Nieziemskie Przygody Podróżnika Czasoprzestrzennego

Opowiadanie

 

"Nieziemskie Przygody Podróżnika Czasoprzestrzennego"

 

gatunek: fantastyka/surrealizm/fantasy/przygoda/sny

WIELKIE, TROPIKALNE, PLAŻOWE MIASTO NAD OCEANEM

 

Tropikalne wyspy u wybrzeży wielkiego kontynentu. Zachód słońca. Starożytność.

 

Na jednej z niewielkich wysp, porośniętych łąkami i otoczonych palmami oraz plażami, pojawili się czterdziestosiedmioletni Mistrz i trzydziestosiedmioletni Uczeń.

 

— Na tych wyspach kiedyś będzie wielkie, wspaniałe, oryginalne, przebojowe, klimatyczne i nastrojowe miasto — oznajmił Mistrz.

— Trudno uwierzyć — stwierdził Uczeń.

— A jednak — odpowiedział Mistrz.

To samo miejsce. Środek dnia. Lata 2011-2013.

 

W latach 2011-2013, znajdowało się tu miasto, dokładnie takie, jakim opisał je około dwa tysiące pięćdziesiąt lat wcześniej Mistrz. Po ulicach eleganckiej dzielnicy biegali Podróżnicy Czasoprzestrzenni. Były to około trzydziestodwuletnie, zmiennokształtne istoty z takiego wymiaru, w którym stała wieża z cegieł, a na jej szczycie znajdowała się tajemnicza postać o bardzo długich włosach, sięgających aż do ziemi. Osoba ta wyfrunęła z pomieszczenia przez półkoliste okno, polatała przez kilka minut nad okolicznymi lasami, łąkami i rzekami, po czym wylądowała na łódce, leżącej na plaży u wybrzeży pełnego magicznych ryb, owadów, skorupiaków, mięczaków oraz płazów jeziora, nad którym unosiła się tajemnicza mgła i kolorowe świetliki.

 

Jednego razu, Podróżnicy Czasoprzestrzenni ustawili się w krąg wokół dużego placu na pograniczu centrum i przedmieść, wznieśli swe ręce ku górze i zaśpiewali niezwykłą, unikalną pieśń, jakby kosmiczno-ponadwymiarową, a wtedy w ciągu kilku minut na pustym obszarze wyrosły cztery budynki. Pierwszy, największy, był beżowy. Drugi miał barwę jasnoróżową, a trzeci pomarańczową. Czwarty, najmniejszy, posiadał kolor jasnozielony. Obiekty były otoczone wysokim, beżowo-złoto-żółtym murem, a miejscami także wielkim, grubym, gęstym żywopłotem o dosyć dużych liściach. Po skończonej budowie, istoty nie z tego świata zakręciły się jak tornada, znikając w pobliskim dużym, tajemniczym i spowitym dziwną mgłą parku miejskim, pośród mistycznych drzew, kwiatów i wysokich traw.

 

Z całego miasta zebrało się i przyszło kilkadziesiąt ludzi, mających od dwudziestu trzech do trzydziestu siedmiu lat, a wyglądających jak ekipa filmowa. Jedni weszli do wnętrz obiektów, a inni - do podwórek bądź ogrodów, którymi były pooddzielane budynki. Nagle cały świat zamienił się w jeden wielki plan filmowy.

 

— Łooooo! Jestem rozmawiającą z kwiatami księżniczką z magicznej wyspy! — zachwyciła się jedna z kobiet.

— Łooooo! A ja jestem zielonym rycerzem na fioletowym pegazie o złoto-srebrnych skrzydłach! — stwierdził jeden z mężczyzn.

— Lecimy ratować świat przed inwazją kosmicznych smoków-ludojadów? — spytała podekscytowana kobieta.

— Tak! To bardzo dobry pomysł! Czeka nas moc przygód! — odpowiedział z wielkim entuzjazmem mężczyzna, po czym oboje weszli do beżowej ślimaczej muszli, wielkiej jak stodoła, leżącej na trawniku obok zamku. Następnie, muszla ta oderwała się od podłoża, wzleciała wysoko i odfrunęła, znikając za drzewami wyrastającymi z horyzontu, gdzie unosiła się pomarańczowa poświata.

DOM NA PRZEDMIEŚCIACH

 

Na magicznych przedmieściach, nad którymi niebo było żółto-pomarańczowo-różowo-czerwone, stał dom jednorodzinny z balkonami, tarasami i dziedzińcem, a był otoczony tropikalnym ogrodem, skrywającym trawnik, sad, fontannę, patio, podjazd, kosz do koszykówki, staw, hamak, basen kąpielowy, namiot, pawilon ogrodowy, oraz inne atrakcje. W tym domu bez przerwy działy się piękne i niezwykłe zjawiska oraz zdarzenia. Mieszkało w nim sześcioro współlokatorów. Trzech mężczyzn i trzy kobiety. Każde z nich miało po około trzydzieści lat.

 

Jeden z mężczyzn miał kilka nazw: Niezły Artysta, Sowizdrzałek, Poszukiwacz Przygód, Kosmiczny Rajdowiec, Kosmiczny Wędrowiec i Podróżnik Czasoprzestrzenny, czy też Podróżnik Międzywymiarowy. Pewnego razu, siedział on przy biurku w pokoju, będącym jednocześnie gabinetem i sypialnią. Pisał kolejne opowiadanie. Marzył o napisaniu powieści, która byłaby dziełem doskonałym. Z unoszącego się w powietrzu radiomagnetofonu wydobywała się muzyka rozrywkowa z lat siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. W mającym kształt kartonowego pudła i wypukły kineskop telewizorze, machającym swoimi dwoma antenkami, leciał program rozrywkowy, znajdujący się na stacji, na której były pokazywane filmy, seriale, programy popularnonaukowe oraz teledyski. Stacja ta pochodziła z innej, lepszej galaktyki. Jej logo zdobiły kolory takie jak czerwony, pomarańczowy, żółty, beżowy i szary.

 

— Co jest lepsze od napisania opowiadania? Napisanie kolejnego opowiadania? A może napisanie powieści? Chciałbym zostać supergwiazdorem powieściopisarstwa, znanym i lubianym chociaż w kraju, albo lepiej na kontynencie, a najlepiej to w połowie świata! — zamarzył mężczyzna.

 

Z kuchni przyfrunęła oryginalna delegacja, pochodząca z planety Coolfoodlandia. A jej skład stanowiły: kawałek pizzy, paczka frytek, cheeseburger, butelka napoju gazowanego, słoik ketchupu i butelka majonezu.

 

— Chodź z nami do kuchni, zaczynamy przedstawienie, które na pewno zainspiruje cię do napisania super przeboju, a ten szybko stanie się legendą! — zachęcały produkty spożywcze, unoszące się w powietrzu dokładnie tak, jak robiły to różne przedmioty w wielu dziwnych i zabawnych reklamach telewizyjnych, opublikowanych między wczesnymi latami siedemdziesiątymi, a wczesnymi latami dwa tysiące dziesiątymi.

— Kim lub czym jesteście? Czy naprawdę chcecie mi pomóc? Jeśli tak, to idę z wami — zgodził się miłośnik pisania i czytania literatury, szukający inspiracji.

 

Poszedł do kuchni, po drodze mijając klimatyczny przedpokój o ścianach pokrytych boazerią. Kiedy dotarł na miejsce, to przecierał oczy ze zdumienia. Na kredensie znajdował się pomidor z dłońmi, stopami, oczami, uszami, nosem i ustami, a wielki jak dorodna dynia.

 

— Pochodzę z planety Coolfoodlandia. Niedługo wracam z powrotem. Czy chcesz lecieć ze mną? — oznajmiła i spytała bardzo nietypowa jarzyna.

— Nie, dziękuję. Zostanę na Ziemi, przynajmniej na razie — odparł Niezły Artysta, zaskoczony spotkaniem z dziwnymi istotami

— Pa ram pam pa ram! — zaśpiewały cztery serdelki, siedzące na stole, oparte o czerwono-beżowy flakon w drobne polne kwiaty, wyprodukowany chyba w latach siedemdziesiątych albo osiemdziesiątych.

— Jest oryginalnie i cool! — dodały frytki, cheeseburger, napój, pizza, ketchup i majonez.

 

Człowiek wrócił z kuchni do gabinetu. Usiadł na kanapie. Przed oczami przefrunęło mu jakieś warzywo, cytryna, śrubka, kula do kręgli i lampka biurkowa. Mężczyzna wstał oraz podszedł do jasnobrązowej szafy. Podziwiał niektóre z przedmiotów, znajdujących się w gabinecie. Powoli przeszedł obok sztalug malarskich, pomarańczowo-żółtej gitary, brązowej szafki nocnej ze stojącą na niej doniczkową rośliną owadożerną, trzech jasnoszarych regałów z kolorowymi książkami, a potem obok szafki, na której znajdował się wspomniany wcześniej telewizor. Radiomagnetofon stał obecnie na półce jednego z regałów. Sowizdrzałek otworzył okno i wyskoczył, a wtedy nagle dostał wielkich, barwnych skrzydeł, dzięki którym szybko wzbił się w powietrze. Następnie wylądował na gałęzi jednego z kilku dosyć dużych drzew, rosnących na otoczonym płotem i żywopłotem trawniku, we frontowej części ogrodu.

OGRÓD I PODWÓRKO

 

Uskrzydlony Niezły Artysta zeskoczył z drzewa, po czym poszedł za dom, gdzie znajdował się dosyć obszerny trawnik, pełny różnych rozrywkowych atrakcji. Obok domu mieścił się podjazd i garaż, skrywający w swoim wnętrzu niezwykły pojazd, który potrafił jeździć, pływać i fruwać. Kiedy mężczyzna wylądował, jego skrzydła zniknęły. Cztery razy wrzucił piłkę do kosza, potem pobujał się na huśtawce, pomoczył nogi w basenie, obejrzał staw oraz fontannę, a potem posiedział na ławce w pawilonie, podziwiając hibiskusy i motyle. Szukał inspiracji do napisania opowiadania lub powieści, albo do namalowania obrazu. Nagle, jeden z motyli urósł do rozmiarów kosza na brudną bieliznę, po czym przeistoczył się we Wróżkę, będącą około trzydziestoletnią kobietą ze skrzydłami, wyglądającymi bardzo podobnie jak u ważek, tylko że odpowiednio dużymi, dopasowanymi do rozmiarów człowieka. Jej głowę zdobił wieniec z kwiatów. Stanęła na przeciwko mężczyzny i przemówiła do niego.

 

— A więc chcesz pokonać sam siebie i wzlecieć na poziom tak bardzo wysoki, żeby być widocznym na niebie, pośród chmur i gwiazd? — spytała Wróżka.

— Tak, to jedno z moich większych, prawie największych, marzeń życia — odpowiedział Kosmiczny Rajdowiec.

— W takim razie musisz sam sobie wyznaczyć zadania do wykonania. W pewnym momencie znajdziesz klucz, który otwiera wszystkie drzwi. Jest on ciemnozłoty, poza tym intensywnie błyszczy, a także świeci w ciemnościach. Moim zdaniem, jedno z wyższych prawdopodobieństw jest takie, że znajduje się on w Jaskini Zapomnienia, stojącej pośród łagodnych wzgórz, gdzieś w Lesie Niepozorności, niedaleko Fontanny Błogostanu. Las ten leży w pobliżu Magicznego, Złotego Miasta Spełnionych Marzeń, gdzie są złote ściany, i gdzie trwa lato przez cały rok — podpowiedziała mu Wróżka.

— Okej, dzięki za radę, lejdi fantasi — podziękował żartobliwie Kosmiczny Wędrowiec, po czym ruszył w dalszą podróż w nieznane, pełną dziwnych oraz nieprzewidywalnych przygód.

 

Tymczasem Wróżka pomachała swoimi bezbarwnymi skrzydłami, co sprawiło, że pofrunęła wysoko. Została wchłonięta do wnętrza przelatującej właśnie po niebie wielkiej limonki, mającej rozmiary zaczarowanego beczkowozu, stojącego na Łące Wiecznej Wiosny, mieszczącej się na Planecie Romantycznej Pogody, czyli tam, gdzie znajdowało się także Melodyjne Pole Leśno-Łąkowo-Plażowych I Częściowo Zachmurzonych Sawann Wiecznej Wiosny. A Podróżnik Międzywymiarowy postanowił na początku swojej niezwykłej przygody sprawdzić, co ciekawego działo się aktualnie w jego najbliższej okolicy. W tym celu, udał się na pobliski, będący częstą scenerią pikników, dosyć rozległy trawnik, otoczony żywopłotem zielonym przez cały rok, a także drzewami, w znacznej większości liściastymi.

TRAWNIK PRZED DOMEM

 

Mężczyzna został nagle przebrany za starożytnego rzymskiego legionistę, a to za sprawą autora, odpoczywającego tuż za zasłoną międzywymiarową, w alternatywnej starożytności, w płytkim ogrodowym basenie, na zapleczu willi. Poszukiwacz Przygód spacerował po trawniku, gdzie kosmiczna ekipa filmowa z innej planety kręciła przebój z gatunku fantasy, i gdzie stała wielka piramida w kolorze piasku plażowego, otoczona pięcioma palmami daktylowymi, dwoma antycznymi egipskimi kolumnami, oraz dwoma dosyć dużymi, beżowymi sfinksami. Po jezdni, otaczającej obszar zieleni, nad którym fruwały ćwierkające jaszczurki ze skrzydłami ważek, jeździły alpaki, miotły i pianina. Po chodnikach spacerowały muchołówki, kałamarnice, meduzy, palczaki, wyraki i ambystomy.

 

Wspomniana piramida była zakamuflowanym namiotem. Wewnątrz, tuż pod szczytem, wisiały drzwi do innego świata, wyglądające jak miniaturowe słońce. Były nim oświetlane: słoń, struś, hipopotam, nosorożec, krokodyl oraz wielbłąd, które siedziały w kręgu i opowiadały sobie dziwne, śmieszne, tajemnicze oraz straszne historie. Na tle piramidy, dwa telewizory grały w siatkówkę plażową. Nagle przestały. Zamieniły się w rohatyńce. Przyfrunął sęp, na którego grzbiecie siedziały cztery chrząszcze. Po upływie jednej minuty i ośmiu sekund, poleciały na nim do innego lepszego świata, gdzie po różowym niebie wolno przesuwały się pomarańczowe chmury, na których można było znaleźć zielone orangutany, biało-czarne drzewa i fioletowy śnieg. Sowizdrzałek powędrował dalej. Znalazł się na tajemniczej, drugiej stronie ulicy, gdzie rozciągał się sięgający do wybrzeży rzeki trawnik z sadem oraz domkiem letniskowym z beczek, skrzyń, kartonowych pudeł i zużytych mebli.

TRAWNIK NAD RZEKĄ

 

Podróżnik Międzywymiarowy przybrał postać jakby banity, żyjącego i działającego w lasach, po czym podszedł do wielkiego, magicznego drzewa wieloowocowego, a wtedy zauważył, że z mieszkającymi nad rzeką świecącymi ropuchami rozmawiały dwa złoto-różowe jednorożce, całe w cętki jak u geparda, tyle ze kolorowe jak tęcza. Na jednym zwierzęciu siedział smok wielkości indyka, a na drugim - różowo-zielono-fioletowy, wszystkożerny królik ze skrzydłami, nogami i ogonem ary czerwonej.

 

— Człowieku, wszystkie dynie z ostatniego sezonu zostały już zjedzone. Ale za to nowe są już prawie gotowe. Rosną w Magicznych Ogrodach. Nad miastem fruwają kabaczki, które mistycznym langustom brachicznym oświetlają pełną dziwnych stworzeń drogę przez dno mulistej rzeki, odstraszając zbrojniko-pijawki i gambuzjo-piranie. Zejdź na niższy poziom, czyli do podziemnych tuneli, albo do Wnętrzoświata, a odnajdziesz tam bardzo cenny skarb, mianowicie więcej radości życia niż masz obecnie. A wtedy zaświecisz tak bardzo jasno, że wiele ludzi i innych istot pomyśli sobie, że pochodzisz z powierzchni kuli słonecznej, tym samym zaskakując ich wszystkich — doradził wielobarwny królik, po czym założył okulary przeciwsłoneczne na oczy.

— Dzięki za podpowiedź! Niezły pomysł, he he! Mam w planach odwiedzenie wielu różnych i zadziwiających krain z tej oraz z innych planet — odpowiedział Podróżnik Międzywymiarowy, który po skończonej rozmowie poszedł do parku rozrywki, gdzie spotkał dziwne osoby i stworzenia, oraz znalazł tajemnicze miejsca i przedmioty.

PARK ROZRYWKI

 

Mężczyzna dotarł do fantazyjnie wyglądającej strefy rozrywki, w międzyczasie przebierając się za klauna, czy też błazna, aby spróbować przez to być śmiesznym, a także po to, żeby poczuć się częścią miejscowego tłumu, jednocześnie zabawnego i rozbawionego. Ludzie, których można tu było znaleźć, mięli po około dwadzieścia pięć do mniej więcej trzydziestu pięciu lat.

 

— Woohoo! Urządźmy w tym bajecznie pięknym miejscu przebojową imprezę, która przejdzie do legendy! Hahahahaha! — powiedział Sowizdrzałek, mijając żywopłot, kolorowe balony imprezowe i wsiadając na jednego z czterech dinozaurów, będących częścią karuzeli o tematyce mezozoicznej, a mianowicie na zielonego Baryonyxa.

— Witam serdecznie w strefie przebojowych przygód! — powiedział tajemniczy głos, jakby znikąd.

— Kto to powiedział? — spytał Podróżnik Międzywymiarowy.

— To ja, imprezowy balon! Jestem tutaj! — odpowiedział głos, którego źródło było od tej pory znane.

— O rety! Ale autor wykręcił zwariowany numer! Po prostu gadający imprezowy balon! Niezły cyrk! Hehehe! — skomentował zabawnie Kosmiczny Rajdowiec, a wtedy na nieboskłon przyfrunęło około sto kolorowych gwiazd i cztery księżyce, spośród których każdy był innej barwy.

 

Kosmiczny Wędrowiec pojeździł na dinozaurze, a potem zeskoczył z niego. Obejrzał zabawny występ klaunów i fantastyczne przedstawienie iluzjonistów, w międzyczasie kosztując waty cukrowej, jak i popcornu. Zaszedł do barwnego, wesoło wyglądającego namiotu cyrkowego, który był zakamuflowanym statkiem kosmicznym istot pozaziemskich. Wewnątrz znalazł kufer jak ze statku pirackiego. Otworzył go, a wtedy z wnętrza przedmiotu wyskoczył zielony ichtiozaur o wielkich świecących oczach, zębach wyglądających jak noże, oraz języku podobnym do takich, jakie mają kameleony. Wystraszył się bardzo, więc uciekł z powrotem na zewnątrz, a wtedy namiot oderwał się od podłoża, szybko poleciał w przestworza i po kilkudziesięciu sekundach zniknął bez śladu.

 

Mężczyzna wszedł do wnętrza jednej z kilku jakby przyczep albo wagonów. Zamiast lamp były tam świeczki. Na ścianach wisiały bukiety egzotycznych, dziwnie pachnących kwiatów. W unikalnym fotelu, za okrągłym stołem, na którym stała kula z magiczno-kosmicznego kryształo-bursztynu, siedziała czarodziejka nie z tej planety, gdzie rzeczywistość ma inny wymiar. Poszukiwacz Przygód podszedł do niej i spytał o swoją przyszłość.

 

— Najważniejsza w życiu jest duchowość, pozytywność oraz świadomość. A życie na tym świecie, to wieczna bitwa, zarówno z otaczającą rzeczywistością, jak i z samym sobą — zabrzmiała odpowiedź.

 

Człowiek wyszedł na zewnątrz, a wówczas zmodyfikowana genetycznie przez kosmiczno-podziemnych czarnoksiężników muchołówka, wyrastająca ze stojącej w kącie doniczki, zaśmiała się. Mężczyzna zmienił swój wygląd z klauna na grasującego po lasach banitę, po czym opuścił wesołe miasteczko i poszedł do parku leśnego, bo dziwności mu się znudziły, ale mimo to dalej go niekiedy spotykały.

PARK LEŚNY

 

Promienie słoneczne przedzierały się przez gęstwiny liści, gałęzi i pnączy. Kosmiczny Rajdowiec przekształcił się w średniowiecznego rycerza. Spacerował po rzadko uczęszczanych dróżkach. Co jakiś czas, ponad licznymi drzewami parkowymi, przefrunęła mewa, papuga, tukan, pterozaur, helikopter albo sterowiec. Człowiek przeszedł obok wielkiego kamienia, na którym widniały dziwne malowidła. Niekiedy napotykał ślimaki, zarówno posiadające piękne muszle, jak i bezmuszlowe, wyglądające zdecydowanie skromniej. Natknął się na wielką, pozłacaną palmę daktylową, która wyrosła z pestki, przyniesionej przez Kosmicznych Starożytnych Wojowników, a pochodzącej z ich galaktyki. Pośród owoców tej rośliny, skrywało się gniazdo zmutowanych, międzywymiarowych szerszeni, przebranych za antycznych legionistów rzymskich. Nagle, na zewnątrz wyszły cztery owady. Trzy pofrunęły w głąb lasu, lecz jeden pozostał i zaczął mówić do człowieka.

 

— Pochodzę z planety, której jedna półkula składa się z lądu i wody, a druga z niezwykłego nieboskłonu, zamieszkiwanego przez zadziwiające stworzenia fruwające, a mieszkające na chmurowych wyspach, znajdujących się w strefie lepszej czasoprzestrzeni. Niedługo przejdziesz do innego świata oraz wymiaru, a wtedy spotkasz istoty, potrafiące podróżować w czasie — oznajmił szerszeń, który następnie przemienił się w złotą stonkę i w takiej formie przeteleportował się do dziwacznej krainy owadów, Inssielandii.

— Ha ha ha! Ale przebojowe zjawiska i zdarzenia! Ten las złapał klimat! — skomentował Sowizdrzałek.

 

Niezły Artysta powędrował dalej. Minął pancernika, na którego grzbiecie drzemkę ucinała sobie iguana. Wędrowiec zaszedł za wielki dziwny świecący kamień, który miał kształt piramidy stojącej na sześcianie, a będący magicznym obeliskiem. Wtedy spostrzegł, że znajdował się na szczycie wzgórza, a po drugiej stronie zaczynała się już strefa wpływów innych stref klimatycznych. Nad jego głową przefrunęły dwa pelikany i trzy flamingi. Zszedł niżej, a wtedy znalazł się na nizinie lub płaskowyżu. Zamiast lasu, rósł tam słoneczny lasostep.

 

Człowiek natknął się na osadę kamiennych domów. Niektóre miały zaokrąglone ściany, a inne posiadały piękne dziedzińce z kwitnącymi ogrodami oraz stawami i basenami. W pobliże kwiatów chętnie przylatywały ćmy oraz chrząszcze. Mężczyzna zauważył spacerujące i rozmawiające między sobą zegary ścienne, radiomagnetofony, kamery, mikrofony, wysokie lampy salonowe, komputery osobiste, telefony stacjonarne, talerze satelitarne oraz staromodne telewizory. Przedmioty miały ręce i nogi, a nawet oczy, uszy oraz usta. Zauważyły go, a wtedy podeszły i nawiązały łączność.

 

— Czy to jest sen? — spytał z ciekawości wędrowiec.

— Trudno odpowiedzieć — odpowiedziały sprzęty.

— Tak się zapytałem z ciekawości, bo zjawiska i zdarzenia, dziejące się podczas moich najnowszych przygód, to przypominają jakiś dziwny sen — wytłumaczył mężczyzna, po czym poszedł w stronę rzeki, płynącej wśród pobliskich łąk, a następnie oddalił się od przedmiotów, które wkrótce zaczęły rozmawiać, śpiewać, nucić, gwizdać i śmiać się między sobą, a w międzyczasie pobiegły, skoczyły z rozpędu wysoko, by następnie pofrunąć ponad najwyższe lasy, góry i miasta kontynentu oraz zniknąć pośród tańczących wokół własnej osi chmur.

RZEKA POŚRÓD ŁĄK

 

Pośród rozległych łąk, pastwisk i niewielkich sadów, przepływała płytka rzeka o czystej, przejrzystej wodzie. Na niewielkich wzgórzach, porośniętych niską roślinnością polną, szerszenie założyły piękne oraz wspaniałe miasto, wyglądające jak połączenie Beverly Hills i Hollywood lat dwutysięcznych, mocno zmieszane ze starożytną, renesansową i neoklasyczną Europą. Owady chodziły, biegały oraz fruwały w strojach antycznych rzymskich legionistów, a na obrzeżach swojej miejscowości, uprawiały miniaturowe warzywa, owoce i zboża.

 

Człowiek znów zmienił swój wygląd, na jaskiniowca uzbrojonego w maczugę. Jedne zwierzęta i rośliny śmiały się z niego, a inne się go bały. Na polu namiotowym, leżącym niedaleko stąd, swój tymczasowy biwak właśnie urządzali kowboje. Grali na gitarach oraz banjo, tańczyli i śpiewali, lecz także wędkowali oraz uprawiali rolnictwo i zbieractwo. Jeśli coś w osadzie się zepsuło, to szybko naprawiali, aby znów sprawnie działało, i wszystkich użytkowników satysfakcjonowało.

 

W niektórych miejscach u wybrzeży rzeki znajdowały się niewielkie plaże. Czasami zdarzało się, że na piaskowym przybrzeżnym dnie wypoczywały ślizy, lub niewielkie sumy. Wśród wodorostów często pływały cierniki, kijanki, iglicznie, pławikoniki, mieczyki albo gambuzje.

 

Jaskiniowiec przekształcił się w kowboja i podszedł do ogniska, wokół którego panowała wesoła, muzykalna, beztroska i wolnościowa atmosfera. Zaśpiewał on kilka piosenek wraz z pozostałymi kowbojami, a także zagrał na gitarze, którą uprzednio niespodziewanie wyciągnął zza swoich pleców, jakby z tajnego, niewidzialnego schowka. Opowiedział i posłuchał dziwnych oraz strasznych opowieści o nawiedzających lasy, łąki, sady, miejscowości, dzielnice, parki i ogrody tajemniczych istotach z dalekiego kosmosu, co obrabowują różne budynki oraz pomieszczenia i okradają ludzi. Czasami dezintegrują przeróżne istoty żywe, przedmioty, a nawet całe budowle. Potem przeszedł jeszcze bliżej brzegu rzeki. Człowiek, zwiedzający niezwykły świat i przebierający się za różne postacie, schował instrument muzyczny, a wyciągnął wędkę. Próbował złapać jakąkolwiek rybę, ale nie udało mu się to. Wyłowił tylko kilka niejadalnych, i w ogóle bezużytecznych odpadów. Schował wędkę. Poszedł w okolicę pobliskich kamiennych kręgów, otoczonych drzewami i konarami, zamieszkiwanymi przez bezkręgowce, płazy, gady oraz gryzonie.

 

— Hej, mister autor! Dlaczego nie ma dwudziestowiecznych celebrytów i celebrytek? — spytał mężczyzna, patrząc w niebo.

— Bo muszę zostawić coś na kolejne opowiadania. No a poza tym, przecież to ty jesteś gwiazdorem tego utworu — odpowiedział tajemniczy gość, wyglądający jak starożytny cesarz rzymski, leżący na otoczonej przegrzebkami, skrzydelnikami i rozgwiazdami chmurze, niczym na wygodnym leżaku, i popijający ze złotego kielicha nieźle zmieszany napój mleczno-owocowy.

 

Kowboj przeistoczył się w plażowicza, a wtedy udał się w kierunku kompleksu sportowego, znajdującego się dwieście kilkadziesiąt metrów dalej.

KOMPLEKS SPORTOWO-REKREACYJNY

 

Gdy człowiek zjawił się na miejscu, to w jego pobliżu przebiegło czterech biegaczy i cztery biegaczki. Każda z osób, pędzących przed siebie, ku chwalebnej przyszłości, miała po około trzydzieści lat. Nad ich głowami przefrunął złoty orzeł inspiracji, oświecenia oraz przeznaczenia, pochodzący z dalekich, intensywnie świecących gwiazd, ale niekiedy odwiedzający różne planety, aby oświecać ich mieszkańców i mieszkanki, w celu windowania ich na wyższy poziom świadomości, pozytywności i egzystencji.

 

Przez okolicę przejechał niewielki, zabawnie wyglądający samochód towarowy, przekształcony w jeżdżący sklepik z lodami. Na dokładkę, wydobywała się z niego wesoła muzyka. Na kortach, czworo dwudziestoośmioletnich ludzi grało rekreacyjnie w tenisa ziemnego. Pięć osób, mających po dwadzieścia siedem do trzydziestu siedmiu lat, na boisku ćwiczyło wrzuty piłki do kosza.

 

Plażowicz oderwał się od podłoża. Pofruwał nad kompleksem sportowo-rekreacyjnym, a także nad dużym parkiem leśnym, znajdującym się tuż obok. Przez park przeszły cztery brachiozaury i pięć kamarazaurów. Złoty orzeł inspiracji, oświecenia oraz przeznaczenia wylądował na szczycie wieży widokowej, a tymczasem plażowicz - na dosyć rozległym trawniku, otaczającym basen kąpielowy.

DZIWNE I MAGICZNE ZDARZENIA NA BASENIE KĄPIELOWYM

 

Z radiomagnetofonu, nazywającego się MAG-MAGNET-FON, jak i z głośników wiszących na ścianach tajemniczego, płaskiego budynku, rozbrzmiewała plażowo-dyskotekowo-taneczno-piknikowa muzyka, przenikająca gąszcz jaźni i zakamarki myśli. Około pięćdziesiąt osób kąpało się w basenie, a mniej więcej drugie tyle - leżało na słonecznym trawniku, lub siedziało przy drewnianych stołach piknikowych. Wszyscy mieli po dwadzieścia pięć do trzydziestu ośmiu lat.

 

We wspomnianym wcześniej budynku światło słoneczne, prześwitujące przez poziomo spłaszczone, ale długie okna, padało na płytki basen z chłodną wodą. Siedziały w nim człekokształtne ichtiozaury z równoległej rzeczywistości. Dzięki posiadanym umiejętnościom i technologiom z dalekiej przyszłości, postawiły sobie namiot z wody. Na powierzchni unosiły się trzy wielkie, złote liście, na których wypoczywały czatkobatrachy, przywołane do lat 2011-2013 przez tajemnicze dwunożne, wyprostowane istoty o ogromnych głowach i wielkich oczach, skrywające się pośród liści i gałęzi figowców, rosnących w parkach, ogrodach, sadach i lasach.

 

Na brzeg dużego basenu, znajdującego się na dworze, wylazły cztery dwumetrowe dimetrodony. Nad zbiornikiem wodnym przefrunęły cztery pory, siedem stonek, dwa ślimaki i jeden kurczak, trzymający w swoich łapkach dynię. Tymczasem plażowicz wskoczył na dach budynku, skąd zauważył siedem różowych skrzydlatych mamutów, powoli oraz bezszelestnie przeskakujących z domu na dom, podobnie jak motyle przeskakują z kwiatka na kwiatek. Słońce puściło do niego przez przezroczystą lunetę cztery oczka, a każde było innego koloru, rozmiaru i kształtu.

 

Mężczyzna zeskoczył na trawnik. Podbiegł do brzegu basenu, a wówczas obok człowieka biegły dwa albo trzy zielone kompsognaty. Następnie stworki rozpłynęły się w powietrzu, a plażowicz położył się tak, że twarz miał zwróconą ku niebu, a jego łydki i stopy znajdowały się pod wodą. Wówczas cztery zażywające kąpieli dimetrodony wyszły ze zbiornika, stanęły na dwie nogi, pobiegły nad pobliską rzekę, przepłynęły na drugi brzeg, dostały skrzydeł jak pterozaury, a wtedy odleciały i zniknęły za horyzontem, wyznaczonym przez magiczny, mistyczny las na wzgórzu. Po niebie przefrunęło stadko rozgwiazd, ślimaków, małży i krabów, ulepionych z żółto-pomarańczowo-różowo-fioletowych chmur, z których leciała muzyka taneczna, popularna i dyskotekowa z lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku.

 

Jedna z rozgwiazd była złota. Przeobraziła się w talerz satelitarny, który obniżył swój pułap, a wtedy wsiąknął w plażowicza, który następnie przemienił się w starożytnego greckiego hoplitę. Jeden z kilku sunących powoli przez niebo obłoków przybrał kształt akropolu ateńskiego, a drugi - teatru greckiego. Na jednym z drzew urosła krowa. Zeskoczyła ona z gałęzi na trawnik. Wojownik wyszedł z basenu i wszedł na grzbiet zwierzęcia, które następnie dostało łabędzich skrzydeł oraz rozpędziło się, a wtedy uniosło się w powietrzu, gdzie dosięgnęło do chmur. Wiozące człowieka stworzenie zeszło po niewidzialnym łagodnym wzgórzu na zawiłe dróżki lasu i zniknęło, zostawiając mężczyznę sam na sam z serią tajemnic i zagadek.

LAS PEŁNY DZIWNYCH MIEJSC

 

Hoplita poszedł do mistycznego, często trochę mglistego, lasu. Ostrożnie po nim wędrował. Słyszał dziwne, dźwięczne odgłosy. Spojrzał w niebo. Nad jego głową przefrunęły cztery talerze satelitarne oraz dwie kamery ze studia filmowego. Zwrócił swój wzrok na wielkie drzewo, z którego wystawał przycisk. Podszedł i nacisnął go, a wtedy okazało się, że wewnątrz potężnej rośliny była ukryta tajemnicza jaskinia. Wyskoczyła z niej dwuogonowa wiewiórka o trojgu oczu. Wbiegła na jeden z wielu wielkich liści, leżących na ziemi. Pofrunęła na nim do dziupli wiszącej w powietrzu, między lasem a ogrodami.

 

Człowiek zatańczył, a wtedy niedaleko od niego zakręciły się też różne żywioły. Podszedł do gigantycznej skały, pomalowanej w zastanawiające obrazy. Dotknął jej, a wówczas doznał wizji przeznaczenia. Widział stalowe stwory, wędrujące tu i ówdzie. Dwa poszły na wzgórze porośnięte lasem. Jeden był żółty, a drugi zielony. Szukały sensu istnienia. Zeszły na dół i rozpłynęły się w gęstej mgle. Wtedy skończyła się wizja. Mężczyzna poszedł dalej. Natknął się na trzy tajemnicze, świecące kule, powoli fruwające nisko nad poziomem gleby, a każda z nich miała inny kolor. Podszedł bliżej, a wtedy okazały się one być tylko owadami, mianowicie świetlikami.

 

Po niebie przemknęła gigantyczna, świecąca i grająca tarcza w kształcie talerza. W tym samym czasie, hoplita przeobraził się w wymarłego kelenkena. Żywego niczym w erze miocenu, ale intrygująco człekokształtnego, bo zmutowanego genetycznie przez tajemniczych gości z kosmosu, doskonale ukrywających się przed istotami ziemskimi. Ten okaz miał na głowie pionowy, czerwono-pomarańczowo-żółto-beżowo-zielony grzebień z piór. Oprócz tego, posiadał też wielkie oraz silne skrzydła, umożliwiające fruwanie, i dodatkowo zaopatrzone w chwytne palce, zakończone szponami.

 

Kelenken biegał po lesie, pośród drzew liściastych i iglastych, a także palm i bananowców. Przeganiał gallimimy, kompsognaty, emu i indyki, które go irytowały, bo przestrzeń życiową mu odebrać próbowały. Potrafiły zmieniać kolory. Były wirtualne, stworzone przez zwariowanych naukowców w tajnych laboratoriach. Kiedy udało mu się wygnać je jakimś cudem z parku, to stwór przemienił się w uranozaura, a w międzyczasie słuchał śpiewu pięciu kanarków, siedzących na zabytkowym, luksusowym murze, ułożonym z brązowo-czerwono-różowo-pomarańczowo-żółto-beżowych cegieł.

 

W murze tym znajdowało się półkoliste okno, prowadzące do innego świata. Jednego razu, odyniec włożył do niego swoją głowę, i odtąd był skrzydlatym czterorożcem. Innym razem, przefrunął przez nie brązowy szerszeń, który następnie stał się zielono-beżowo-żółto-pomarańczowym motylem, a wtedy pofrunął do bardzo pięknego, wesołego i szczęśliwego miasta, leżącego na łagodnych wzgórzach, między morzem a rzeką, oraz składającego się z otoczonych ogrodami willi, wyglądających jak zamki z baśni fantasy.

 

Uranozaur uniósł się w powietrzu na wysokość stu dwudziestu pięciu metrów. Nadleciał jacht, ulepiony z żółto-pomarańczowo-różowo-fioletowych chmur, a wtedy dinozaur wylądował na jego pokładzie, po czym przekształcił się w mitycznego, starożytnego herosa. Statek pofrunął na plażę, po drodze przelatując nad miastem, jeziorem, rzekami, łąkami, pastwiskami, lasami, i nad Słonecznymi Sadami, pełnymi figowców, oliwek, winorośli oraz daktyli.

LĄDOWANIE NA PLAŻY, KOROWÓD MAGICZNYCH ZDARZEŃ, LUKSUSOWY DOM I JACHT

 

Magiczny pojazd pływająco-fruwający, uformowany z obłoków, delikatnie wylądował na beżowym piasku o zachodzie słońca. Z obiektu zeskoczył nie tylko heros, lecz także rozgwiazda, małż, krab i mewa, które się wzięły nie wiadomo skąd. Człowiek został, zwierzęta rozeszły się w różne strony, a dziwny pojazd rozpłynął się w powietrzu. Heros zmienił się w plażowicza.

 

— A teraz zagram i zaśpiewam piosenkę o starych, dobrych, zapomnianych światach oraz czasach, które wracają po końcach tych światów, które stają się zbyt mocno opanowane i zniszczone przez złych ludzi, aby po swoich skończeniach mogły funkcjonować najnormalniej od setek tysięcy lat, już bez złych ludzi! — obwieścił mężczyzna, a wtedy zza pobliskiego, wielkiego pnia wyciągnął wielobarwną gitarę i zagrał na niej, śpiewając przy tym.

 

Z radości, spowodowanej usłyszeniem optymistycznych, krzepiących wieści, aż wzgórza na horyzoncie, wraz z każdą rosnącą na nich rośliną, zatańczyły wesoło. Gdy piosenka się skończyła, człowiek za pomocą dziwacznego, futurystycznego urządzenia zminiaturyzował instrument muzyczny, a następnie schował go do kieszeni w swych spodenkach, po czym poszedł na spacer po fantazyjnych wydmach. Wszedł w głąb subtropikalnego lasu mieszanego, a wtedy wesołe, rosnące pod ogromnymi iglakami szyszki wzbiły się w powietrze i zatańczyły radośnie w kręgu, świecąc przy tym, migając i wydając zabawne dźwięki. Przez usypaną z piasku leśną dróżkę przeszły w podskokach, zadowolone z życia, fikcyjne zwierzęta, wyrzeźbione z różnych drzew.

 

Z gałęzi na gałąź przeskakiwały wiewiórki, węże, koty i jaszczurki. Niektóre z nich umiały fruwać, więc na niebie, tuż pod samymi chmurami, wykonały zadziwiające piruety oraz akrobacje. A uśmiechnięte i zdumione słońce, widząc to, pięciokrotnie obróciło się w kółko. Kreśliło ósemki, a promienie falowały na niebie, trochę podobnie jak wodorosty przy płytkich brzegach mórz, rzek, jezior oraz oceanów.

 

Zastanawiające, srebrzyste talerze kosmiczne przebrnęły nad plażowymi lasostepami, odbijając światło słoneczne, przez co świeciły tak jasno, jak gdyby były gwiazdami, a te właśnie niebawem znalazły się także na tle nieba, aby dodać tu jeszcze więcej ozdoby. Były koloru pomarańczowego, złotego, srebrnego, a także zielonego, różowego, fioletowego, brązowego i beżowego. Tymczasem na gałęziach wypoczywało mnóstwo przeróżnych owadów. A pośród źdźbeł wysokich, przybrzeżnych traw skrywały się także żaby i ropuchy.

 

Plażowicz wspiął się na szczyt kopca, usypanego z piasku. Spojrzał w niebo, a wtedy ujrzał ruchome obrazy, formowane z chmur przez roześmiane słońce, uśmiechnięty księżyc i gwiazdy, tańczące niczym ryby w rzece. Człowiek, pełny podziwu, obejrzał podniebny spektakl, po czym zszedł na płaską powierzchnię. Czekały tam na niego cztery kraby, które następnie zaprowadziły go do strefy, w której graniczyły ze sobą: wietrzne, słoneczne wybrzeża lądów i niezwykły, podwodny świat. A na miejscu przywitały go lądowe ośmiornice, kalmary, małże oraz ślimaki, mające kończyny kroczne i pochodzące z dalekiego kosmosu, lecz właśnie zwiedzające tę planetę. Mężczyzna wbiegł radośnie i beztrosko do wody na taką głębokość, że był zamoczony po pępek. Postanowił sobie trochę popływać.

 

Spotkał pelikana, mewę, rybitwę oraz łabędzia. Tymczasem flamingi, tukany, ibisy i papugi mogły co najwyżej obserwować wszystko z plaży, ewentualnie mogły jednak pofruwać nad przybrzeżnymi strefami falującej, przejrzystej wody. Mogły także pospacerować po pobliskim drewnianym pomoście, gdzie lubiły często wypoczywać wspomniane wcześniej mewy, rybitwy oraz pelikany.

 

Kiedy plażowicz minął siedem płaszczek, pięć płastug, sześć ryb latających i czterech surferów, to wrócił na stały ląd, po którym w tym samym czasie przemknął fioletowy tygrys, zielony gepard oraz trzy różowe emu. Wśród lasostepów wyrosły kilkudziesięciometrowe muchomory, między którymi fruwały skrzydlice, mureny, tuńczyki, delfiny i żarłacze. Wysoko w obłokach, tajemnicze istoty międzywymiarowe zbudowały luksusowe miasto w starożytnym stylu, pełne łuków i kolumn.

 

Człowiek biegł wzdłuż plaży, a przez jego ciało przepływały pozytywne dreszcze euforii. Nieboskłon zdobiły latawce, paralotnie oraz motolotnie. Za dziwną, złocistą chmurą skrywał się krystalicznie barwny, błyszczący i świecący, niezidentyfikowany obiekt latający, który od samego początku wszystko obserwował, a na końcu okazał się on być zakamuflowanym, przebranym okiem autora, dążącego do tego, aby historia wypadła jak najbardziej pozytywnie, odmieniając los świata na chociaż trochę bardziej pomyślny, a także aby próbować pocieszać tym utworem ludzi i poprawiać im humor, wyobraźnię oraz nastrój.

 

Spacerując wzdłuż pogranicza plaży i przybrzeżnej roślinności, wiatroodpornej oraz lubiącej promienie słoneczne, podróżujący mężczyzna natknął się na otoczony kwitnącym żywopłotem, murem i jeszcze jednym żywopłotem, dom w stylu nawiązującym do starożytnego Rzymu albo Grecji. Budynek posiadał ogród, kosz do koszykówki, tarasy, ogródek zimowy, staw, łuki, kolumny, ławkę-huśtawkę ogrodową, fontannę oraz dwa baseny: jeden w środku, a drugi na zewnątrz. W ogrodzie mieszkały: ślimaki, owady, kosarze, żaby, ropuchy, traszki oraz jaszczurki. Nad pobliskim lasostepem krążyły motyle, ważki, ćmy, chrabąszcze oraz papugi.

 

Plażowicz zwiedził klimatyczne pomieszczenia, które bardzo mocno i pozytywnie zainspirowały go do pisania opowiadań, malowania obrazów i komponowania piosenek. Po oglądaniu krzeseł, kanap, tarasów, fontann, kolumn, murali, fresków oraz drzew, czemu towarzyszyły duże ilości zachwytu, wrócił na plażę. Minął karawanę krabów pustelników i cztery przegrzebki, śpiewające bardzo zabawną wyliczankę. Wszedł na drewniany pomost. Podziwiając ekscytujące, zapierające dech widoki, dotarł na sam koniec molo. A na miejscu, czekał już na niego duży, luksusowy jacht motorowy, na którego pokład ten od razu chętnie wskoczył, oraz z wielką przyjemnością się rozgościł.

 

Na pokładzie czekało na niego trzech kolegów i cztery koleżanki. Każde z nich, tak samo jak on było Podróżnikiem Czasoprzestrzennym oraz miało po około trzydzieści dwa lata. Najnowszego z członków galaktycznej załogi, reszta przywitała z bardzo wielkim entuzjazmem. Następnie, podczas pięknego, relaksującego, nostalgicznego zachodu złocisto-pomarańczowego słońca na tle żółto-różowo-fioletowo-niebieskiego nieba, statek odpłynął w stronę otwartego morza, za horyzont, aby któregoś dnia, gdzieś na końcu świata, odnaleźć kolejny brakujący kontynent albo wyspę na mapie, pełnej nieskończonych imprez, podróży oraz przygód.

KONIEC.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania