Pamiętne wakacje - część 1/2

Wakacje u dziadków zawsze wspominałem dobrze. Szczególnie święciłem we wspomnieniach ten czas, gdy przekroczyłem czterdziestkę, przekonawszy się, że nie ma bardziej kłamliwych sloganów niż „dobrze płatna praca” i „korzystny kredyt hipoteczny”. Ucieczka do krainy przeszłości, niczym bezbronne dziecko niemogące znaleźć zrozumienia w nikim z bliskich. Dla mnie wakacje u dziadków były definiowane jako jeden miesiąc na wsi, z dala o miejskiego zgiełku, za to z żołnierską musztrą i ciężkimi pracami polowymi – głównie przy żniwach. Pobudka o czwartej, rzadziej piątej, była normą. Dziadek wstawał o trzeciej, babcia razem ze mną. Każdy miał jakieś zajęcie. Ja zazwyczaj wyprowadzałem krowy. Dziadek w swoim stylu uczulał na miny przeciwpiechotne rozsiane na łące jak grzyby po deszczu.

— Najgorzej jak wdepnie cało nogo. Ni ma co zbierać.

Do siódmego, albo ósmego roku życia, jako tako w to wierzyłem. Potem już wiedziałem, że to słodkie kłamstewko.

Historia, którą zamierzam opowiedzieć, wydarzyła się, kiedy miałem dwanaście lat. Tego lata dziadek ciężko zachorował. Rodzice wahali się, czy warto, abym jechał w te wakacje na wieś. Po konsultacjach z babcią uznali, że moja pomoc w gospodarstwie będzie tym bardziej nieoceniona. Czy byłem szczęśliwy? Po części tak, bo na wsi miałem więcej swobody, na przekór wszelkim pracom gospodarskim, niż w mieście, gdzie rządziły twarde reguły i przepisy. Nawet na moim osiedlu, usianym znakami z zakazami gry w piłkę. Dom dziadków stała we wsi tak malowniczo zanurzonej w dawnych czasach, że nawet powietrze było tam inne, czystsze i przyjemniejsze niż gdziekolwiek indziej. Żeby tam dojechać, trzeba było przejść próbę wybojów. Szutrowa nawierzchnia nie była nawet w ułamku tak równa jak tafla asfaltu. Podwozie naszej Corsy skakało na każdej nierówności; skrzypiało i jęczało, błagając o koniec agonii. Ojciec zawsze klął, że musiał wziąć kobietę z tak głębokiego zadupia. Mamie to się nie podobało. Wtedy nie wiedziałem dlaczego. Przecież to śmieszne. Ubaw po pachy, jak mówiła babcia.

— Nie przy dziecku — powtarzała, kurczowo trzymając się uchwytu nad drzwiami.

Jeśli dobrze liczę, a w moim zawodzie (księgowość, te sprawy) ta umiejętność jest nawet ważniejsza niż posiadanie obu nóg, od tamtych wakacji minęło trzydzieści lat. Pewne szczegóły na pewno mi umknęły. Szczególnie te będące zaledwie tłem, na którym stoi porzucone, rdzewiejące słoneczko. Bo o nim będzie ta historia.

****

Dwunastego lipca 1988 roku, nasza seledynowa corsa wjechała na podwórko dziadków. Był ranek, nie pamiętam dokładnie, ale na pewno przed ósmą. Dzień wcześniej babcia skorzystała z telefonu sąsiadów (własny założyła dopiero po śmierci dziadka w 1994) i powiedziała mamie, że upiekła szarlotkę, więc ma nadzieję, że zostaną z moim tatą na śniadanie. Mama przyjęła zaproszenie, co zaowocowało kłótnią z ojcem. Na wieś dotarliśmy więc w mieszanych nastrojach. Ja nie specjalnie się przejąłem tą sprzeczką. Tydzień wcześniej u dziadków pojawił się nowy nabytek – telewizor kolorowy Elemis. Osiemnaście cali, lśniący nowością ekran i głęboka matowa czerń obudowy. Stał na podłodze i czekał, aż ktoś łaskawie go uruchomi. Dziadek obiecał, że zajmiemy się tym wieczorem. Tymczasem oddelegowano mnie do zabawy na podwórku. Zawsze tak robili, kiedy po raz kolejny musieli przeprowadzić „ważną” rozmowę. Nigdy nie dowiedziałem się, na jakich tematach lawirowały. Teraz, z perspektywy lat uważam, iż dobrze zrobiłem. Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz.

Miałem swoją bazę skleconą z desek po starej wozarni. Dziadek rozebrał ją, kiedy kupił pierwszy na gospodarstwie ciągnik, w roku, w którym się urodziłem. Przez kolejne dziesięć złożona na stos czekała aż mały Artur się nią zainteresuje. Nie wykorzystałem wszystkich desek. Niektóre poszły z miejsca na rozpałkę. Inne dziadek zabrał, aby łatać dziury w próchniejących ścianach stodoły. Wystarczyło jednak, aby zbudować wymarzoną bazę, gdzie okazyjnie, zwykle w niedziele, kiedy nie było nawału pracy, bawiłem się z Alkiem i Sławkiem, prawnukami starego Drozińskiego, sąsiada dziadków, który w osiemdziesiątym ósmym miał z dziewięćdziesiąt pięć lat i ledwo powłóczył nogami. Babcia była przekonana, że ten stary ramol urodził się jeszcze w dziewiętnastym wieku. Jego prawnukowie byli moimi rówieśnikami. Miał spore problemy z pamięcią. Prawdopodobnie chorował na demencję. Sławek powiedział mi kiedyś, że ledwo ich poznaje i zawsze przekręca imiona.

Nie wiem, dlaczego akurat wtedy postanowiłem przełamać schemat zabawy. Zwykle nie wychodziłem poza teren podwórza. Miałem surowo nakazane pozostać w jego obrębie, ale wtedy, jakoś nikt mi o tym nie przypomniał. Brama obok stodoły była otwarta. Za nią rozciągały się pola. Na lewo złocista pszenica, na prawo soczyście zielona trawa. Pośrodku biegła ścieżka prowadząca na łąki. Od połowy po jej stronach rosły stare, majestatyczne wierzby. Tamtego gorącego dnia, nawet ich najcieńsza gałązka ani drgnęła. Widok tej wąskiej dróżki, której strzegły zastępy drzew, wzmógł w mojej młodej, chłonącej każdy bodziec głowie ciekawość. Nie oglądając się za siebie, ruszyłem naprzód. W trzech czwartych drogi, po prawej stronie w głębi pola, na granicy z miernym, teraz już wiem na pewno, żytem sąsiada Mączka stało stare, zardzewiałe słoneczko. W gorącym letnim powietrzu jego kontury przesuwały się jak na śnieżącym ekranie telewizora. Miało cztery, zakończone zębami grabiącymi tarcze, każda przypominała słońce. Z kół dawno zeszło powietrze, a siedzisko umieszczone na ramie świadczyło, że sprzęt był używany w pracy konnej. Nie mogłem się oprzeć, aby nie podejść bliżej. Ubrany w krótkie spodenki czułem jak trawa, na przemian z nielicznymi chwastami łaskocze i kłuje moje piszczele i łydki. Byłem w połowie drogi, pełen niezaspokojonej ciekawości. Pierwszy raz widziałem owo urządzenie. Miałem prawo jako bardziej energiczny niż wszyscy, dwunastolatek odczuwać satysfakcję z samego faktu, że ujrzałem coś takiego. Kiedy więc usłyszałem z oddali głos ojca, poczułem z jednej strony strach, a z drugiej wielkie rozczarowanie.

— Artur, psia go mać! Gdzie ty się wałęsasz?! Wracaj tu, mały gówniarzu!

Mimo że dzieliło nas od siebie dobre pięćdziesiąt metrów, doskonale rozpoznałem czerwoną jak ćwikła twarz ojca i bez wahania zrozumiałem, jakie są jego intencje. Chciał mi spuścić solidne i manto i pewnie będąc na jego miejscu, mając dzieci (Boże, nigdy, przenigdy) zrobiłbym podobnie, może tylko inaczej dobrałbym bym słowa.

— Ile ci, kurwa, razy mówiłem ty nieposłuchany, wścibski bachorze, że masz zakaz wychodzenia poza podwórko?!

Podbiegł do mnie jak wściekły pies. Dostałem wtedy solidne lanie. Wpierw pchnął mnie przed siebie. Zatoczyłem się i upadłem głową w trawę. Idealna pozycja dla pedofila i wściekłego ojca. Skąd wynalazł tę wierzbową rózgę? Nie wiem, ale była to jedna z najboleśniejszych kar, jaką otrzymałem w życiu. Jakieś dwadzieścia, może trzydzieści batów. Wybaczcie, ale takie niuanse w połączeniu z szokiem sytuacyjnym szybko wylatują z głowy.

— Prze-przepraszam... tato — wychlipałem, zlizując z ust słone strumienie łez.

Ojciec przestał. Nadal wyglądał, jakby nie miał dosyć, ale opanował się i odszedł. Rzucił coś jeszcze do mnie, nie wiem, czy dobrze zapamiętałem, ale mogło to być: skurwysyn.

Resztę dnia spędziłem na rozmowie z babcią drobnych pracach porządkowym w gospodarstwie i karmieniu dziadka, który nie miał siły samodzielnie zjeść obiadu. Nie powiedział tego, ale w głębi ducha czułem, że jest mi za to cholernie wdzięczny. W ciągu tygodnia z krzepkiego, pełnego werwy rolnika, zmienił się w styranego życiem i słabym zdrowiem starca, dla którego podróż do wiaderka ( tak, zgadza się, wtedy nie było tam jeszcze toalety) była prawdziwym wyzwaniem, godnym obfitych żniw.

Wieczór, jak to w lipcu, trwał w nieskończoność, a noc była tylko krótkim przystankiem do następnego dnia. Około dwudziestej pierwszej babcia poprosiła mnie, żebym zajrzał do krów. Zwykle robił to dziadek, ale wtedy ja robiłem, przynajmniej pozornie, za głównego gospodarza. Poszedłem bez wahania. Wziąłem ze sobą latarkę, którą dostałem w prezencie urodzinowym od mamy. Prosiłem ją o to ze trzy miesiące. Uległa dopiero gdy nadarzyła się wyjątkowa okazja.

Niebo było czyste usłane pierwszymi gwiazdami. Koncerty świerszczy rozgrywały się wszędzie. W świetle latarki przelatywały chrabąszcze. Zapach wsi i lata mieszały się, tworząc definicję beztroskiego dzieciństwa. Zawsze w takich chwilach wpadałem na genialne pomysły. Tym razem było podobnie. Gdy tylko upewniłem się, że wszystkie mućki czują się dobrze, postanowiłem pobiec i zobaczyć jeszcze raz wcześniejsze znalezisko. Postanowiłem, że pobiegnę i tym samym skrócę czas nieobecności. Nawet jeśli babcia się zaniepokoi, zanim wyjdzie na podwórko, będę już tam czekał.

Następne częściPamiętne wakacje - część 2/2

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania