Opowieści z Verdis: Kanały Nithrium
— Smok?! — krzyknął Pomocnik, a echo słów poniosło się w głąb kanałów. Konie zastrzygły uszami, drepcząc w miejscu i parskając nerwowo.
— Nie wygłupiaj się — warknął Gratner, ale wyciągnął pistolet z kabury. Zabobony. Żaden stwór nie porywa zagubionych. Co innego Opozycja. — Wykonaj skan przestrzeni, potem pokaż hologram mapy.
Po chwili zastanowienia wymienił broń na coś cichszego. Mini-działko ogłuszające, które położył na łęku siodła. Wymagało co prawda dwóch dłoni do oddania strzału, ale za to nie wydawało dźwięku. Bezpieczniejszy wybór.
Czekali.
Pomocnik pociągał przez zatkany nos, postukując momentami w ekran terminala naręcznego. Gratner zaś wypatrywał zagrożenia w ciemnościach. Źródło światła pomagało koniom się nie potykać o każdą wystającą rurę, ale jednocześnie oślepiało na większe odległości.
— Mam — chrząknął w końcu Pomocnik i rzucił między nich powiększony hologram mapy. — Jesteśmy tutaj. Skan…
— Nie trzęś!
— Przepraszam. Nie wykryłem nic poza szczurami. Jaka decyzja?
— Skan wygląda identycznie jak poprzedni — westchnął Gratner. — Ruszamy, co oni nam każą badać.
Kątem oka dostrzegł ruch powietrza, glitch. Przywidzenie? Możliwe, byli w drodze od kilku godzin. Umówili się, że nie zrobią przerwy, dopóki nie wejdą do większej komnaty. A na trasie, którą przyszło im zbadać, takich komnat jeszcze nie napotkali. Zwykle były rozstawione co paręset metrów.
Wyprostował się na końskim grzbiecie, górując nad podejrzanym kawałkiem przestrzeni. Zacisnął ręce na uchwycie działka, aż słyszał trzeszczenie skórzanych rękawic.
— I-idziemy? — zająknął się Pomocnik. Podążał wzrokiem od Gratnera do miejsca, w które ten się wpatrywał i z powrotem. — Coś się stało?
— Nie. Znaczy nie wiem. Masz działko?
— Ta-ak?
— Wyciągaj. Widziałem coś. Strzelę, przejmiesz celowanie, jak moje będzie się przeładowywać.
— Nie musicie — rozszedł się kobiecy głos, z miejsca, w które celował Gratner. — Możecie odłożyć broń, jesteście otoczeni.
— Pokaż się — pisnął Gratner i natychmiast odchrząknął, patrząc ze zmarszczonymi brwiami na Pomocnika. — Pokaż się — powtórzył spokojnym, wyćwiczonym głosem.
— Uwaga, nie strzelaj, jak się pojawię. Jak mówiłam, jesteście otoczeni. Jasne?
— Jasne — odparł Gratner, nogą wskazując Pomocnikowi sakwę, aby ten nadal próbował wyciągnąć działko.
Przestrzeń przed nimi zafalowała. Znikąd zmaterializowała się twarz młodej kobiety z zadartym nosem i piegami na policzkach. Do twarzy dołączyły wkrótce krótkie włosy, szyja i… nic poza tym. Stali naprzeciw lewitującej głowy. Na ścianie owalny cień zawisł między graffiti a rurami odpływowymi.
Gratner siedział sztywno, nie spuszczając głowy dziewczyny z celownika, nawet pomimo poruszającego się pod nim konia. Nie pokaże drugi raz słabości.
Skrzeknięcie wyrwało go ze skupienia. Wisząca przy siodle drugiego konia dłoń złapała przedramię Pomocnika. Skóra współtowarzysza zwiadu poczerwieniała pod naciskiem palców napastnika.
— Mówiłam, nie róbcie nic głupiego — zaśmiała się lewitująca głowa, wyglądając dzięki temu znacznie młodziej. Powietrze pod nią zawirowało i ukazała się reszta ciała w długim, ciemnym płaszczu z heksagonów.
— Skąd macie technologię maskującą? Kim jesteście? — zapytał Gratner, starając się nadać tonowi protekcjonalne brzmienie.
Odłożył broń na siodło i się rozluźnił. Nie wiedział, z iloma osobami ma do czynienia, a na Pomocnika nie mógł liczyć. Zresztą, byli zwiadowcami, nie płacili im za walkę z Opozycją, czy tam kimkolwiek ci ludzie byli. Musiał wysłać sygnał pomocy. Najnaturalniej jak potrafił, złapał się ręką za lewy biceps i przesunął dłoń w stronę terminala naręcznego.
— Zagłuszyliśmy sygnał. Nic stąd nie wyjdzie — oznajmił kolejny głos, męski, niedaleko, z prawej strony. Zapewne poza zasięgiem kopnięcia.
— Tylko chciałem się podrapać. — Gratner ostentacyjnie jeździł palcami po przedramieniu wokół terminala. Wyświetlacz się aktywował, ale faktycznie wskazywał brak zasięgu. — No, to jak to działa? Czego chcecie? Czemu nas śledzicie i jakim cudem nie było was na skanach?
— To my tu będziemy zadawać pytania — zaśmiała się kobieta. — Naprawdę jesteś aroganckim sukinkotem. Wystaw ręce.
Kajdanki pojawiły się znikąd. Gratner niechętnie spełnił polecenie i natychmiast poczuł zimny metal dotykający skóry.
Pomocnik, któremu też założono więzienną biżuterię, zeskoczył z konia. Był spokojny. Nawet bardzo. Gratner widywał go wcześniej, jak podskakiwał na dźwięk pisku szczura. A teraz ten sam mężczyzna stał wyprostowany i przyglądał się kobiecie z nieprzeniknioną miną.
— Dobrze, ruszamy — zakomenderowała dowódczyni Opozycjonistów.
Powietrze dookoła Gratnera glitchowało od niewidzialnych peleryn. Technologia nie była najlepsza. Odbijała po prostu światło w odpowiedni sposób, przez co, aby poprawnie maskowała, trzeba było pozostawać w bezruchu. Tandeta. Tylko skąd mieli jej aż tyle? Niestety, to też najwidoczniej wystarczyło, aby ich podejść.
Warknął cicho, popchnięty przez niewidzialną siłę i zaczął podróż w głąb kanałów Nithrium.
***
Szli dobre pół godziny, bez źródła światła, dzięki czemu oczy Gratnera przywykły do półmroku. Było jaśniej, niż się spodziewał. Zawsze używał dodatkowego światła dla koni, ale okazało się, że wierzchowce świetnie sobie radzą, nie mając tego przywileju.
Jak stąd wyjdzie, skończy z latarkami.
Na szczęście ekipa z Opozycji przestała się maskować. Sześcioro na dwoje nie było idealne, zwłaszcza z takim partnerem, ale nie było to też niemożliwe. Trzeba przetestować czujność, przygotować pole walki.
Potknął się i oparł o bok konia. Żaden ze strażników nie zwrócił na to uwagi. Dobrze. Amatorzy. Drugi raz udał, że traci równowagę i wsunął dłonie do juków. Miał tam małą kuleczkę z wiązką lasera. Powinna przeciąć kajdanki. Tylko gdzie ona…
— Zostaw to! — huknął jeden z Opozycjonistów, szarpiąc go za ramię i popychając na ścianę. — Z dala od koni, już!
Gratner zwrócił na siebie uwagę reszty. Zerkali na niego, obserwując każdy ruch.
Znowu trzeba odczekać, uśpić czujność i dopiero zaatakować.
Przez kolejne dziesięć minut przyglądał się przeciwnikom. Największy niósł działko. On pierwszy musi być wyeliminowany. Potem szybki strzał w tego po lewej i proporcja zmieni się na czterech do dwóch. Nie tak źle.
Stopniowo Opozycjoniści się rozluźnili. Nadal zerkali podejrzliwie, ale pojawiały się szepty i ziewnięcia.
— Na mój znak — szepnął Gratner pod nosem, zbliżywszy się do Pomocnika. — Osłaniaj tyły. Ja zdejmę ich po kolei. Potem na koń i spadamy.
Spojrzał na Pomocnika, ale ten ani drgnął, stawiając krok za krokiem i patrząc na stopy. Wyglądał, jakby pogrążył się w szoku lub zadumie. Niech go Mars wessie.
— Słyszysz? Działamy, nie wiadomo, ile czasu zostało.
Pomocnik przekręcił głowę na bok i powoli skinął. Unikał kontaktu wzrokowego.
Gratner gwizdnął sygnał stop dla koni i włożył obie ręce do juków, gorączkowo macając przedmioty w środku. Gdzie to?
Opozycjonista bezpośrednio za nim wpadł na zad zwierzęcia i odbił się, upadając na splot rur, nad którym przechodzili. Dowódczyni i reszta szajki obrócili się w stronę zamieszania, ale jeszcze nie wydawali się rozumieć.
Tutaj! Metalowa kulka z małym otworem. Tuż obok konserwy. Przystawił narzędzie do kajdanek. Niewielki przycisk i wiązka lasera przebiła się przez torbę. Ale najpierw uwolniła mu ręce.
— Pomocniku! — krzyknął, rzucając kulkę.
Obrócił się gotów do walki. Nie usłyszał metalu upadającego na beton, dobry znak. Musiał ufać, że Pomocnik otrząśnie się z letargu.
Skoczył w stronę dryblasa, trzymając puszkę z konserwą wyrwaną z juków.
Metal spotkał twarz przeciwnika. Chlupot i syk przełamały ciszę. Mięsna konserwa spłynęła Gratnerowi po ręce, gdy mężczyzna przed nim osunął się na posadzkę z oczami wywróconymi do góry. Jeden.
Złapał działko z bezwładnych rąk. Ślizgało się, w ostatniej chwili przytrzymał uchwyt. Reszta Opozycjonistów sięgała już po swoje bronie.
Odbezpieczył i wypalił, nie celując. Nie miał czasu. Nóż oponenta uderzył o beton i odbił się kilkukrotnie z brzękiem, po czym zniknął w stosie nieczystości, a sam mężczyzna złapał się za głowę i wyjąc z bólu, opadł na kolana. Wyeliminowany na parę minut. Następny.
— Przepraszam. — Usłyszał za plecami głos Pomocnika.
Gratner odwrócił się gwałtownie. W jego kierunku leciała pięść. Nie zdążył zrobić uniku, poczuł smak krwi w ustach, zanim znajomy ból rozlał się po twarzy. Zatoczył się i oparł o koński bok.
Nawet nie było tak źle, kajdanki Pomocnika blokowały pełen zamach.
Łzy w oczach nie pozwoliły Gratnerowi dostrzec drugiego ciosu, prosto w skroń.
To zabolało, pomyślał, zanim osunął się nieprzytomny na posadzkę.
***
— Po co zostaliście, słyszeliście nas! — syknął znajomy Gratnerowi głos.
— Spodziewaliśmy się drugiej grupy, nie was! Czemu nie odwróciłeś uwagi? — szepnął rozgorączkowany, kobiecy ton.
— Odwracałem, sfałszowałem skan! Naraziłaś moją misję! Przecież…
Przestał rozróżniać słowa. Musieli zostać trochę z tyłu.
Jechał przerzucony przez koński grzbiet, głową w dół, zwisając bezwładnie. Rozchylił lekko powieki, ale ujrzał tylko sierść swojego kasztanka.
Jest na koniu, a to znaczy, że mógłby…
Ból głowy uderzył z całą siłą, gdy zwierzę potrząsnęło grzywą, przesuwając go w tył. Dostał w skroń. No tak. Dodatkowo wcinające się w skórę kajdanki na rękach za plecami. Na próbę poruszył palcami i nie był pewien, czy się udało. Zapłacą za to.
— Ciii… Obudził się — warknął jeden z głosów.
— No, Gratner, nieźle się wkopałeś. — Ten głos, Pomocnik?
Przypomniał sobie ostatnie sekundy przed utratą przytomności.
— Ty szczurze! — wrzasnął Gratner, szarpiąc się w siodle. Od razu pożałował nagłego ruchu. Zacisnął szczęki i odczekał chwilę, zanim kontynuował: — Jak mogłeś mnie zdradzić?! Jesteśmy partnerami!
— Partnerami? — mruknął Pomocnik. — Jasne. To jak mam na imię?
Cisza. Gratner nie pamiętał. Dlatego nazywał go Pomocnikiem. A ten nigdy nie zgłosił sprzeciwu.
— Nie wiem. I z tego powodu zdradziłeś? Uciekłeś do kanałów żyć jak pies? Bo nie zapamiętałem imienia dzidzi? — Odchylił się na tyle, na ile pozwalało mu uwięzione i obolałe ciało i splunął pod nogi osoby idącej obok. Nie wiedział, czy to Pomocnik. Nie obchodziło go to.
Zanim znowu zemdlał, zarejestrował stuknięcie metalu, jakby o ciało. Najwidoczniej własne.
***
Ocknął się w ciemności, opierając się plecami o coś kamiennego.
Pomacał nadgarstki. Na dłoniach nie miał kajdanek. Za to połowa twarzy była spuchnięta i obolała. To nic. Jest krok bliżej do ucieczki. Chyba.
Powoli, kamień po kamieniu, zbadał okolice. Pomieszczenie było klitką. Stając na środku, mógł dotknąć każdej ze ścian. Drewniane drzwi, solidne. Nie przebije się, nie z bólem przy każdym ruchu. Ale muszą przynieść jedzenie. Wtedy dowie się więcej.
Z zamyślenia wyrwał go szczęk zamka. Do środka wlała się smuga światła, całkowicie oślepiając Gratnera. Próbował zerwać się z miejsca i rzucić w stronę wyjścia, ale zawroty głowy sprawiły, że przewrócił się twarzą na posadzkę. Zaklął cicho. Pył z podłogi wleciał mu do ust. Zaskakująco, smakował już gorsze rzeczy.
Czyjeś dłonie chwyciły go pod pachy. Wyrywał się. Przynajmniej próbował, ale ciało go zdradziło i zwymiotował pod siebie, prowokując tym nieprzyjemne warknięcia.
Był prowadzony. Bardziej ciągnięty. Dwóch osiłków. Elektryczne pochodnie rozświetlały drogę, ale otwieranie powiek powodowało mdłości. Obserwował, musiał. Opadł bezwładnie, dając się nieść oprawcom. Nie będzie tańczył, jak zagrają. Nogi podskakiwały na nierównej powierzchni.
Światło stało się jaśniejsze. Nieznośnie jasne. Dotarli do gigantycznej komnaty, największej, jaką Gratner kiedykolwiek widział. Stojąc u wejścia, nie dostrzegał przeciwległego krańca, a jedynie rzędy kolumn wspierających sufit.
A na samym środku komnaty stało coś.
Ogromna, prostokątna, niezidentyfikowana machineria, rozmiaru małego osiedla w dzielnicy bogaczy. W oddali migotały sylwetki, uwijające się wokół urządzenia. Do sufitu podłączone były tuby, wychodzące prosto z maszynerii i rozszerzające się ku górze.
— Robi wrażenie, co?
Pomocnik. Nie zapomni tego głosu. Tak jak nie zapomni zdrady.
— Czego chcecie? — zasyczał Gratner, próbując zebrać ślinę w zaschniętych ustach.
Nie uzyskał odpowiedzi. Pomocnik kazał im podążać za sobą, do pokoju ukrytego za ozdobnym łukiem z kamienia. Gratner nie rozpoznawał większości symboli, ale były zbyt uporządkowane. Szyfr. Albo jeden z zapomnianych języków przeszłości.
Będą chcieli informacji. Bo po co trzymaliby go żywego. A on wszystko powie, w zamian za wolność. Tak, to dobry plan. A potem doniesie o machinerii komu trzeba. Może dzięki temu wreszcie pozwolą mu koordynować przeszukiwania, zamiast kazać prowadzić je osobiście. Ile można ryzykować życie.
— Już jest, nasza śpiąca królewna — zaśmiał się Pomocnik, wskazując na krzesło na środku.
Z podłokietników wystawały okowy na ręce, a górna krawędź przechodziła w obręcz na szyję. Gratner szarpnął się w rękach strażników, zbierając w sobie całą energię, jaką jeszcze posiadał. Ciało odmówiło posłuszeństwa. Ponownie opadł wyczerpany, nie mogąc nawet podnieść ręki.
— Będę mówić — wymamrotał, jeżdżąc językiem po spękanych wargach. — Co chcecie wiedzieć.
— Drogi zwiadowco, wiemy wszystko, co mogłeś nam dać — zaręczył Pomocnik. — Ale ty wiesz za dużo. Pora na czyszczenie.
Dwójka ludzi, wyglądających na naukowców, kręciła się przy stołach rozstawionych dookoła krzesła, pisząc coś niewidocznego na terminalach i szepcząc między sobą. Same stoły były zawalone drobnymi narzędziami i księgami. Po prawej, na tacce, leżały noże chirurgiczne.
— Jakie czyszczenie? — zapytał Gratner, próbując stanąć na nogi. Gdyby tylko udało mu się zbliżyć…
— Spokojnie. Wkrótce będzie po wszystkim.
Siłą rzucono go na krzesło i unieruchomiono. Próbował gryźć, pluć. Bezskutecznie. Nawet gdy złapał rękaw strażnika zębami, nie był w stanie go utrzymać. Słyszał tylko westchnienie zdrajcy, Pomocnika.
Na głowę nałożyli mu metalowy kask. Usłyszał za plecami buczenie, jakby ktoś rozpalał piec. Albo ładował akumulator.
Zacisnął ręce na podłokietnikach, gdy uderzyła fala bólu tysiące razy potężniejsza niż niedawne ciosy w głowę. Zemdlał, ale organizm natychmiast się ocknął, dając mu tylko sekundę wytchnienia. A może całe dni? Wrzask, chyba jego. Nie wiedział, kiedy zaczął.
Za plecami przebijał się hałas. Gorączkowe głosy naukowców. Krzyki.
Białe światło.
***
Obudził się na łóżku szpitalnym. Przy boku siedział partner. Jak on miał na imię?
Nie pamiętał.
Wiedział tylko, że miał pomagać. Pomocnik.
— Co… — wycharczał.
— Spokojnie, jestem tutaj. Miałeś wypadek podczas zwiadu. Zarwał się fragment sufitu.
— Zwiadu?
Próbował nabrać śliny na język. Pomacał głowę sztywną dłonią i wyczuł bandaże. Wszystko płynęło, świat wirował. Przymknął powieki i jakby z oddali usłyszał Pomocnika. Głos, który z jakiegoś powodu bardzo go denerwował.
— Kanały Nithrium, pamiętasz?
— Nithrium. Tak… moje miasto…
— Twoje miasto. A zwiad?
— Zwiad… — szepnął, powoli odpływając.
— Gratner! Mów co pamiętasz! — krzyknął Pomocnik.
Otworzył oczy, powoli. Próbował osłonić się przed ostrym światłem, ale uderzył się w czoło. Nie potrafił zapanować nad kończyną. Zarzęził tylko:
— Gratner? Kim jest?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania