tamci już odpuścili, na pewno. Teraz jest prawie wolny, bezpieczny. Mógł w końcu uśmiechnąć się w geście zwycięstwa.
Nagle nastała cisza. Pierzynka kurzu rozpłynęła się ponad podłogą, gdy bezwładnie ciało upadło i głucho uderzyło w nią. Potem jeszcze raz i jeszcze. Truchło wiło się niezgrabnie, kiedy kolejne kule trafiały w nie z zawzięciem. Pięć kroków do światła, o pięć za daleko.
Komentarze (15)
Kurde, mam jakiegoś wielbiciela cichego. Ciągle daje mi piątki i zawsze zaraz na początku. Ktoś ty?
Remiguso&Panda
Nie sądzę. To by było w druga stronę
nje, to tylko ja
Pan Buczybór jak tak to ok. Jest git
Wroce tu, Marok.
Do innych tez.
Czekam, czekam ;)
"Zewsząd przekrwione gałki oczne wpatrywały się w niego ja kw obrazek renesansowego malarza." - kw?
"Sufit, pokryty dziwnym płynem, kapiącym niekiedy była bardzo nisko." - dziwna konstrukcja,
Ok, wciąż szukasz i eksperymentujesz. Jeśli ktoś lubi się taplać w pojedynczych zdaniach, coś na pewno znajdzie, jednak trochę zbyt gęste,
Postanowiłem nie pisać na razie bezpiecznie, bo wtedy muszę się mocno ograniczać. Wiem, że taka konstrukcja może odepchnąć czytelników. Jednak wziąłem to pod uwagę i nastawiłem się na to.
Dzięki za przybycie.
marok, nauka nowego stylu wymaga ofiar.
Can, dobre nastawienie to podstawa.
jak przy zwichniętym barku
"Nogi delikatnie stąpały po pokrytej warstewka kurzu podłodze bezszelestnie." warstewką
Kurcze, ładny tekst. Taka metafora życia. Idziemy przed siebie wciąż obserwowani bez pewności czy dotrzemy do celu i w zasadzie nawet nie wiemy co jest tym celem. Zawistni ludzie czyhają na nas i robią wszystko byśmy tam nie dotarli. I w tym brud świata, taki zmaterializowany.
ode mnie 5 gwiazd.
pozdrawiam
Tu krótko: ładnie, ale nadmiar metafor czasem stopuje. Poprzeplataj jakimś łagodnym opisem, czy coś... Niekiedy warto napisać, że po prostu "wiał wiatr", niż unosił się przesiąknięty pomrukiem chłodu, bezkształtny, wirujący ponad domami, zamknięty we własnej formie i respiracji, głos powietrza" (tu zmyślony na potrzeby przykład) ;D
To zabieram:
"Cichy szept do czyjegoś ucha. Słowo klucz: zabić. Zaduma. Powolne analizowanie i w końcu ostateczny werdykt. Jeszcze nie teraz. Nie pora".
No wiem, odleciałem. Ale kurde no musiałem. Następnym razem przystopuje. Dzięki ;)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania