Poprzednie częściPałucki na tropie

Pałucki na drodze

Ciężkie chmury leniwie płynęły po niebie. Świat nasiąkał wilgocią, jednak Pałucki czuł się całkowicie wyżęty. Zwyczajowo podlał stojącego na parapecie przywiędłego fikusa, a następnie spojrzał w kierunku wypełniającego zaległe raporty aspiranta Labody.

– Mokro! – powiedział.

Laboda nie zareagował, tylko dalej stukał w klawiaturę. Zapowiadał się kolejny długi dzień w Wydziale do Walki z Przestępczością Zdezorganizowaną na Komendzie Milicji w Parzywęchach.

Ledwie Pałucki zdążył zamieszać cukier w kawie, gdy do pokoju wparował komendant, Stanisław Brodowąsy, którego wszyscy nazywali Prorokiem, ponieważ ze stuprocentową dokładnością potrafił przewidzieć, że zaraz nie będziesz miał czasu podrapać się po tyłku.

– Mam dla was bojowe zadanie! – oznajmił Brodowąsy. – Dziś rano w wyjaśnionych okolicznościach drogówka złapała ministra pod wpływem.

– W końcu jakieś rozliczenia – mruknął Laboda.

– Zgadza się – odparł komendant. – Niezwłocznie zawieszono cały wydział, a interweniujący milicjanci już siedzą z zarzutami za obrazę uczuć aparatu władzy.

Pałucki zagwizdał z uznaniem, ale tylko w myślach, z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze jako świetny detektyw od razu wydedukował, że zwyczajnie brakuje rąk do pracy. Nawet ręce komendanta były zajęte trzymaniem stołka. Po drugie nie zamierzał dyskutować, ponieważ akurat zaswędział go tyłek.

W państwie czysto teoretycznym wszędzie jest niedaleko, więc ledwie Pałucki przygładził wąs, a Laboda wdział nieśmiertelną wełnianą kapotę i już nasi dzielni detektywi mknęli radiowozem po drodze krajowej.

Deszcz ustał. Promienie słońca zaczęły przebijać się przez szare chmury. Jezdnia wysychała, pozostawiając warunki idealne, żeby nacisnąć na gaz. Dlatego nie musieli długo szukać. Pierwszy był delikwent na podwójnej ciągłej. Za kierownicą siedział skulony człowieczek w okularach z grubymi denkami.

– Dokumenty! – powiedział Pałucki.

Z otrzymanego prawo jazdy wyczytał: Alojzy Bomba, co z miejsca wzmogło w nim czujność, ponieważ każdy dobry detektyw zwraca uwagę na szczegóły.

– Dokąd to się tak śpieszycie, obywatelu? – spytał.

– Jadę do telewizji w autorytecie eksperta.

Nikt nie lubił ekspertów, ponieważ dzisiaj każdy znał się na wszystkim. Wystarczyło poczytać w Internecie. Stąd niechęć do tych, którym się wydawało, że potrafią czytać ze zrozumieniem.

– Co myślicie, Laboda?

Laboda okrążył samochód, przyglądając mu się tak wnikliwie, jakby chciał go kupić. Po ukończeniu lekko przydługiego obchodu zajrzał w uchylone okno kierowcy.

– Proszę otworzyć bagażnik – powiedział.

– Kiedy ja się bardzo śpieszę...

– Zegareczek tyka? – drążył Pałucki

– To skandal! Jestem profesorem na uniwersytecie!

– Nie obchodzi mnie to. Nie obchodzi mnie też, że jedziecie gdzieś tłumaczyć, czy ziemia jest okrągła, czy płaska...

– Okrągła czy płaska? Co pan mówi? Jestem wybitnej sławy fizykiem teoretycznym, twórcą Teorii Skarpety Alojzego, która zaprowadzi fizykę kwantową pod strzechy...

– Jechaliście za szybko i wyprzedzaliście w niedozwolonym miejscu.

– To bardzo ważne odkrycie! Pan władza pozwoli, że przybliżę.

Pałuckiemu coś nie pasowało w kierowcy, a dzielnego detektywa rzadko myliła intuicja. Może nie podobało mu się, że człowieczek dziwnie błyska oczami zza przygrubych szkieł okularów, a może po prostu pomny porannej rozmowy, podświadomie się zastanawiał, czy właśnie spotkał jednego z tych ludzi, którzy w życiu nie tylko spadają na cztery łapy, ale przy okazji potrafią innemu narobić na głowę?

– Kiedy zwinięte w kulkę skarpety leżą w szufladzie – kontynuował człowieczek – wszystkie nie są ani prawe, ani lewe i jednocześnie wszystkie są prawe i lewe. To bez wątpienia superpozycja kwantowa. Kiedy założysz jedną na prawą stopę, druga skarpeta automatycznie staje się lewa. To kolejne kwantowe powiązanie. A teraz najważniejsze, gdy po wyciągnięciu z pralki widzisz tylko jedną skarpetkę, druga istnieje i nie istnieje jednocześnie...

– Przyjmuje pan mandat? – spytał Pałucki.

Człowieczek umilkł, ale dalej łypał oczami, jakby chciał zahipnotyzować Pałuckiego, jednak ten dzielnie odwzajemniał spojrzenie i profesorowi w końcu zabrakło siły. Z rezygnacją kiwnął głową, podpisał, gdzie trzeba i ruszył w dalszą drogę.

– Co o tym sądzicie, Laboda?

– Ja to myślę szefie... – odparł Laboda, podnosząc stopę – że ziemia jest wklęsła, bo mi się podeszwy przecierają na palcach i na pięcie.

Pałucki tylko wzruszył ramionami i wsiedli do radiowozu. Przekręcił kluczyk, silnik zawarczał i ruszyli w drogę. Nie musieli długo krążyć. Kolejny był pirat z trzema zakazami prowadzenia auta.

– Będzie czwarty – powiedział Pałucki po sprawdzeniu dokumentów w systemie.

– Już więcej nie będę – bronił się kierowca.

– Cóż szkodzi obiecać – mruknął z dezaprobatą Laboda. – Proszę otworzyć bagażnik.

W środku nie było nic ciekawego, bo zwykle przewozimy nieistotne rzeczy. Dlatego Pałucki tylko wezwał lawetę i nasi dzielni detektywi pojechali sprawdzić, co się czai za zakrętem.

W państwie czysto teoretycznym wszędzie jest niedaleko, więc chwilę później minęli rogatki miasta. Na herbie granicznym majaczyła przywiędła ryba przeszyta sztyletem, a dalej w pustce i szarzyźnie widniały jedynie blaszaki magazynów, które powoli ustępowały miejsca kanciastym bryłom sklepów wielkopowierzchniowych. Z jednego z nich o żółto-niebieskim logo właśnie wybiegała grupa ludzi. Uciekający dzierżyli w rękach garnki, patelnie i talerze.

– Interweniujemy? – spytał Laboda.

– No nie wiem... – Pałucki wskazał słuchawki na uszach biegnących ludzi. – To mogą być wolnorynkowcy na zakupach.

Laboda oklapł na oparciu siedzenia wyraźnie przybity, a kiedy minęli kolejny sklep z artykułami budowlanymi, jeszcze bardziej skurczył się w sobie.

– Coś was trapi, Laboda?

– Nie podoba mi się! – powiedział Laboda. – Choćby to. Widzi szef ten sklep? Przejdziesz alejką i znajdziesz wszystkie, stojące, wiszące, na ścianę. Do wyboru do koloru, ale jak się bliżej przyjrzysz, to zauważysz, że nie robią już modelu z tarasem widokowym.

Pałucki przez chwilę zastanawiał się, o co chodzi Labodzie, ale szybko załapał. Wszak był świetnym detektywem.

– Nie produkują, bo to niehigieniczne – odparł.

– A higieniczne jest, jak chlapie na tyłek? – zripostował Laboda. – Nie podoba mi się! Zewsząd nowe sracje-regulacje i na co to, komu i po co?

– No ale są też dobre strony przemian ustrojowych.

– Ciekawe jakie?

Na to pytanie Pałucki nie odpowiedział. Nie dlatego, że nie potrafił podać przykładów. Po prostu wiedział, że Laboda wie, że on wie, że wszyscy wiedzą. Powoli docieramy do etapu, gdzie zmiany zataczają koło i tak jak w poprzednim ustroju człowiek wyzyskiwał człowieka, tak teraz było już zupełnie odwrotnie.

– Może coś zjemy – spytał Pałucki.

W odpowiedzi Labodzie zaburczało w brzuchu, więc udali się na tradycyjny mieszany-mieszany do centrum. Przed jednym z lokali kwitła długa kolejka ludzi z telefonami w rękach. W zeszłą środę lokal odwiedził znany influencer: Carulo, co spowodowało napływ klientów, jednak wracający z zakupów Laboda trzymał w ręku dwa zawiniątka, bo niekoniecznie ufał opiniom z Internetu i kupił w lokalu obok.

– Przesadzasz, Laboda – odparł Pałucki, wysłuchawszy argumentów. – Ten Carulo to prawdziwy czarodziej, popatrz, ludzie walą drzwiami i oknami, a kasetka aż puchnie od pieniędzy.

– Albo czarnoksiężnik – odparł Laboda, mieląc uparcie kulę pasztetulę. – Podobno w komplecie z napływem klientów mają nalot sanepidu trzy razy dziennie.

– Czarodziej czasem zmienia się w czarnoksiężnika.

– W ogóle, od czego to zależy?

– Czy czarodziej, czy czarnoksiężnik? To zależy, czy jest ci przyjazny, czy niechętny.

– A jeśli jedno nie wyklucza drugiego?

Pałucki już miał odpowiedzieć, ale przerwało mu zgłoszenie przez radio z prośbą o interwencję w pobliskim markecie, gdzie ochroniarz ujął podejrzanych o bezprawne użycie własności ruchomej oraz znęcanie się nad zwierzętami.

Chcąc nie chcąc, udali się na miejsce zdarzenia. Nie poszło wcale łatwo. Co prawda w okolicę sklepu dotarli bez przeszkód, ale na miejscu Laboda wytrzasnął skądś worek pełny pustych butelek i ustawił się w kolejce do kaucjomatu. Sprytne urządzenie za każdą wrzuconą sztukę dawało pochwałę albo spełnienia patriotycznego obowiązku, dbałości o planetę, albo z braku laku dotyczącą fryzury bądź ubioru.

– Trzeba korzystać z okazji – powiedział Laboda.

Pałucki nie skomentował, tylko wszedł do sklepu. Wewnątrz było jeszcze gorzej. Ochroniarz zabarykadował się w kantorku za paletami. Pałuckiego przez chwilę kusiło, żeby wezwać straż pożarną, Labodę, albo przynajmniej na kogoś nakrzyczeć, ale zaraz zrezygnował. Z głębokim westchnieniem wciągnął brzuch i przecisnął się do środka.

Ochroniarz był łysym grubasem z grupą inwalidzką, a schwytana para miała nieco azjatycką urodę, co wzbudziło w Pałuckim pewne podejrzenia, które jednak w mig wyparowały, ponieważ w dowodach osobistych widniało jak byk: Adam i Ewa Kowalscy.

– Panie mają pierwszeństwo – powiedział Pałucki.

Potem z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyciągnął kajecik i długopis, a Ewa zaczęła relację.

– My często tu przychodzimy, to dobry sklep. Dużo, tanio, promocje.

– Do rzeczy – ponaglił Pałucki.

– Na dziale warzywnym – wtrącił Adam. – Spomiędzy skrzynek z jabłkami wypełzł zielony wąż. Potem usłyszeliśmy cichy głos.

–Ssspróbuj jabłussszko... – Ewa naśladowała mowę wężów. – Ssspróbuj, dobre, sssłodkie...

– I co zrobiliście? – spytał Pałucki.

– Jabłka twarde i kwaśne – odparła Ewa, wzruszając ramionami – a gadzina dosłownie ociekała tłuszczem, więc skręciłam jej kark, później obrałam ze skóry i umieściłam w opiekaczu na dziale małe AGD. Wtedy przyszedł ten pan i zaczął na nas krzyczeć.

Pałucki przeczytał zanotowane zeznanie raz jeszcze, żeby się upewnić, ponieważ każdy dobry detektyw zwraca uwagę na szczegóły. Jednak wiedział już wszystko, więc tylko spojrzał na ochroniarza, jakby ten mu nadepnął na świeżo wypastowanego buta.

– Wstyd! – powiedział Pałucki. – Wstyd! A pewnie co niedzielę do kościoła pan chodzisz!

Przybyły na miejsce prokurator szybko postawił ochroniarzowi zarzuty za obrazę uczuć osób religijnych, za co groziło trzy lata bezwzględnego więzienia lub pięćdziesiąt złotych grzywny. W międzyczasie wrócił zadowolony Laboda i udany dzień już imał się ku końcowi, gdy radio odezwało się po raz kolejny.

' – Pilna interwencja na Placu Trzech Zniczy, wzywam wszystkie jednostki!

W państwie czysto teoretycznym wszędzie jest niedaleko, więc nasi dzielni detektywi bez zwłoki dotarli do celu. Na środku placu stał pomnik przypominający schody zaczynające się metr nad ziemią i wiodące donikąd. Na ich szczycie stał człowiek, a poniżej dwie grupy ludzi przekrzykiwały się wzajemnie. Jedni mieli na sobie biało-czerwone szaliki, a drudzy czerwono-białe.

W miarę zbliżania Pałucki z krzyków wyizolował słowa: To kłamstwo! Precz z preczem! Ich wina! Jednak zamiast w stronę tłumu skierował kroki w kierunku przybyłych na miejsce oddziałów milicyjnej prewencji. W międzyczasie dojrzał twarz osoby na schodach. Na szczycie stał Alojzy Bomba.

– To zamach! – krzyczał Bomba, gestykulując rękami, ale tłumowi poniżej było wszystko jedno, obchodziło ich jedynie byle by być przeciw i nikt nie skupiał zbytniej uwagi nad tym, co dzieje się ponad nimi.

Pałucki podszedł do funkcjonariusza, który rozstawiał oddziały prewencji. Wysoki milicjant z orlim czołem, jak każdy dobry oficer nosił husarskie skrzydła pod nosem.

– Przysłano nas do pomocy – powiedział Pałucki, wyciągając milicyjną legitymację.

– Jesteście obiecanym negocjatorem? – spytał oficer.

Pałucki miał doświadczenie w negocjowaniu. W końcu był żonaty, Jednak nie chciał się przyznawać, bo zgłaszanie na ochotnika kolidowało z jego doświadczeniem.

– Co to w ogóle jest? – spytał Pałucki.

– To... – Oficer wskazał palcem na schody. – To symbolizuje naszą politykę. Może i donikąd, ale za to pod górkę.

Pałucki odętchnął z ulgą, ponieważ polityka nigdy nie wymagała dyskusji, bo nie ma o czym. Dlatego bez słowa odszedł od oficera i gestem przywołał Labodę

– Co myślicie, Laboda?

– Może wydać wszystkim kaski do zamiany ciał?

– Równie dobrze moglibyśmy zamienić ich miejscami.

– No tak... Szkoda, że nie ma kasków do czytania w myślach.

– Nie ma i nigdy nie będzie, wiecie dlaczego, Laboda?

Laboda się strapił. Od zawsze miał problem z zagadkami, dlatego zwykle odgrywał rolę złego milicjanta, a problem miał, ponieważ należał do tego typu ludzi, którzy nie zwracali uwagi na to, co się dzieje wokół, bo w imię wygody woleli wybierać gotowe odpowiedzi.

– Na tym świat się opiera – kontynuował Pałucki – że jeden nie wie, co myśli drugi. Wiecie, co by było, gdyby wszystkie maski opadły?

– Prawda?

– Gówno prawda! – odparł Pałucki. – Byłby armagedon. Katastrofa, klęska, nawet wojna światowa.

– Czyli czekamy na siłowe rozwiązanie?

– Zadziałało w poprzedniej części.

– Szef się po prostu boi, że nie wejdzie na te schody.

Laboda może i miał problem z zagadkami, ale nikt jak on nie potrafił urazić dumy osobistej i narodowej. Pałucki aż pożałował, że nie ma piwa, żeby mu Laboda potrzymał.

Słowo się rzekło, jednak patrząc na wysokość pierwszych stopni od ziemi, pierwszy krok w miejscowej polityce nie był łatwy i z pewnością wymagał pomocy. Dlatego Laboda najpierw podsadził Pałuckiego, a później Pałucki wciągnął Labodę na górę. Zanim zdążyli się odezwać, Alojzy Bomba spojrzał na nich hipnotyzującym wzrokiem. Wtedy zrozumieli, że wpadli w pułapkę.

– Kurwa – mruknął Laboda, po czym cała trójka rozpłynęła się we mgle.

Nasi dzielni detektywi stali na skraju przepaści, spoglądając w niekończącą się otchłań. Obok nich stała znajoma mroczna postać. Szkielet w czarnym płaszczu z zardzewiałą kosą w ręku.

– To ja wykorzystałam wszystkie swoje znajomości – powiedziała kostucha. – I opętałam polityków, i piłkarzy. I te wszystkie łże-elity. A teraz...

– Czego chcesz? – spytał Pałucki.

– Zagramy w grę o wasze serca, dusze i umysły!

– Ciekawe w co? Prawa jazdy nie masz, w karty oszukujesz, za co w ryj mogę dać.

– Zadam wam zagadkę!

– W ryj mogę dać – powtórzył Pałucki.

– Ale o co chodzi?

– Po co mam zgadywać, skoro mogę użyć siłowego rozwiązania?

– A, o to... – Kostucha się zawahała. – Właściwie mogłabym podać setki powodów, takich jak potrzeba sprawdzenia się, honorowa rywalizacja, albo zwykła ludzka ciekawość.

Powód nie grał jednak roli. Powód był potrzebny tylko po to, żeby nadać sens rzeczom, które nie mają sensu, jak na przykład wchodzenie ludziom na ambicję.

– Dobra, zaczynaj – powiedział Pałucki.

Śmierć zaczęła:

– Dawno, dawno temu żył sobie biedny chłop. Nie miał rodziny ani dzieci, więc rozmawiał ze zwierzętami gospodarskimi. Traktował wszystkie po przyjacielsku, a że miał dobre serce, to gdy dostał trochę pieniędzy, dzielił się z nimi według własnego uznania: Każda kura w kurniku dostawała pięć złotych. Każda pszczoła z ula dostawała piętnaście złotych, a pająk na strychu dostawał aż dwadzieścia groszy. Pytanie brzmi: Ile dostawał kot?

Labodzie z pewnością przydałoby się powtórzenie zagadki, ale Pałucki był nie w ciemię bity i kuty na wszystkie kopyta, w dodatku jako świetny detektyw od samego początku zwracał uwagę na szczegóły. Dlatego od razu zgadł odpowiedź.

– Dziesięć złotych – powiedział – Dwa pięćdziesiąt na łapę.

Laboda zagwizdał z uznaniem, a niedoszła zdobywczyni serc, dusz i umysłów zaniosła się płaczem.

Pałuckiemu zrobiło się trochę głupio. Jeszcze chwilę wcześniej z chęcią odprowadziłby ją do aresztu, żeby nie zwiała do jakiegoś Budapesztu albo innej ameryki. Jednak teraz zamiast tego podszedł i położył jej dłoń na ramieniu.

– Śmierć się nie martwi, jeszcze nas wszystkich śmierć przeżyje.

– Naprawdę? – chlipnęła.

– No pewnie, bo kto by nam napędzał fabułę?

– Dziękuję. – Kostucha otarła rękawem pusty oczodół.

Potem pstryknęła kośćmi i nasi dzielni detektywi znaleźli się z powrotem na Placu Trzech Zniczy. Teren zupełnie opustoszał i po wcześniejszych wydarzeniach nie pozostał prawie żaden ślad. Tylko kilka flag smętnie wystawało ze śmietnika.

– To koniec, szefie? – spytał Laboda.

– Gdzie tam koniec – odparł Pałucki. – Jutro znów trzeba wstać do pracy.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Dalia 2 godz. temu

    No, ta część przemawia do mnie bardziej.
    "– Cóż szkodzi obiecać – mruknął z dezaprobatą Laboda. "
    " Ochroniarz był łysym grubasem z grupą inwalidzką, a schwytana para miała nieco azjatycką urodę, co wzbudziło w Pałuckim pewne podejrzenia, które jednak w mig wyparowały, ponieważ w dowodach osobistych widniało jak byk: Adam i Ewa Kowalscy."
    " To... – Oficer wskazał palcem na schody. – To symbolizuje naszą politykę. Może i donikąd, ale za to pod górkę."
    Wybrałam kilka ulubionych 😉
    Majstersztyk 👌

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania