Piciorys: istota karmiąca się ciszą
Pierwszy łyk nigdy nie był problemem.
Problem zaczynał się później – w chwili, gdy orientowałem się, że piję już nie po to, by było lepiej, tylko żeby było ciszej.
Bo cisza nie była pusta.
Czasem miałem wrażenie, że patrzy.
Dorastałem w domu, w którym alkohol nie istniał – jakby ktoś wykreślił go z partytury świata. Rodzice byli nauczycielami, strażnikami porządku dnia; dziadkowie mieszkali na Śląsku, w Racławicach – miejscu, które do dziś wraca do mnie jak zaklęcie ochronne. Tam lata były długie, trawa pachniała snem, a dni układały się same, bez wysiłku. Świat wydawał się prosty i jasny, pozbawiony pęknięć. Nie wiedziałem jeszcze, że to tylko pierwszy akt. Że cisza potrafi dojrzewać latami.
Kiedy przenieśliśmy się do Wrocławia, poczułem się jak instrument wrzucony do obcej orkiestry. Miasto dudniło jak ogromny bęben, szkoła muzyczna była wieżą prób, a ja – trzynastolatek z napięciem, które rosło we mnie bez imienia i bez ujścia. Nie wiedziałem jeszcze, jak je nazwać. Wiedziałem tylko, że nie da się go unieść w pojedynkę.
Schowaliśmy je w butelkach.
Najpierw na wyjazdach – Kudowa, Sulistrowiczki – potem już bez okazji. Jedno piwo na długiej przerwie, zanim zabrzmiała historia muzyki. Wydawało się to niewinne, niemal rytualne. Jakbyśmy tylko stroili instrumenty przed wejściem w dorosłość, nie wiedząc, że ktoś już zapisuje nam inną partyturę. Z innym metrum. Z fałszywą tonacją.
Studia minęły trzeźwo. To był czysty, ascetyczny czas – klasztor dla dźwięków. Alkohol wycofał się w cień i czekał. Nauczył się cierpliwości.
Wrócił, gdy pojawiła się praca w Wołowie, odpowiedzialność i pytanie, na które nie znałem odpowiedzi: dokąd idziesz?
Ogniska, tanie wino, rozmowy do późna. Jeszcze wszystko było „w normie” – tak brzmiało zaklęcie, którym usypiałem samego siebie. Norma była szeroka. Elastyczna. Gotowa się przesuwać.
Potem tempo zaczęło rosnąć.
Morze. Hiszpania. Włochy.
Sangria pita jak woda, piwo bez limitów. Wino miało smak krajobrazu i obietnicy, że jestem w drodze, że za następnym wzgórzem czeka coś ważnego. Alkohol nie był jeszcze wrogiem. Był przewodnikiem – obiecywał sen w obcych łóżkach, odwagę w rozmowach, ciepło zamiast samotności. Nie mówił, że każda obietnica ma cenę, ani że rachunek zawsze przychodzi później.
Po powrocie próbowałem kontroli: jedno piwo, jeden spacer, jeden wieczór w tygodniu. Działało jak słaby amulet – tylko przez chwilę. Potem odkryłem nową strategię: kilka dni ciszy, żeby móc uderzyć mocniej. Jakby cisza była tylko rozbiegiem przed hukiem. Jakby istniała po to, by ją złamać.
Pamiętam wieczory filmowe. Osiem, dziewięć piw, nim skończyły się napisy początkowe. Film leciał, ale ja byłem już gdzie indziej. Muzyka w głowie milkła, a na jej miejsce wpełzał szum – monotonny, hipnotyczny. Kiedy próbowałem go zagłuszyć, cisza cofała się o krok. Nie znikała. Tylko czekała. Zawsze czekała. Zawsze dawała mi czas.
W Górkach Wielkich góry miały własną magię. Ruch usprawiedliwiał wszystko. Piwo smakowało jak nagroda, jak element krajobrazu. Budziłem się czasem nie wiedząc, gdzie zasnąłem – raz na ambonie, raz pod gołym niebem, z porannym napięciem, gdy coś poruszało się w krzakach. Dziki wyszły pierwsze. Spojrzały na mnie i uciekły. One znały granice. Były mądrzejsze ode mnie.
W Londynie piłem przed koncertami i po. Blues i rock progresywny brzmiały dobrze, nawet gdy ręce lekko drżały. Alkohol był fałszywą nutą, słyszalną tylko dla mnie. Im dłużej grałem, tym wyraźniej ją słyszałem, aż zaczęła zagłuszać całą resztę melodii. Publiczność nie słyszała niczego złego. Ja słyszałem wszystko.
Ojciec dzwonił co niedzielę. Unikałem jego głosu tak długo, jak tylko mogłem – „wszystko w porządku, tato”. Siostra przysyłała zdjęcia dzieci; odpowiadałem zdawkowo, bez czułości, bo nie potrafiłem spojrzeć im w oczy nawet przez ekran. Wstyd przychodził bez świadków. Niewidzialność była najskuteczniejszą sztuczką tej istoty.
Najgorsze było to, że długo nie działo się nic spektakularnego. Nie było pożaru, wyroku ani szpitala. Istota działała po cichu, systematycznie, wysysając kolory z dni. Zostawiała po sobie poprawność. Funkcjonowanie. Puste miejsce po sensie.
Kiedy w końcu trafiłem na terapię, nie poczułem ulgi – raczej zmęczenie. Jakby ktoś zabrał mi wzmacniacz i zapytał, czy potrafię grać bez prądu. Trzeźwość okazała się nową, trudniejszą kompozycją – bez improwizacji, bez skrótów, wymagającą uważności i skupienia na każdej nucie.
Dopiero teraz widzę jasno: alkohol nigdy nie był tematem mojego życia.
Był zagłuszaczem.
Istotą, która karmiła się ciszą między dźwiękami – ciszą, której nie umiałem znieść.
Uczę się jej powoli.
Cisza nie zawsze odpowiada.
Ale już nie udaję, że jej nie słyszę.
Komentarze (6)
Dziwne, że tolerancja na alkohol nie zmieniła się, no i co z ciałem, twarzą, kondycją
Pozdrawiam
Dobrze, że wyrzuciłeś z siebie. Dobrego 2024 r
W środowisku muzycznym; podróże, koncerty, imprezy towarzyszące – takie rzeczy i życie nie są unikatem, poznałem kiedyś gościa, który rozwiązał sprawę w ten sposób, że został muzykiem sesyjnym /tzw. dziwką jak mówią w tey branży/ i tym samym ustabilizował swoje życie. Poza tym praca w studio daje większe możliwości rozwoju zdolności twórczych.
Luknołem se w necie na tych dwóch i wnioskuję, że grałeś multi albo bas.
cul8r
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania