O tym, jak bawiłem się w hau-haua (z cyklu: Cztery łatwe utwory dla dzieci i młodzieży do lat czternastu)

– Babciu, babciu! – wykrzykiwałem od progu, wbiegając do domu prosto z lekcji. – A babcia wie? Za niedługo przyjdzie tu mój kolega i będziemy się razem u nas bawili. Prawda, że możemy? Babciu, proszę, proszę!

W tym samym czasie w radyjku obok dało się słyszeć aksamitny głos spikerki:

– Stan wody w dorzeczu Wisły układał się w strefie wody niskiej i średniej. Stan wysoki obserwowano lokalnie na Sanie i Wisłoku.

Babcia się zamyśliła, przygładziła ręką posiwiałe już od dawna włosy i rzekła:

– No pewnie. Tylko uważajcie. Grzecznie i bez bałaganiarstwa, proszę.

– Hurra! – zawołałem, nie kryjąc radości.

– Stan wody w dorzeczu Odry – znów dało się słyszeć ten sam przyjemny głosik spikerki – układał się głównie w strefie wody niskiej i średniej.

– Ale teraz już, dziabcia, do nauki! Naprzód obowiązki, a potem przyjemności. – Babcia potrafiła być słodka nawet wtedy, kiedy mowa była o pracy i różnorakich szkolnych powinnościach, a poza tym kochała mnie nad życie.

– Sytuacja baryczna z godziny… – kontynuowała tymczasem radiowa pani. – Bałtyk znajduje się pod wpływem stacjonarnego niżu z ośrodkiem nad wschodnią Łotwą.

– Się wie, babciu, się wie – odparłem i już miałem prysnąć, lecz nagle zatrzymało mnie rutynowe pytanie, powtarzane niemal każdego dnia:

– A co dzisiaj dawali wam na obiadek w szkółce?

– Oj, babciu, nie pamiętam. Chyba coś dobrego. Jakieś pierożki, jakieś naleśniki, no coś takiego bezmięsnego w każdym razie…

– Ale jadłeś w ogóle obiadek?

– Nie pamiętam – odparłem zgodnie z prawdą, gdyż nie miałem serca do tak przyziemnych spraw, jak picie czy jedzenie chleba naszego powszedniego, a poza tym prawie nigdy nie byłem jakoś bardzo głodny; w tym czasie pogodynka kończyła swe wypociny:

– Klin wyżowy nad Skandynawią utrzymuje się.

I zaraz też goniłem z plecakiem do pokoju, gdzie czekał już na mnie ulubiony radiomagnetofon kasetowy firmy Grundig, zwany Kasprzakiem. I byłem szczęśliwy jak nie wiem co.

Rusycystka, pani Ala, ta sama, która czasem podczas zajęć wspominała nam o „Wilku i Zającu” oraz sobace Łajce, nieszczęsnym psim kosmonaucie, powtarzała z naciskiem, że prace domowe należy rozpoczynać od tych najtrudniejszych, na sam koniec zaś pozostawiać najprostsze i najprzyjemniejsze. Nie wiem, ile było w jej słowach prawdy, bo robiłem dokładnie odwrotnie, licząc na pewien trik, na szczególny efekt psychologiczny. Polegał on na tym, że po dziesięciu początkowych minutach nauki, z ośmiu, dziewięciu zadań do wykonanie pozostawały już tylko dwa, góra trzy, co mi bardzo, ale to bardzo odpowiadało. I tak już nie myślałem więcej o tej straszliwej, potwornej ilości, a jedynie skupiałem się na dwóch ostatnich pracach. Tylko dwóch! I to był właśnie mój mały magiczny sposobik, ta zmniejszona ilość. Ha, prawda, że sprytne?

I kiedy rozparłem się na złożonej wersalce w najbardziej nasłonecznionym pokoju poniemieckiej chałupiny, a książki i zeszyty wyjąłem z plecaka i poukładałem starannie na stole, natychmiast popłynęły dźwięki wesołej „Lambady”, którą co chwila przewijałem na początek i którą co chwila w kółko puszczałem, i tak aż do znudzenia. Bo kochałem muzykę od zawsze i od zawsze uwielbiałem być szczęśliwy, a ta „Lambada” czyniła mnie zwyczajnie lepszym i weselszym.

A najbardziej to mi się podobała solóweczka saksofonu, znajdująca się w połowie, w drugiej albo trzeciej minucie. I wyobrażałem sobie, ilekroć leciała, że to ja ją tak pięknie pykam, a tłum młodych ślicznych dziewczyn bije mi brawo i do mnie wzdycha. I myślałem, że jak będę duży i dorosły, to też będę siedział w takim właśnie kwartecie lub kwintecie i tak samo jak ten kwartet albo kwintet będę sobie rżnął: „u pa, u pa, bumc tarara” za pieniądze i dla samej sławy. Ech, ta słoneczna „Lambada”!

A najbardziej interesujący był pewien fakt dotyczący „Lambady”, o którym gadano w szkole gminnej, że jak człowiek włoży sobie zastrugany ołóweczek głęboko w cztery litery i zacznie nim kreślić ósemki w powietrzu, to od razu pojmie, w jaki sposób wykonuje się latynoamerykańskie pląsy. Nie mam pojęcia, czy to prawda, co mówili ludzie? Nigdy tej sztuki nie próbowałem, ale wiem, że przy gorącym południowym rytmie wszelkie szlaczki i inne typowo szkolne zadania kaligraficzne udawały się nad wyraz wspaniale, co też i z zapałem pilnego ucznia z czerwonym paskiem niejednokrotnie wykorzystywałem, a wykorzystywałem na przykład choćby teraz, mając coś tam do przepisania, zaznaczenia, zakreślenia na jutro. A wobec powyższego uważałem i uważam nadal, że ci wszyscy strasznie poważni panowie ministrowie, którzy chętnie pokazują swe zaokrąglone pyski w telewizji państwowej narodowej powinni koniecznie wpisać „Lambadę” na listę pomocy dydaktycznych w imię dobrze pojętej edukacji.

Według mnie tylko fragment „Poloneza A-dur” Fryderyka Chopina, emitowany jako przerywnik radiowy, mógłby równać się z „Lambadą” pod względem wyrazistości i potęgi brzmienia. Uwielbiałem ten charakterystyczny jingiel i – co dziwne – nie kojarzyłem go wcale z fortepianem ani z żadnym konkretnym instrumentem. Brzmiał tak strasznie jingielowato. No to tyle o muzyce przy nauce!

Na samiuśki koniec popołudnia odrobiłem jeszcze dwa matematyczne zadania, które mi pozostały na deser, niczym te lody przyniesione w banieczce na mleko, śmietankowe albo waniliowe. Aha, i przez chwilę rzępoliłem na skrzypeczkach, głównie etiudy i Kreislery. Następnie poleciałem z powrotem do kuchni i zameldowałem:

– Babciu, babciu, skończyłem. Czy teraz wolno mi się bawić?

I właśnie w tej sekundzie, jak na zawołanie, w progu pojawił się umorusany czymś i wymizerowany sześciolatek. Babcia chciała się z nim ładnie oraz kulturalnie przywitać i zapewne też czekała na jakiś gest z jego strony, ale przypomniała sobie, że Tomuś zaczął rozmawiać strasznie, strasznie późno, i że właściwie do tej pory jeszcze miewa problemy z mową: ojczystą, ludzką, jakąkolwiek. To, że w ogóle nauczył się komunikować było poniekąd, a może przede wszystkim zasługą mojej rodziny, w tym również najukochańszej na świecie i najsłodszej staruszki.

– Tomusiu, zjesz może pierniczka? Albo trochę szarlotki?

I Tomuś nic nie mówiąc zjadł, a raczej połknął bez gryzienia i popijania to, co dała mu babcia. Kobieta złapała się za głowę i odwróciła na pięcie, nie chcąc najwidoczniej oglądać, jak malec się dławi, krztusi, dusi. A on oblizał się starym swym zwyczajem, poklepał po brzuszku i już był gotów do wszelkich szaleństw i hulanek.

Poszliśmy do dużego pokoju. Zapowiadało się ciekawie. Ostatnio wymyśliliśmy sobie, że będziemy szczeniakami i że – podobnie jak małe włochate kumple – wszędzie będziemy chadzali na czworakach, radośnie porykując, skomląc żałośnie albo też groźnie na kogoś ujadając. Ostatnio tak właśnie się bawiliśmy i też w hau-haua, ale to było co innego. Bawiliśmy się wtenczas w Tomaszkowym domku, gdzie na podłodze leżała sterta porozrzucanych ubrań, dziurawych, niewypranych, zawilgoconych i śmierdzących, a na stołach, łóżkach, szafkach oraz kredensach i tak nie było nigdy za czysto. Moje rodzinne gniazdko, z jego schludnym wyposażeniem i pedantycznie wysprzątanym wnętrzem, nie stanowiło zbyt dobrego poligonu dla dziecięcych czy wręcz zwierzęcych igraszek. Niemniej cieszyłem się niezmiernie z obecności młodszego kamrata i w imię cudownej beztroski gotów byłem do wszelakich poświęceń, a nawet małego przemeblowania.

Zaczęliśmy od tego, co zwykle, od ustawienia krzeseł na ogromnym stole i przykrycia całego tego kramu kocem. Jako wiejskie chłopaki, zwinne jak baletnice, mogliśmy się wślizgnąć dosłownie w każdą mysią dziurę: czy to szczelinę między szafą a ścianą, czy to pustą szparę za ciągiem donic i kotar. Nie musieliśmy się nawet jakoś bardzo starać ani przemeblowywać wnętrza, gdyż wystarczyło po prostu schylić się, przykucnąć, skoczyć na cztery łapy – że tak powiem. Aha, no i jeszcze nie wolno było absolutnie nic a nic gadać, gdyż dźwięki mowy ludzkiej były w hau-hale zakazane. Pozostawały więc jęki, skomlenia, poszczekiwania, powarkiwania, mlaskanie, sapanie oraz oczywiście chrapanie.

Bo pewnie mało kto wie, ale czworonogi potrafią też czasem chrapać, kiedy są zmęczone i mocno, mocno śpią. Ale to nie było dla nas nic nowego. Jedyne, czego nie wiedzieliśmy to to, czy psiaki, podobnie jak ludzie, potrafią puszczać bączki. Przepraszam, że o tym wspominam, ale naprawdę mieliśmy z tym kłopot. I nawet pani Kasia z sąsiedztwa, właścicielka trzech kotów i iluś tam Pikusiów i Czarusiów, nie była w stanie nam tego wyjaśnić na sto procent. Twierdziła – czemu nie mogliśmy dać wiary ot, tak na słowo honoru – że psie bączyska zdarzają się co prawda bezgłośne, ale za to z całą pewnością wyczuwalne i cholernie, ale to cholernie smrodliwe.

A więc rozpoczęliśmy naszą zabawę. Z początku ja sunąłem krok za krokiem i łapa za łapą za Tomkiem. A potem się zmieniliśmy… no i on człapał pochylony z podniesionymi nosem oraz głową za moim zadkiem. I kiedy nagle zatrzymałem się znienacka, to on tym nosem zarył mi prosto w tyłek, jako że nie zdołał w porę zareagować i się zatrzymać.

A w pobliżu okna stało rozstrojone pianino i przy tym pianinie znajdował się słoik wypełniony wodą. Była to woda do podlewania babcinych kwiatostanów. Tomuś zaczął ją pić łapczywie niczym pan Heniu, miejscowy pijaczek, wiecznie na kacu. No to mówię do niego:

– Ej no, co robisz, bum-cyku? – Bo myśmy tak śmiesznie i głupkowato na siebie wołali, że hej.

A on nic, tylko pochłeptuje. Pił tę wodę naprawdę, wcale nie udawał. Później z kolei była moja kolej, więc i ja się skusiłem. I od razu zawołałem: „słoikowym wodom niewiadomego pochodzenia mówimy stanowcze: a fe”.

A raz to pies w Tomaszkowym ciele skryty stanął nagle dęba. I ja stanąłem nagle dęba. Zatrzymałem się i spojrzałem porozumiewawczo na kamrata, który był najlepszym przyjacielem wszystkich ludzi, całej ludzkiej rasy. A chociaż był najlepszym przyjacielem człowieka i innych domowych zwierząt, tych większych i mniejszych, to jednak za pająkami za bardzo nie przepadał, zwłaszcza jeśli były to cieszące się złą sławą krzyżaki. Bo chodziły po Racławicach Śląskich słuchy, że jeśli w księżycową piękną noc albo jasny od słońca dzień ukąsi cię taki, to zginiesz, zginiesz marnie, boś słaby i mały; jeśli natomiast rozgnieciesz go, to sprowadzisz na całą wieś burzę i deszcz straszliwy, potop i Apokalipsę. W takim oto dramatycznym momencie najlepszą rzeczą jaką można było zrobić, to wziąć… nie, nie nogi za pas… wziąć się po prostu w karby, unieść prawą łapę i obryzgać wstrętne pajęczysko zabójczo śmierdzącym moczem, oczywiście tak na niby, co też i Tomaszek niezwłocznie uczynił. A ja pomyślałem sobie, że Polakom nigdy po drodze nie było z żadnymi Krzyżakami ani innymi jadowitymi stworzeniami, mieszkańcami tej samej planety.

Z zadowoleniem zajrzałem teraz kumplowi prosto w oczy i już miałem go pochwalić, gdy nagle spostrzegłem, że jego zwierciadło duszy ma psie oblicze. I potem ze zdziwieniem zauważyłem jeszcze, że wyrósł mu ogon, ale taki prawdziwy, nie jakiś sztuczny, doczepiany, a na całym ciele pojawiła się sierść zwierzęca, gęsta i kędzierzawa. I oto wcale już nie bawiłem się z kolegą z Ogrodowej, lecz z prawdziwym, najprawdziwszym na świecie kundlem.

I tak oto niesamowicie płynął czas, a myśmy szybowali na jego złotych skrzydłach, bo to był właśnie złoty czas: peweksowski, jeszcze nie zużyty, pacholęcy. A co chwila przystawaliśmy i co chwila odpryskiwaliśmy się jak jakieś Buraski. I powarkiwaliśmy, i poszczekiwaliśmy wesolutko, tak jak czynią to wiejskie Ciapki, Czarusie, Sandrusie, Kajtki, Bogusie, Misie...

A najfajniejsze, jak raz udało nam się wdrapać na ciąg krzeseł, przykrytych kocem i poukładanych na blacie stołu jakby na wzór jakiejś starożytnej kolumnady. Boże, ileż tam było przeróżnych zakamarków i ileż to człowiek musiał się natrudzić, aby zaliczyć cały ten tor przeszkód. A ileż było przy tym frajdy i radosnego poszczekiwania. Szkoda tylko, że nie mogliśmy wspólnie merdać ogonkami, to znaczy Tomeczek mógł, ale ja niestety nie miałem czym tego robić.

Tego dnia bawiliśmy się tak doskonale, że nawet nie zauważyliśmy, kiedy minął kwadrans, potem drugi, a następnie trzecie. I po godzinie Tomeczek stał się na powrót człowiekiem, a do pokoju weszła babcia. Weszła i złapała się za posiwiałą głowę i kazała nam wszystko, cały ten bajzel sprzątać. No a potem jeszcze, na sam koniec, dała Tomusiowi kawałeczek ciasta na odchodne. Pomyślałby kto, że to w nagrodę za zrobienie całego tego bałaganu. I prosiła, błagała wręcz, by nie spieszył się z konsumpcją smakołyku.

– A nie zapomnij nas kiedyś odwiedzić. A uważaj, żebyś się nie zadławił. Powolutku, Tomaszku, zostaw sobie coś na drogę. 

Myślę, że nie chciałaby mieć malca na sumieniu, gdyby ciasto poszło mu nie do tej, co trzeba dziurki. Na koniec złapała się jeszcze za głowę i odwróciła na pięcie, nie mogąc oglądać łakomczucha w akcji. On natomiast, tęgo pokrzepiony, oblizał się i poklepał po brzuszku. I już go nie było, już do domu wracał, do swoich. Psia mać!

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (9)

  • maciekzolnowski 3 miesiące temu
    No tak. Ale tu już było. Powtórka z rozrywki, jednym słowem. Dodaję, bo trochę poprawiałem i bawiłem się w kosmetyczkę-polonistkę. Dla tych, co kochają wspomnienia i piękne lata 80-te.
  • piliery 3 miesiące temu
    Fajna. lekka opowiastka z dobrą narracją. :)
  • Tjeri 3 miesiące temu
    Kiedyś czytałam, co nie przeszkodziło mi przeczytać raz jeszcze – z przyjemnością i nutką nostalgicznego smutku.
    Świetne:
    "I tak oto niesamowicie płynął czas, a myśmy szybowali na jego złotych skrzydłach, bo to był właśnie złoty czas: peweksowski, jeszcze nie zużyty, pacholęcy."
  • Trzy Cztery 3 miesiące temu
    Pamiętam to opowiadanie. Ponownie jestem pod wrażeniem. Czytałam z przyjemnością, chociaż nie jest aż takie pogodne, na jakie wygląda. Nie podane na tacy fakty z życia Tomeczka i tak pojawiają się w przeczuciach czytelniczych. Przywołują różne powiedzenia dotyczące smutnego dzieciństwa małego kolegi. "Pieskie życie", "pogoda pod psem". Jednak jestem pewna na 100%, że spotkania z Tobą i Twoją babcią, w tym domu, w którym grało radio i pachniało ciastem, nie poszły "psu na budę".
  • maciekzolnowski 3 miesiące temu
    Dzięki, Aniu; dawno Ciebie nie czytałem, dawno nie widziałem, a raczej słuchałem, jest mi więc tym bardziej miło. Mam nadzieję, że u Ciebie w porząsiu. Boże, jak ten czas leci! Niedawno była wiosna, a tu już prawie połowa lata; można więc napisać, że "kołem niehamowanym lotny czas uchodzi; był przodek, jesteś ty, potomek się rodzi". Dzieci to nie dotyczy, i to jest bez porównania, im Chronos nie gra na nerwach, tak jak nam.
    Cieszę się, Piliery, żeś na TAK. Pozdrawiam serdecznie!
  • maciekzolnowski 3 miesiące temu
    Dzięki, Trzy Cztery. Swoją drogą ciekawa ksywka, coś a la "Osiem Cztery" i przez nią właśnie Mirosław Nahacz mi się przypomniał (świętej pamięci). Prawdziwego Tomeczka z nami, żywymi już nie ma, prawdziwy Tomeczek nie miał pewno łatwego dzieciństwa, choć dni pogodnych w Racławii nikomu nie brakowało. Pozostały kolorowe wspomnienia, ot co!
  • Bożena Joanna 3 miesiące temu
    Lubię opowieści z dzieciństwa pisane przez facetów. Nie brakowało Wam fantazji. Moją ulubioną lekturą do lat piętnastu były książki z "Klubu Siedmiu Przygód" z niesamowitymi przygodami. Sympatyczna postać babci wyrozumiałej na wybryki wnuka i przyjaciela. Szkoda, że nie ma już Tomka.

    Serdecznie pozdrawiam!
  • maciekzolnowski 3 miesiące temu
    Dzięki! A tak, znamy i lubimy "Klub Siedmiu Przygód". Stare, ale jare. Jest taki kanał na YT "Tata Czyta", kapitalny, moim zdaniem. Nie wiem, czy przypadkiem nie prezentował tam tata "Klubu"? Jeśli nie, to warto mu owo dziełko podpowiedzieć. Nie samym "Panem Samochodzikiem" człowiek żyje, choć i Nienacki nie jest zły. Pozdrawiam! :)
  • fanthomas 2 miesiące temu
    Ps. Zajrzyj na maila

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania