Odcięty palec pewnego pijaka
– Jestem wam bardzo wdzięczy za to, że postanowiliście mnie pochować.
– To ty umiesz mówić? Ale numer! Ja nie mogę!
– Potrafię nieźle nawijać, prawie jak raper, a także przewidywać przyszłość. Posłuchajcie...
***
Długa przerwa trwa w najlepsze. Stoimy na przystanku autobusowym nieopodal podstawówki i raczymy się watą cukrową. Prócz mnie, Piotrek Janik i Paweł Harasymowicz. Trójeczka trójkowych. Słoneczko i nic nie robienie. To wciąga, ach, wciąga. Ale to nie mogło trwać wiecznie. Trzeba było czymś zająć umysły. No i się znalazło. Wdzięczy temacik. Rozpoczął Janik:
– A wiecie, że drzwi obcięły szalonemu Zenkowi palec u ręki?
– Chyba się porzygam – syknąłem.
– To była po trosze wina kierowcy autobusu, po trosze samego Zenka. Pijaczysko! Taki sam jak twój stary, Pablo. I teraz ten palec się wala po czarnych zaułkach naszej budy. Serio! Już nawet zaczął lekko zielenieć, znaczy się gnić.
– E, gadasz od rzeczy – zajęczał Harasymowicz. – Taki palec to się przyszywa. Zresztą komu by się go chciało brać do szkoły. Jeszcze można by się było czymś zarazić, jakimś syfilisem czy czymś takim.
Piotrek i Paweł na ogół we wszystkim się zgadzali, choć wyglądali bardzo, bardzo różnie. Harasymowicz był mały i rudy, a Janik – duży, gruby i miał tylko trzy palce u jednej ręki. Zgadzali się, rozumieli i wszędzie ze sobą chodzili, jakby stanowili jakąś zakochaną parę. Tym razem jednak sprawa odciętego palca ich poróżniła.
– Gadasz od rzeczy, bredzisz jednym słowem – kontynuował rudzielec.
– Jak mi nie wierzysz, to sobie sprawdź, konusie.
Nie wtrącałem się, choć swoje zdanie w sprawie miałem.
***
Salę gimnastyczną racławickiej podstawówki wypełniał zapach kurzu, potu oraz trampek. Siedziała nas tam trójka i się przebierała. Już nie pamiętam, czy się ubieraliśmy przed wuefem w stroje sportowe czy rozbieraliśmy. Dyskutowaliśmy o odciętym palcu, którym w siebie rzucaliśmy i który – uwaga – obwąchiwaliśmy. No dobra, kto obwąchiwał to obwąchiwał. Ja niczego takiego nie robiłem. Od durnot byli inni.
– Ała, ała! – wrzeszczał Harasymowicz, bo dostał palcem w łeb (dostał z palca?).
Jego najlepszy kumpel, Piotrek Janik, droczył się zarówno z nim, jak i ze mną.
– Kto chce paluszki? Umm. Palce lizać – drwił Janik, podsuwając (tymi swoimi trzema palcami) przedmiot zabawy Pawłowi pod sam nos; mnie również chciał podsunąć, ale zrobiłem unik; w końcu jednak grubasek się znudził i cisnął kciukiem gdzieś w kąt.
***
Siostra Ludmiła była korpulentną dziewczyną, no, kiedyś była... Dziewczyną była dawno temu... nim przywdziała habit i się zestarzała, i to bardzo. Miała swoje lata. Mógłbym w sumie inaczej zacząć, mógłbym napisać tak: Siostra Ludmiła o mięsie pulchnym i białym, które drżało przy byle ruchu, nie cierpiała, gdy ministrant, chcący zaznaczyć w specjalnym zeszycie swoją obecność na mszy, podrabiał jej podpis. Wykrzykiwała wtedy na całą zakrystię groźby groźnie brzmiące:
– Nie wolno, Macieju... – mówiła (akurat tak się dzisiaj składa, że) do mnie. – Nie wolno podrabiać czyjegoś podpisu, bo jest to, proszę ja ciebie, nielegalne. Mogę pójść i zgłosić to, proszę ja ciebie, na milicję – tak prawiła, ale nigdy nie szła; umiało się przy pomocy różnych różnistych tematów odwrócić jej uwagę od spraw karnych; tak było i tym razem, kiedy to przemawiał Adaś, a przemawiał tak:
– Proszę siostry, zdarzył się potworny wypadek, wie siostra? Jednemu takiemu pijakowi kierowca obciął przez przypadek palec u ręki, gdy zamykał drzwi swojego wehikułu – perorował ósmoklasista.
– Fuj, ohyda! – skomentowała zakonnica. – Nie mogę, proszę ja ciebie, tego słuchać. O, matko kochana, jestem taka obrzydliwa!
Cofnęła się, a jej białe mięso zafalowało. Zabrakło tylko macek. Powiało Lovecraftem.
– Siostro, siostro! – wołał najmłodszy z nas, niejaki Przemuś, o ptasim nazwisku Wronka (to, że ptasim, to akurat widać gołym okiem, więc...). – Co powinniśmy z tym palcem zrobić? Zakopać? Zalać spirytusem i zachować ości dla potomności? Oddać temu moczymordzie, bo to jego zguba?
– To część ludzkiego, proszę ja ciebie, ciała, a ciału należy się szacunek. Ludzi chowa się przecież na cmentarzu, a więc na ziemi świętej, a to z uwagi na szacunek właśnie. Powinniście go czym prędzej zakopać. Takie jest moje zdanie, zdanie siostry Ludmiły – podsumowała. – No, a teraz daj mi, Macieju drogi, swój kajet. Podpiszę się, bo, jak widać, jesteś, a raczej będziesz obecny na naszej mszy. No już! Myk, myk! Dawaj, proszę ja ciebie, ten zasrany zeszyt! – Wróć! „Zasrany” nie powiedziała.
***
– Jestem wam bardzo wdzięczy za to, że postanowiliście mnie pochować – powiedział odcięty palec pewnego pijaka.
– To ty umiesz mówić? – zapytał pełniący obowiązki księdza Adaś. – Ale numer! No ja nie mogę!
– Potrafię nieźle nawijać, jak raper prawie, a także przewidywać przyszłość. Dam wam próbkę swoich wróżbiarskich możliwości. Patrzcie tylko. Zacznę od ciebie, Adaśko. Jak dorośniesz, zostaniesz księdzem, ale takim prawdziwym, z koloratką i wianuszkiem wielbicielek przykościelnych, wyświęconym przez biskupa z bentleyem. I co? Zatkało kakao? Zadowolony?
Adaś nic nie odpowiedział, ale widać było błysk w jego rozmarzonych oczach, które zdawały się mówić: „mów do mnie jeszcze, jeszcze, jeszcze”.
– Ty, Maciek – mały odcięty członek pewnego pijaka zwrócił się do mnie – zostaniesz artystą, choć artystą niespełnionym. Będziesz się tułał po obcych krajach i szukał swojego miejsca na ziemi. Dzieciaki w Hiszpanii będą do ciebie przychodziły na lekcje gry na skrzypcach. Będziecie razem cudnie pitolili flamenco. Ole! Ola!
Zadumałem się i zasmuciłem i tak tkwiłem w tym zasmuceniu i zadumaniu jak ta skonfundowana żyrafa; kochałem Polskę i nie bardzo chciałem stąd wyjeżdżać.
– Basia, ty skończysz pedagogikę i urodzisz śliczną dziewczynkę, będziesz samotną matką, taką, jakich pełno na prowincji. Tomek. – Palec spojrzał ze smutkiem na najdziecinniejszego i najmniejszego z naszej ferajny. – Ty wiesz, że wypadki chodzą po ludziach, na przykład wypadki komunikacyjne? Twoja przyszłość wypada blado, oj, blado. Pozwól, że nie będę wdawał się w szczegóły i ciebie martwił. Póki co pamiętaj: carpe diem! Żyj chłopaku! Wyrywaj laski? Pij dobre wino! Baw się póki możesz!
Monolog kciuka w żaden sposób nie wpłynął na tempo marszu konduktu pogrzebowego, z udawanym księdzem (w tym charakterze niezawodny Adaś) i ministrantami-przebierańcami (mną i Tomkiem).
– A nie szkoda się go pozbywać? – pomyślałem na głos. – Nie lepiej udać się z nim do cyrku?
Mieliśmy zamiar pochować tę gadającą część ludzkiego mięsa w pobliżu parafialnego cmentarza w Racławicach zwanych poetycko Racławią. To było dobre miejsce, dobre i odpowiednie. Całe szczęście my, dzieci ulicy Ogrodowej, polne Jaśki i wiejskie Małgośki, mieliśmy niemałe doświadczenie w robieniu podobnych imprez, jako że nigdy nie brakowało we wsi martwych kotów, psów i świnek morskich, z którymi należało zrobić porządek ostateczny. Ludzie się na nas oglądali, stare babki łkały żałośnie, a myśmy szli. I szli. I szli. I śpiewali, jak to na pogrzebie, wiadomo. Ech, super sprawa i super zabawa!
– Jestem wam bardzo wdzięczy. Bardzo, bardzo! Nie ma to jak dobry pogrzeb, dobry i odpowiedni.
– I skromny – dorzucił Wronka o nazwisku ptasim, ale to widać gołym okiem, więc się zamknę.
– I skromny – powtórzył palec.
– Ament – rzekłem „ament”, bo wtedy jeszcze nie wiedziałem, że powinno się mówić „amen”, a wcześniej nikt mnie nie poprawiał, nikt nie instruował.
– Amen – powtórzył nasz nowy przyjaciel-kciuk.
Komentarze (5)
Fajne, znaczy może być bo jest z humorem i teges.
Ja byłem dzieckiem? to na koloniach wykopaliśmy (we dwóch) z piasku nad rzeką ludzki szkielet, czyste kości uwalane rzecznym piaskiem. Potem całą zgrają wracaliśmy na kolonię, każdy dzieciak niósł kawałek znaleziska.
Już na miejscu kości trafiły do foliowego worka, i sobie leżał ten worek? u nas na sali.
Nocą nastał odpowiedni klimat i chłopcy zaczęli rzucać w siebie, i po łóżkach tym worasem. Worek nie był szczelnym i sypał się piasek – do dzisiaj pamiętam jego obecność w mojej jamie ustnej..
Następnego dnia jednego chłopca zabrali rodzice... do domu.
Podobno w czasie l wojny w tym miejscu coś się działo...
cul8r
– Jestem wam bardzo wdzięczny, że postanowiliście mnie pochować.
– To ty umiesz mówić? Ale numer! Ja nie mogę!
– Potrafię nawijać jak raper, a także przewidywać przyszłość. Posłuchajcie...
***
Długa przerwa trwa w najlepsze. Stoimy na przystanku koło podstawówki, ja, Piotrek Janik i Paweł Harasymowicz. Jemy watę cukrową. Słoneczko grzeje, nicnierobienie wciąga. Ale to nie może trwać wiecznie. Janik zaczyna:
– Wiecie, że drzwi obcięły Zenkowi palec?
– Chyba się porzygam – syczę.
– To wina kierowcy i samego Zenka. Pijaczysko, jak twój stary, Pablo. Teraz ten palec wala się po szkole. Już zielenieje, gnije.
– Bredzisz – jęczy Harasymowicz. – Taki palec się przyszywa. Komu by się chciało go nosić? Jeszcze syfilis czy coś.
Piotrek i Paweł zwykle zgadzają się we wszystkim, choć wyglądają inaczej: Harasymowicz mały i rudy, Janik duży, gruby, z trzema palcami u jednej ręki. Chodzą wszędzie razem, jak para. Ale palec ich poróżnił.
– Jak nie wierzysz, sprawdź, konusie.
Nie wtrącam się, choć mam swoje zdanie.
***
W sali gimnastycznej racławickiej podstawówki pachnie kurzem, potem i trampkami. Siedzimy we trójkę, przebieramy się na WF. Rzucamy w siebie odciętym palcem, obwąchujemy go. No, oni obwąchują. Ja nie.
– Ała! – wrzeszczy Harasymowicz, trafiony w łeb.
Janik droczy się z nami.
– Kto chce paluszki? Palce lizać – drwi, podsuwając Pawłowi palec pod nos. Mi też chce, ale unikam. W końcu rzuca go w kąt.
***
Siostra Ludmiła, korpulentna zakonnica w podeszłym wieku, nie cierpi, gdy ministrant podrabia jej podpis w zeszycie obecności. Krzyczy wtedy:
– Nie wolno, Macieju! To nielegalne. Mogę zgłosić na milicję.
Ale nigdy nie zgłasza. Łatwo odwrócić jej uwagę. Tym razem Adaś mówi:
– Siostro, zdarzył się wypadek. Kierowca obciął pijakowi palec drzwiami autobusu.
– Fuj, ohyda! – krzywi się zakonnica, jej ciało faluje.
– Co z nim zrobić? – pyta Przemuś Wronka, najmłodszy. – Zakopać? Zalać spirytusem? Oddać właścicielowi?
– To część ciała, zasługuje na szacunek. Ludzi chowa się na cmentarzu. Zakopcie go. A teraz daj zeszyt, Macieju. Podpiszę obecność.
***
– Jestem wam bardzo wdzięczny, że postanowiliście mnie pochować – mówi odcięty palec.
– To ty umiesz mówić? – pyta Adaś, udający księdza.
– Nawijam jak raper i przepowiadam przyszłość. Zacznę od ciebie, Adaśko. Zostaniesz księdzem, z koloratką i wianuszkiem wielbicielek. Zatkało?
Adaś milczy, ale oczy mu błyszczą.
– Ty, Maciek, będziesz artystą niespełnionym. Tułaczem po obcych krajach. W Hiszpanii nauczysz dzieciaki grać na skrzypcach, pitoląc flamenco.
Zadumiam się, smucę. Kocham Polskę, nie chcę wyjeżdżać.
– Basia, pedagogika i samotne macierzyństwo na prowincji. Tomek... – palec patrzy smutno na najmniejszego. – Wypadki chodzą po ludziach. Twoja przyszłość blada. Carpe diem, chłopaku. Żyj, póki możesz.
Monolog nie zwalnia konduktu: Adaś jako ksiądz, ja i Tomek jako ministranci. Idziemy pochować palec koło cmentarza w Racławicach. Mamy doświadczenie – martwe koty, psy, świnki morskie.
Ludzie się gapią, babki łkają. My idziemy, śpiewamy. Super zabawa.
– Jestem wam wdzięczny. Nie ma jak dobry pogrzeb.
– I skromny – dodaje Wronka.
– I skromny – powtarza palec.
– Amen – mówię.
– Amen – powtarza nasz przyjaciel-kciuk.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania