Oranżada II
P. wypuścił z ręki kapsel, i wgniótł go końcem buta w ni to ziemię, ni to piasek podwórka. Uwielbiał uczucie zagłębiania się ząbków w glebę. Lekki wiatr próbował przełamać ciężar upału, utykał on jednak w gęstym jak kisiel, wilgotnym powietrzu. Na drugim piętrze ktoś wywieszał pranie. Z okna na parterze słychać było familiadę.
Cień powoli cofał się w głąb podwórka, coraz bliższy oddania ławeczki łakomemu słońcu. Kiedy P. wróci do domu, odgrzeje wystygnięty obiad i rozłoży się na kanapie, będzie już pewnie dochodził wieczór. Natrętna myśl zadzwonienia do żony nie dawała mu spokoju, wybrał więc numer córki (również bez inicjałów), i czekał, kiedy sygnały przepływały mu obok ucha.
…Dziesiąty
…Jedenasty
Nie odebrała. W zeszłym roku wyjechała na studia. Chciał ją zatrzymać przy sobie, lecz w Krakowie nie otworzył się jej wymarzony kierunek. Zawsze zabierał ze sobą klucz do jej pokoju, jeżeli wiedział, że żona kogoś zaprasza. Była to ostatnia świętość w tym mieszkaniu, którą pozwoliłby sobie złamać. Telefon przegrzewał się od upału. P. potrzebował chwili, aby gorący ekran zaczął go parzyć w policzek, i przypomniał o odjęciu telefonu od ucha.
Metalowy kadłub samolotu skrzył się na czystym niebie, rażąc konduktora po oczach. Kiedy P. odruchowo odwracał od niego wzrok, ten zniżał się wprost proporcjonalnie do wykonanego ruchu. Z początku P. miał się poddać i obarczyć winą za wszystko wciąż ciążącego nad nim pecha, gorąca iskra jednak rosła i rosła, upodabniając się do kolejnego słońca na niebie. Ciągnęło ją prosto na niego.
Kiedy P. w pierwszym instynkcie wstał z ławki, mógł się jej bliżej przyjrzeć, lecz to co zobaczył nie miało dla niego żadnego sensu. Z bliska drugie słońce zaczęło bardziej przypominać piorun zamknięty w szklanej kuli, w rodzaju tych, w których pada śnieg, kiedy się nimi potrząśnie. Pojedyncze wiązki prądu wystrzeliwały z niej w każdym kierunku, miotając się jak gniazdo splątanych węży. P. wciąż stał w miejscu. Nie mógł się zmusić do ucieczki, bo w zasadzie cholera wie przed czym miałby uciekać. Kiedy kula zbliżyła się, i już słychać było ciągłe brzęczenie wariującej energii, było za późno na jakikolwiek ruch. Iskra wyhamowała, zatrzymując się metr-dwa przed twarzą konduktora. Mrużąc wciąż oczy, mógł dostrzec, że przed nim faktycznie stał okrągły piorun. Wściekła kula energii wielkości dyni wisząca w powietrzu zdawała się ciemnieć, pozwalając na siebie spojrzeć, lecz jej ciągłe uwijanie się nadal przyprawiało o zawroty głowy.
Wbrew wszystkim instynktom, P. czuł, jakim piekielnym przyciąganiem obdarzono tę iskrę. Nie można powiedzieć, że wbrew jego woli ręka zaczęła ciągnąć ku górze, bowiem niezbyt go to wszystko obchodziło. Obserwował sytuację tak jak można patrzeć na zmieniające się światła drogowe lub padający za oknem deszcz.
Cóż - bywa, życie.
Koniuszki jego palców zetknęły się z powierzchnią kuli, nie przeszedł go jednak najmniejszy dreszcz, nie mówiąc nawet o padnięciu trupem. Kiedy jednak P. spróbował odwieść rękę z powrotem do siebie, poczuł, że jej palce przywarły na dobre do skrzącej powierzchni, jak kiedy w mroźny dzień język skleja się z polizanym metalem. Ani szarpanie, ani chuchanie nie pomagały, mróz tutaj nie grał roli. Kula porwała nieznacznie do góry, a P. najpierw się porządnie wyprostował, po czym całkowicie oderwał nogi od ziemi. Nie czuł w ogóle bólu ani napięcia w palcach, trochę jakby to on sam się wznosił, a nie coś go ciągnęło.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania