Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Ogień i Cień - To, co zostaje po płomieniu, nie zawsze jest popiołem. (3)

I jak na zawołanie, pojawia się w najlepszym możliwym momencie.

Hunter Monroe w swoim odwiecznym stylu. Kubek kawy, uśmiech cwaniaka i oczy, które widzą wszystko.

Usiadł obok mnie, opierając łokieć o kolano. Luz totalny, cwaniactwo wypisane na twarzy. Widziałem w jego oczach ten błysk – ten, który pojawia się tylko wtedy, gdy w powietrzu wisi coś więcej.

— Graves — rzucił lekko, popijając kawę. — Co tym razem rozpracowujesz?

— McLagen i jej cień. — Wskazałem brodą na oddalającą się parę. — Mówią, że nikt nie ma prawa się do niej zbliżyć.

Hunter uśmiechną się pod nosem, odpalając papierosa. Patrzył mi w oczy z rozbawieniem, jakby każde jego słowo było zabawą.

— To prawda. — Potwierdził z samozadowoleniem.

Moje barki napięły się same, odpaliłem kolejnego papierosa, czując na sobie jego wzrok. — Ale. Jass, oni nie są systemem zamkniętym. To raczej coś, czego nie da się rozdzielić.

Nierozerwalni. Ciekawe... Przekręciłem kolczykiem.

Hunter był sprytny, nigdy nie grał w otwarte karty.

— To był ich numer popisowy? — zapytałem po chwili, nie spuszczając z niego wzroku.

— Który? — Przeciągnął słowo z jawną satysfakcją. — To, że nie kłaniają się przed królem? Czy to, że cię całkiem zignorowali?

Mój wzrok się zawęził. Dłonie zacisnęły. On to uwielbiał – te pierwsze sekundy przed startem. Gdy wszystko wisi w powietrzu, a tylko on wie, kto z kim właściwie gra.

— Stary! — Zaśmiał się nagle. — Ty się chyba pierwszy raz w życiu nie czujesz panem na własnym polu... dziwne uczucie, co?

Chłopaki tylko się nam przypatrywali. To był ich odwieczny plus. Wiedzieli, że z Hunterem gram na innym poziomie.

— Jak go obejść? — rzuciłem tym razem bez filtra. Papieros w dłoni dogasał, a ja nadal nie miałem odpowiedzi. A tego nie znosiłem.

Monroe grał. Tylko po co?

— Chcesz obejść Cerbera? Nie da się — wypuścił te słowa lekko, jakby mówił o pogodzie.

— Chcesz powiedzieć, że niczego się nie boi?

— Nie. I właśnie za to go lubię. — Spojrzał na mnie z uniesioną brwią. — Nie przypomina ci kogoś?

Przejechałem kciukiem po wardze, językiem przekręcając kolczyk. Zrozumiałem aluzję. Jeśli ten cały Callachan jest choć trochę podobny do mnie, to szykuje się niezła zabawa.

A ona... Larissa – może być idealną kartą przetargową.

Hunter w tym wszystkim przyglądał mi się przez chmurę dymu.

— W co ty właściwie grasz, Monroe? — zapytałem. On musiał mieć w tym swój interes.

— Ja? — Zaśmiał się cicho. — Ja tylko siedzę na trybunach i oglądam, jak zaczyna się mecz. — Wzruszył ramionami. — Ty się nie łamiesz, on też nie. Więc zapowiada się dobra rozrywka.

Odpaliłem zapalniczkę, patrząc jak ogień tańczy w dłoni. Świat na chwilę zamilkł.

— Nie boję się pobrudzić rąk. — Nie spuszczałem wzroku z płomienia, czasem z ciszy można wyczytać coś więcej niż w krzyku.

— Wiem. I dlatego będzie to coś wielkiego. Może po wszystkim się nawet zaprzyjaźnicie. — Puścił oczko w moją stronę. — Oczywiście po tym, jak spuścicie z siebie krew i dumę.

Zaśmiałem się gorzko. Jeśli naprawdę w to wierzył, to był większym idiotą niż myślałem.

— A McLagen? — rzuciłem. — Jaką rolę ona w tym wszystkim odgrywa?

Zapalniczka zgasła z cichym kliknięciem.

— Larissa jest jak ogień. — Rozłożył ręce, a na jego twarzy malowało się coś jak uwielbienie. — Każdy chce się ogrzać, nikt sparzyć. Ale ty Jass... ty zawsze lubiłeś igrać z ogniem, nie?

Nie odpowiedziałem. Pewne rzeczy są już przesądzone na starcie. — Chodź, bracie. — Klepnął mnie w ramię. — Spóźnimy się na pierwszy trening, a stary Walker i tak już ledwie trzyma nerwy.

— Może wreszcie cię wyjebie. Dla zdrowia wszystkich — rzuciłem, podnosząc się za nim. Hunter parsknął śmiechem, zarzucając torbę na ramię.

— Trener mnie kocha. Jestem jego ulubioną maskotką.

Ruszyliśmy przez kampus, rytm nadawały uderzenia butów o chodnik.

Myślałem, że temat się skończył. Zapomniałem, że Monroe nigdy nie odpuszczał.

— Wiesz... — zaczął znów tym swoim tonem, jakby mówił od niechcenia, ale celował między żebra. — Staniesz mu na drodze, on się nie cofnie ona też nie. To będzie ciekawe, ktoś w końcu ci nie ulegnie.

— Ty chcesz, żebyśmy się pozabijali? — Parsknąłem.

— Nie. — Pokręcił głową z uśmiecham. — Chcę, żebyście się rozpoznali... Dlatego wkręciłem ich na dzisiejszą imprezę.

Weszliśmy do hali sportowej. Dźwięk piłki odbijał się od parkietu, echo skrzypiących butów. Boisko to jedyne miejsce, gdzie wszystko miało sens.

— Wpisałeś ich na listę bez pytania? — Zauważyłem dopiero po chwili, rzucając torbę obok Huntera.

— Do wieczoru masz jeszcze sporo czasu, żeby ich wykreślić.

Spojrzałem na niego z ukosa, zrzucając bluzę. — Ale obaj wiemy, że tego nie zrobisz.

— Niby dlaczego? — rzuciłem obojętnie. Wciągnąłem koszulkę. Napiąłem barki, przetarłem twarz. Czekałem na jego odpowiedź.

— Bo czekasz na tę konfrontację. — odpowiedział, łapiąc za piłkę.

Miał rację. Potrzebowałem tego – adrenaliny, rywala, który się nie cofnie. I może...już niedługo go poznam.

— Graves, Monroe! Ruszcie dupy — głos trenera niósł się echem. — Nowy rok, nowa karta. Ale nie łudźcie się – kto się zjaram ten odpada.

To było to. Tutaj nie działały układu ani nazwiska. Nikt nie sądził cię tylko dlatego, że byłeś synem senatora Gravesa. Albo miałeś to coś, albo wracałeś na ławkę.

To było miejsce, gdzie można oddychać – czyste, surowe, prawdziwe. Przestrzeń, gdzie czyściła się głowa, ciało, intencje.

Hunter prowokował – rzuty z dystansu, błyski, sztuczki.

Ja grałem blisko – kontakt, walka, tłumienie ruchu przeciwnika ciałem. Zatykałem im płuca, zanim zdążyli pomyśleć.

Trener warknął coś pod nosem coś o ostrożności, zasadach. Mało istotne.

Na parkiecie obowiązywało tylko jedno prawo – utrzyma się silniejszy.

Ostatnia akcja. Hunter przebił się pod kosz, minął dwóch. Byłem na drugim skrzydle. Dostałem piłkę. Trzy sekundy do końca. Nie rzuciłem, wszedłem pod kosz z impetem – barkiem w mostek przeciwnika. Zderzenie. Piłka wpadła do kosza. Tamten upadł. Trener nie gwizdnął, tylko pokręcił głową.

Oddychałem ciężko, pot ściekał po karku, koszulka kleiła się do pleców. W powietrzu unosił się zapach rywalizacji. Złapałem ręcznik, przecierając twarz.

W mojej głowie wracał obraz McLagen i Callachan. Rytm ich ciał, spokój – którego nienawidziłem już od początku.

Nie chodziło o nią, niekonkretnie.

To sprawdzian terenu. Zrozumieć jego. Zobaczyć, gdzie się kończy jego kontrola.

Bo ja... ja już czułem, że w tej historii będzie tylko jeden, który się cofnie.

I nie zamierzałem, być tym pierwszym.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania