Pamiętne wakacje - część 2/2
Myślę, że ciekawość zaślepiła mnie zupełnie. Kilka lat później gdy ponownie stanąłem po zmierzchu za stodołą, mając przed sobą tę samą ścieżkę i wierzby po jej obu stronach, poczułem strach. Konary drzew szeleściły. Nuciły melodię tak niepokojącą jak i niesamowitą. Świat stawał się inny, magiczny, ale w najgorszym znaczeniu tego słowa. Nic nie było tym, czym się wydawało być. Odszedłem stamtąd blady i już nigdy nie wróciłem.
Zimne, białe światło latarki padło na korpus maszyny. Ostania tarcza przy odpowiednim kącie zaczęła przypominać twarz. Miałem głębokie przeczucie, że nią była, a potem stała się na powrót jedynie elementem składowym słoneczka. Podszedłem jeszcze bliżej. Dotknąłem jednej z tarcz. Spróbowałem zakręcić, ale ani drgnęła. Zacząłem przypatrywać się ramie. Znalazłem tabliczkę znamionową, jednak wszystko, co było na niej wybite, okazało się nieczytelne. Nie zraziłem się. Nie to było mim celem. Chciałem usiąść na metalowym siedzisku z niskim, ledwo zaznaczonym oparciem, które bardziej przypominało zaporę przed wywrotką w tył, gdy koń za mocno szarpnie. Wyobraziłem sobie, że trzyma w dłoniach lejce.
— Wio! Wiśta, wiśta! Hetta!*** — krzyczałem, udając, że szarpie lejcami. Orientacyjnie oglądałem się w tył, sprawdzając, czy słoneczko dobrze zgrabia siano. — Prrr — powiedziałem i zeskoczyłem z siedziska. Miałem zamiar poprawić ustawienie tarcz. Odkryłem, że miały możliwość zmieniać ich wysokości, a zatem i siłę zgrabiania.
Wtedy po raz pierwszy poczułem się nieswojo. Ktoś spoglądał na to co robię z boku. Uważnie wiódł wzrokiem za moimi zmyślonymi ruchami przy poprawianiu tarcz słoneczka. Udałem, że tego nie zauważyłem. Czar zabawy prysł i zastąpił go powoli narastający strach. Kolana lekko się ugięły, oddech zyskiwał na szybkości. Mimo to jak na dwunastolatka zachowałem najlepsze pozory udanej zabawy. Ciągle trzymałem w dłoniach latarkę. Nie miałem zamiaru świecić nią tam, gdzie podejrzewałem, że stoi owa tajemnicza postać. Równie dobrze, to tylko mój umysł uświadamiał mi, że pora do domu. Dziwny sposób na przekonanie do powrotu, ale skuteczny. W myślach widziałem siebie w łóżku, na którym siedzi babcia i czeka, aż usnę. Zrobi to gdy ją poproszę. Zacisnąłem zęby i w tej samej sekundzie wyrwałem jak z procy. Nie dotarłem jednak nawet do ścieżki, gdy poczułem, jak stopa trafia na coś, co nie jest zwykłym krecim kopcem, ale czymś twardszym, co sprawia, że tracisz równowagę i całujesz po chwili trawę. Zaryłem nosem w zielonych źdźbłach, kilka centymetrów od okazałego, najeżonego kłującymi igiełkami ostu. Za plecami usłyszałem kroki. Powolne, rytmiczne, coraz wyraźniejsze. Wtedy moja odwaga prysła całkowicie. Rozpłakałem się jak małe dziecko, którym poniekąd, mentalnie wciąż byłem. Zacząłem wołać babci. O dziadku nie pomyślałem, zapewne dlatego, że podświadomie wiedziałem, iż obłożnie chory, mimo szczerych chęci i tak się nie zjawi.
Zimna, ciężka dłoń spoczęła na moim barku. Przesunęła się bliżej szyi i ścisnęła. Poczułem, jak prąd bólu wykrzywia moje ciało nienaturalnie, próbując się przed tym bronić. Załkałem. Chwyciłem za latarkę leżącą obok lewego policzka i zaświeciłem nią za siebie. Pusto. Przeczesałem cały teren wokół mnie. Ani żywego ducha. To sprawiło, że poczułem jeszcze większy napływ przerażenia. Nie myślałem o niczym innym, tylko ciepłym łóżku i twarzy babci, ostatniej rzeczy, jaką ujrzę przed zaśnięciem. Wstałem i pobiegłem najszybciej jak umiałem. Wtedy wydawało mi się, że podróż z łąk do domu trwała dwie godziny. Miałem ciągle uczucie, że słyszę za sobą, jakby ktoś biegł, ale nie zamierzałem tego sprawdzać. Po prostu biegłem ile sił w nogach. Na niebie swoje należyte miejsce zajął księżyc. Oświetlał mi drogę i właściwie światło latarki było zbędne. Gdy dotarłem pod drzwi domu, babcia już tam czekała.
****
Opowiedziałem jej wszystko. Od początku do końca. Z pominięciem zabawy w powożenie słoneczkiem, żeby jej zbyt nie denerwować. Gdy spytała, dlaczego tam poszedłem, powiedziałem, że goniłem lisa. Dobra wymówka, zwłaszcza na wsi w tamtych czasach. Historia z dziwnym jegomościem wprawiła babcię w dobry nastrój. Nie była zła, raczej zadowolona.
— Nie muszę ci nawet lania spuszczać — zaśmiała się. — Idź do łóżka. Jutro pobudka później.
Przed snem poszedłem jeszcze do dziadka. Leżał w swoim łóżku z otwartymi oczami wpatrzonymi w biały sufit.
— Dziadku, co to za maszyna na naszym polu? — spytałem trochę zmieszany.
Dziadek, człowiek, który spokój miał wręcz zapisany w genach, wtedy po raz pierwszy mnie skrzyczał.
— Po kiego, żeś tam polazł?! Ty łobuzerio przeklęta! Po co?! Tatko powinien być gdzie indziej, gdzie indziej....
Przestraszyłem się. Dziadek zaczął jęczeć, po czerwonych policzkach spływały łzy. Gdy do pokoju weszła babcia, od razu mnie stamtąd zabrała. Nie miałem pojęcia, co się dzieje. Czułem, że sam zaraz się rozpłacze. Spytałem babci, o co chodzi.
— Nie potrzebnie tam poszedłeś, Artur — powiedziała surowo. Teraz zupełnie nie było jej do śmiechu. — Dziadek też tam był, tydzień temu. Chciał przepędzić lisa. Co parę dni podkrada nam kury. I... zobaczył to co ty.
Nie wierzyłem własnym uszom, a potem przez kolejne lata biłem się z myślami, czy to wszystko naprawdę się wydarzyło? Czy w ogóle miało prawo się wydarzyć?
— Babciu, on stał za mną. Przyglądał się, a potem mnie złapał. — Pokazałem miejsce, gdzie poczułem ucisk.
Babcia posmutniała, a potem na jej twarzy zagościł lekki uśmiech nostalgii.
— Tak się z nim bawił — powiedziała cicho.
— Kto? Z kim?
— Twój pradziadek, tata dziadka. Zawsze chwytał go w to jedno miejsce. Mocno, a dziadek wcale nie miał mu tego za złe.
Nie miałem przyjemności poznać swojego pradziadka tak jak Sławek i Alek. Zmarł długo przed moim urodzeniem. A dziadek, jak to zapracowany rolnik, swoje uczucia zakopał pod warstwą ciężkiej mozolnej harówki od rana do wieczora. Tamtej nocy babcia opowiedziała mi, że pradziadek zmarł na zawał serca, nagle. Przy słoneczku, które znalazłem. Wtedy stało ono na podwórku. Od tamtej pory zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Babcia widziała niewyraźną postać późnymi wieczorami, która jak mgła płynęła ponad ziemią po podwórku. Czasami spoglądała przez okno. W końcu dziadek wyprowadził maszynę na pole i tam porzucił. Ale nigdy nie pozwolił, aby się jej pozbyć.
— Babciu, ale dlaczego pradziadek nas straszy?
— On nie chce nam zrobić krzywdy. Chce się pożegnać z dziadkiem, bo gdy umierał, jego syn był daleko, w polu.
Zaprowadziła mnie do łóżka. Tak jak chciałem, poczekała aż zasnę. O dziwno, dobrze pamiętam, o czym wtedy śniłem. Razem z dziadkiem odwiedzaliśmy grób pradziadka na cmentarzu. Dziadek był szczęśliwy, bo w tamtym śnie zdążył pożegnać się ze swoim ojcem.
****
Mam nie najgorszą pamięć. W wielu przypadkach wręcz fotograficzną. Dlatego, kiedy stoję teraz za tą samą, walącą się już stodołą i patrzę na ścieżkę, pozbawioną już wierzb nie mogę się nadziwić, że to starem, zardzewiałe słoneczko nadal tam jest. W tym samym miejscu. Choć zapewne, gdy dziadek i babcia już nie żyją. Jego magia żalu już dawno prysła i zastąpiła ją tylko czysta rdza.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania