Ostatnie tchnienia spokojnego świata

Mężczyzna, słaniając się na nogach, upadł pod drzewem na wznak. Przeciągnął się trochę, oparł plecy o chropowaty pień. Spojrzał w dal. Nogi odmawiały posłuszeństwa, lecz wzrok miał bystry – nie kręciło się mu w głowie, powieki samowolnie nie opadały. Całkiem niedawno odwiedził karczmę. Napił się, najadł, był pewien, że jeszcze długa droga przed nim, lecz krótki odpoczynek ostatecznie nie odnowił sił. Przebył kilometr, może mniej i o to się znalazł na tym malowniczym wzgórzu pod starym dębem.

Mógłby żałować, że urywa się jego wędrówka, gdyby nie piękny widok rozpościerający się przed jego złotymi oczyma. Stąd dobrze widział całą urodzajną krainę, która otwierała się przed nim, a jej kraniec wyznaczał horyzont ledwie widoczny gdzieś hen daleko. Na wprost od niego rozciągały się kolejne pagórki podobne do tego, na którym właśnie leżał. Lecz nie były już one częścią potężnego, starego lasu, a polami, na których rosły drzewa winogronowe. Słynne winnice Vourenne. Od razu skojarzył ten widok – wielokrotnie go przecież widział na kartach zakonnych ksiąg, a i również nieraz o nim słyszał, gdy któryś z braci magów opowiadał o swoich wyprawach. W winnicach, co naturalne, pracowali ludzie – z perspektywy Laurenta ledwie małe mróweczki krzątające się wśród zieleni. Nieco im teraz zazdrościł – mieli chociaż cel, nie musieli się błąkać, pewnie na wielu czekała jakaś rodzina, a przede wszystkim dom. Nie chciał jednak pogrążać się w żalu za rzeczami utraconymi – gdyby tak miało być, nigdy nie opuściłby klasztornych murów.

Sięgając wzrokiem dalej ujrzał budynki gospodarcze, piaskowe, ledwie widoczne drogi, w końcu wspaniały, mieniący się marmurową bielą pałac – najpewniej własność właściciela tych ziem. Gdzieś tam dalej, zerkając w lewo widział kolejny las. Był on jednak dużo mniejszy, bardziej przyjazny i jaśniejszy niż ten, z którego właśnie wyszedł. Po prawo zaś (aż musiał się trochę podnieść, by dokładnie zobaczyć) widział kolejne drogi, zarysy miasta i jezioro – wielkie, mieniące się żywym błękitem w ten piękny, słoneczny dzień.

Uznał, że już wie dokąd ruszyć. Jego celem byli ludzie, nie natura. Nogi jednak nadal były wiotkie, niezdolne do większego wysiłku, więc przyszło mu jeszcze trochę poleżeć i poczekać.

Zerwał się wiatr. Wysoka trawa otaczająca go zaszumiała wraz z liśćmi wiszącymi nad głową i tymi nieco dalej, na innych drzewach. Poczuł lekkie mrowienie wzdłuż ramion – zupełnie tak, jakby podmuch przespacerował się po jego skórze. Powiew był przyjemny, nienachlany. Zdawało mu się, że to las oddycha, a on osiadł w nozdrzu, skąd słychać tylko świst wydechu. Dobrze mu było w tym miejscu. Czuł się częścią większego organizmu, cichym obserwatorem, który z podziwem obserwuje nieosiągalne piękno.

Wnet z pobliskich kwiatów zerwały się przesiadujące tam od pewnego czasu pszczoły, wzleciały w powietrze, przemknęły mu koło ucha, brzęcząc w rytm wiatru. Na gałęzi nad nim usiadł zaś słowik. Poznał go po głosie, a potem potwierdził swoje przypuszczenie, gdy ptak pikującym lotem udał się w dół doliny.

Zyskiwał siły, obcując z naturą. Jeszcze trochę. Jeszcze parę minut odpoczynku i ruszy.

 

***

 

Wszystko zaczęło się, gdy do klasztoru przybył tajemniczy wędrowiec. Był strudzony, ledwie stał na nogach, więc gdy tylko przekroczył próg mnisi zlitowali się nad nim i ugościli u siebie. Przez trzy dni leżał w pustej celi, pił wodę, posiłków odmawiał. Pytano go wielokrotnie skąd przybył, kim jest, lecz on albo milczał, albo zbywał zakonników, mówiąc, że wszystko im wyjawi, gdy tylko odzyska siły. Uszanowano jego decyzję i nie naciskano już na niego.

W końcu nadszedł dzień, w którym wyszedł z celi o własnych siłach. Poprosił, by wszyscy zebrali się w refektarzu, gdyż ma zamiar wyjawić wszystkie tajemnice, które przyniósł razem z sobą w te zimne, ceglane mury. Przeor nie był do końca przekonany, lecz uznał, że nikt by tu nie zawędrował bez wyraźnego celu, więc dał wiarę w słowa okrytego ciemnym płaszczem wędrowcem.

Niedługo potem stał już przed tłumem ubranych w szare szaty mężczyzn. Spoglądali na niego uważnie – niektórzy z obawą, inni z zaciekawieniem, jeszcze pozostali ze stoicką obojętnością. Laurent, który był wśród nich postrzegał wędrowca jako wybawienie — już wtedy wiedział, że ścieżka maga nie jest dla niego, ale brakowało mu impulsu. Oto więc się zjawił ktoś, kto mógł popchnąć go do działania, obracając cały znany mu świat w pierzynę.

— Bracia! — podniósł głos. — Miautates przepowiada przeze mnie zagładę. Apokalipsę, która dosięgnie wszelką materię tego świata i nie pozostawi niczego takim, jakim było. A będzie miała ona miejsce równa za trzy miesiące od tego dnia w samo południe. Tak rzekł bóg w moim śnie. A dzień ten, jak dobrze rachujecie, uczeni bracia, będzie Dniem Ofiarowania – najświętszym dla naszego cechu. Właśnie wtedy, punkt dwunasta, Miautates zstąpi z niebios i każdemu da nową rolę i nowe znaczenie, a znany nam świat zmiażdży i obróci w popiół, który następnie rozwieje się pośród gwiazd, prosto w nicość. Tak będzie moi drodzy bracia. Wszystko widziałem we śnie, wszystko zostało mi wyjawione przez boskie usta, Nie musicie nieść tej nowiny dalej – jeno na mnie ciąży to brzemię i nikt ze mną iść nie musi, gdyż droga moja będzie kręta i niebezpieczna. Gotujcie się bracia – was, magów obecnych i przyszłych, dosięgnie sprawiedliwość. Każdemu będzie dane to, na co zasłużył za życia. Nie lękajcie się. Dużo jeszcze dni przed nami i wiele czasu, by oddać się naukom na cześć Miautatesa. Bracia – wyruszcie w drogę, nauczajcie innych, żyjcie tak, jak jeszcze nigdy nie żyliście, albowiem dostajecie szansę. Miautates przeze mnie wyciąga do was dłoń i mówi: „Z moim błogosławieństw jako pierwsi porzucicie swój los i zdacie się na swoje serca”. Idźcie bracia w świat, nie porzucajcie mądrości, lecz niech ona was prowadzi, albowiem na końcu, w Dzień Ofiarowania, to wy, drodzy magowie, będziecie tymi, którzy wystąpią przed szereg ludzkości, by jako pierwsi oddać pokłon bogu, który w nieskończonej życzliwości przeobraża świat, by nasz rodzaj i wszelkie inne stworzenie doświadczyło czegoś zupełnie nowego. Bracia – uwierzcie w me słowa, a będziecie błogosławieni.

 

***

 

Laurent wyruszył w drogę, mając przy sobie prowiant na siedem dni, bukłak wody, który miał na mniej więcej tyle samo czasu wystarczyć, garść monet z klasztornych datków, koc, co by się okryć czymś w nocy, nóż oraz księgę – źródło wiedzy i wszystkiego, w co do tej pory wierzył.

Szóstego dnia, przebywszy wiele kilometrów, zdecydował się na pierwszy dłuższy postój. Oto znalazł się w niewielkiej wsi przeciętej królewskim traktem. Głównym i najważniejszym jej punktem była gospoda. Zatrzymywało się w niej wielu podróżnych, już z daleko można było usłyszeć gwar panujący wewnątrz. Mężczyzna długo się nie zastanawiał – na gościnę rolników nie miał co liczyć. Uznał więc, że lepiej wydać więcej, a skorzystać z profesjonalnych usług.

Drzwi były otwarte na oścież z powodu doskwierającego gorąca, toteż wszedł do środka nie zwracając uwagi żadnego z zajętych swoimi sprawami gości.

Budynek był drewniany, dwukondygnacyjny. Z zewnątrz wyglądał skromnie – ot, wiejski zajazd przy drodze jakich wiele. Jednak w środku skromnego zakonnika zaskoczył przepych – bogato zdobione czerwone dywany na ścianach, trofea myśliwskie, zaraz naprzeciw wejścia najprawdziwszy obraz i to taki, po którym można było poznać rękę mistrza. Stoły i krzesła, choć masywne i ciemne zachwycały kunsztem wykonania. Nawet bar, nieco minimalistyczny, wyglądał na robotę jednego z najlepszych rzemieślników hrabstwa.

Laurent, nie kryjąc zachwytu, usiadł przy ladzie i poprosił o ciepły posiłek. Zaproponowano mu zupę jarzynową i na tę propozycję przystał. Zakupił jeszcze kufel piwa i zmienił miejsce. Usiadł przy stoliku przy ścianie, gdzie nie było zbyt wielu ludzi. Nie chciał zwracać na siebie uwagi, nie zależało mu również na rozmowie. Chciał jedynie uzupełnić siły i ruszyć dalej. To miejsce, ta wieś, jak mu się zdawało, nie była warta jego ograniczonego czasu.

W oczekiwaniu na zamówienie zmrużył nieco oczy, stracił czujność i nie zauważył nawet kiedy i jak dosiadła się do niego kobieta. Nie podejmowała rozmowy, również przy zajmowaniu miejsca, czego był pewien, niczego nie powiedziała. Wpatrywała się jedynie w niego, zmieniając co jakiś czas rękę podpierającą wiszącą nad blatem głowę.

Nie potrafił ocenić jej piękna, lecz z pewnością nie wyglądała jak typowa dziewka ze wsi. Karminowe włosy, błyskające głęboką zielenią oczy, uśmiech, który bardziej pasował do kochanki hrabiego niż bywalczyni przydrożnych karczm. Jej ubiór również był nietypowy – czarna suknia, biały, koronkowy kołnierz, złoty naszyjnik. Być może było tego więcej, lecz nie widział za dobrze – zresztą i tak starał się nie patrzeć za bardzo, mając z tyłu głowy wpajane od lat ograniczenia celibatu.

— Kim jesteś? — zapytał w końcu, chcąc przerwać niezręczną ciszę.

— Mów mi Agnes. Jestem zielarką, jeśli o to ci chodzi. — Schowała ręce pod stół.

— Czemu…?

— Bo mnie zaciekawiłeś, mniszku.

Stało się więc coś, czego chciał uniknąć. Rzucił się komuś w oczy. A nawet nie „komuś”, a bardzo konkretnej, intrygującej osobie.

— Pana zupa.

Talerz z ciepłym wywarem zawędrował na stół. Kelnerka, co spostrzegł nieco później, nie była karczmarką. Dziewczę z krótkimi, bladobrązowymi włosami w niedbale przewiązanym za plecami fartuszku. Zdecydowanie inne stworzenie.

— Nie ma we mnie nic ciekawego — odrzekł, zaczynając jeść jarzynową.

— Nie, nie, nie. Myli się… Pan? Nieczęsto widuje się adeptów magii w takich miejscach. To rzadkość. Jestem zaintrygowana pana tu obecnością.

— Wystarczy Laurent — Zażenował się nieco tymi wszystkimi „panami”.

— Dobrze, a więc drogi Laurencie… — Odchyliła głowę do tyłu, ukazując zgrabną, długą szyję. — Co cię tu sprowadza?

— Przeznaczenie — odrzekł bez zastanowienia.

— A więc przeznaczone ci było mnie spotkać?

— Tego nie wiem. Moja wędrówka konfrontuje mnie z wieloma rzeczami.

— Nie jesteś magiem…

— Nie jestem.

— Złamałeś śluby?

— Nie i raczej nie zamierzam. — Kolejna łyżka zupy. Została już tylko połowa.

— Czemu?

— Straciłem zainteresowanie rzeczami ulotnymi.

— Czyżby? — Nachyliła się na stołem, zbliżyła twarz. — A jakbym ci zaproponowała… wiesz?

— Odmówiłbym. — Odchylił się nieco do tyłu, jakby spłoszony ruchem Agnes. — Wędruję, by poznawać świat i ludzi, nie siebie. Dla mnie już za późno.

— Pesymistyczna wizja… — Wyprostowała się. — Co jest w takim razie twoim celem? Co chcesz osiągnąć?

— Tego nie wiem. — Łyżka zatańczyła wzdłuż krawędzi pustej miski. — Wierzę, że dojdę w końcu do miejsca, gdzie rozwieją się wszystkie wątpliwości. Wtedy będę wiedział… co dla mnie właściwe.

— Pragnąłeś kiedyś kobiety?

— Słucham?

— Chciałeś cielesności, miłości? Nie jesteś magiem. Musiałeś zwątpić.

— Od początku wątpiłem, ale nie o to w tym chodziło.

— A więc?

Wstał z krzesła.

— Świat rozmija się z moim pojmowaniem. Nie ma tu dla mnie niczego, co mogłoby mnie zadowolić. Mogę być szczęśliwy, jestem dużo szczęśliwszy niż wtedy, gdy byłem w zakonie, ale to nie wystarczy. Jestem stracony dla świata. Nic, poza słowami ksiąg, nie poruszy mojego serca, więc wędruję. Zaspokoję przynajmniej mój umysł, a potem… doczekam końca.

— Końca?

Nie słuchaj już jej. Zabrał swój worek, w którym przechowywał wszystko, skierował się do wyjścia.

Agnes odstąpiła od stołu, chciała za nim ruszyć, ale jednak tego nie zrobiła. Złote oczy, ciemne, sięgające do ramion włosy… Patrzyła już tylko na niego, gdy znikał w tłumie gości karczmy, gdy po raz ostatni w swoim życiu przekraczał próg tego miejsca.

Trudno jej była nazwać uczucie, które przepełniało jej serce. Żal? Rozczarowanie?

Ledwie poznała tego człowieka, ale poczuła, że jego wędrówka jest właściwa. Że gdzieś tam na końcu znajdzie to, czego nie mogły przed nim odkryć klasztorne mury.

Wierzyła w to całym sercem.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania