Osówka, zmiany planów i PUK-puk... kto tam? - 2/2
"Podsumowując. Jestem sama w obcym miejscu. Późne popołudnie (między 19 a 20), niby lato, ale kiedyś w końcu zacznie robić się ciemno. Jeśli chodzi o miejsce docelowe, wiem tylko, jak się nazywa i że jest w Sierpnicy jakieś pół godziny drogi stąd. A mój telefon, będący zarazem mapą i źródłem informacji oraz narzędziem do zakupu biletów i takich tam kluczowych rzeczy pozwala obecnie jedynie wezwać służby ratunkowe. Znaczy, sto razy bardziej wolę mieć taką możliwość niż nie, ale to nie jest [póki co] sprawa dla służb ratunkowych."
(takie przypomnienie, gdzie skończyliśmy)
*
Zawróciłam do skrzyżowania, przy którym była restauracja i kasy z biletami. Tak jak myślałam, był tam drogowskaz. Ok., Sierpnica w tamtą stronę. Z tego co pamiętałam, jak wyszukiwałam tę trasę wcześniej, to droga była raczej prosta, więc pewnie trafię bez mapy…?
Droga faktycznie była prosta i z pewnością bym się nią cieszyła w innych okolicznościach, zwłaszcza, że popołudniowe słońce malowało wszystko na złoto. Ale miałam nerwy napięte jak postronki i rozglądałam się intensywnie dookoła. Ok., definitywnie jestem w jakiejś miejscowości, w Sierpnicy zapewne. Widzę domy przy drodze i dalej, na zboczach, ale który to ta Wróbliczówka?? I czemu tu nikogo nie ma?? Ta miejscowość wymarła czy co???
WRESZCIE zauważyłam jakąś kobietę podlewającą ogród. Weszłam przez otwartą bramę i pomachałam jej. Pani okazała się bardzo miła, nie dziwiła się, że się zgubiłam (nie powiedziałam jej nawet o telefonie), stwierdziła, że domy budują się tu szybciej niż infrastruktura, nic nie jest oznakowane i potem nie wiadomo, gdzie co jest.
Okazało się, że Wróbliczówkę minęłam już jakiś czas temu i teraz muszę cofnąć się (pod górę) i skręcić w prawo (pod jeszcze większą górę) „i to ten duży, biały dom, widać go stąd”. To prawda, widziałam go i nawet podejrzewałam, że to on.
Gdy tam dotarłam (wreszcie), musiałam stanowić ciekawy widok dla mężczyzny, który mnie powitał. Oprócz już i tak pewnie komicznego efektu „małej dziewczyny z wielkim plecakiem” byłam po tym wszystkim spocona, rozczochrana i prawdopodobnie miałam ciekawy wyraz twarzy.
– Jest pani zmęczona, prawda? – zapytał z rozbawieniem, kiedy wyjaśniłam, kto ja jestem i skąd się wzięłam. (Przez telefon rozmawiałam wcześniej z kobietą, to był najwyraźniej jej mąż.)
Wyjaśniwszy sprawę, poprosiłam go o pożyczenie telefonu i wykręciłam numer do mamy (pamiętam numer do niej i do ojca).
– Halo…?
– Mamo, daj mi brata. Po prostu mi go daj.
(ta, mogłam to zrobić inaczej, biorąc pod uwagę, że właśnie odebrała telefon od nieznanego numeru…)
Wyjaśniłam bratu, gdzie w moim obecnym miejscu zamieszkania – miał drugie klucze – znajdzie kody do telefonu. Poszedł tam, znalazł je, oddzwonił na ten numer i podyktował mi kod PUK, dzięki czemu odblokowałam telefon. Tak go odzyskałam.
Mogłam teraz cieszyć się nieplanowanym pobytem w tym ośrodku. A było czym. Oprócz tego, że sam dom jest śliczny – nie, nikt mi nie płaci za reklamę, po prostu zdaję relację oraz jestem im wdzięczna za uratowanie mi tyłka w więcej niż jednym wymiarze – widok też był piękny. A słońce akurat zachodziło, czym wreszcie mogłam się w pełni cieszyć.
Czułam się dziwnie, jedząc w tej uroczej kuchnio-jadalni „oyakatkę” i zapiekankę z Dino, ale cóż, przyniosłam, to zjadłam.
Cieszyłam się też obecnością ręczników w łazience, bo tego też nie mieli w Dino, heh. Oraz małą biblioteczką, bo nadal byłam bez ładowarki, więc nie chciałam używać bez konieczności swojego odzyskanego telefonu (mimo baterii ponad siedemdziesiąt procent). Spędziłam wieczór, czytając książkę o lokalnej historii oraz „Sztukę leniuchowania” Ulricha Schnabla. Teraz mam na półce własny egzemplarz… choć jeszcze jej nie skończyłam.
Pani Właścicielka Ośrodka (tak, nie znam ich imion…) była w szoku, kiedy powiedziałam, o której rano wychodzę. Wytłumaczyłam, że muszę wyjść tak wcześnie, żeby dojść na dworzec w Bartnicy, skąd mam pociąg. Powiedziała, że musi rano jechać z kotem do weterynarza i może zabrać mnie ze sobą tak, żebym zdążyła na pociąg (co oznacza, że nie musiałam zbierać się aż tak wcześnie).
Więc tak, potrójnie uratowali mi tyłek. No i brat, on też mnie uratował, ale dla niego kupiłam już prezent w Osówce (sprawiłam nam pasujące bransoletki z rzemyków). I mama, która mogła olać połączenie z obcego numeru.
Tamtego dnia miałam iść jeszcze na Błędne Skały, ale biorąc pod uwagę nocowanie poza Kudową-Zdrój, konieczność powrotu (choćby dla tej cholernej ładowarki…) i fakt, że nadal byłam w tych samych ciuchach w których pociłam się cały dzień i w których z konieczności spałam sprawił, że odpuściłam i poszwendałam się jeszcze po Kudowie (na przykład po muzeum minerałów, lubię takie miejsca).
Więc nie wszystko poszło zgodnie z planem, ale na pewno nie żałuję. To była świetna przygoda i przypadkiem odkryłam nowe miejsce. Jeśli wrócę w te okolice (co jest prawdopodobne, bo nie byłam na Błędnych Skałach i jest jeszcze jeden wariant zwiedzania Osówki, który chcę przetestować), to wiem, gdzie się zatrzymam.
Wnioski? Planować z wyprzedzeniem? Nosić zawsze ładowarkę i power bank? Pamiętać PIN i gdzieś go zanotować? Nie. Znaczy też, ale nie przede wszystkim. Przede wszystkim PAMIĘTAJCIE NUMERY DO BLISKICH. Telefon zawsze się jakiś znajdzie, ale to ma być w głowie. Względnie jeszcze zapisane „analogowo” (nie na urządzeniu) gdzieś, gdzie tak łatwo się nie zgubi. ALE PRZEDE WSZYSTKIM W WASZEJ GŁOWIE. Gdzie bym była, gdyby nie to…?
Co wy byście zrobili?
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania