Pierworodny

Leżał na skrzypiącej wersalce na wznak i nasłuchiwał. Coś drapało w dach bloku, zaciekle z dużą siłą. Bał się spojrzeć w okno. Dla wielu była tam zwyczajna panorama nocnego miasta na tle czarnej kurtyny nieba. Ale nie dla niego. Spodziewał się ujrzeć ślepia potwora – czerwone i wielkie jak dorodne grejpfruty, wpatrzone w niego niczym w smakowity kąsek, który najpierw należy przepołowić i zabrać się za miękkie wnętrze. Chrup, chrup… chrup, chrup.

 

Nie protestował, kiedy rodzice stwierdzili, że powinien przenocować w weekend u prababci Anieli. Miał już wprawdzie trzynaście lat, a w mieszkaniu prababci w tym wieku można było się co najwyżej nudzić w stopniu umiarkowanym, jednak zamierzał do tego podejść na chłodno. Jedna nocka, nic wielkiego. Myślami, szczególnie kiedy kładł się już do łóżka w pokoju gościnnym, po dwugodzinnej posiadówce przed telewizorem z babcią, był już przy swoim biurku, przed komputerem, na którym odpali jaką gierkę albo poczyta komiksy. W mieszkaniu, które jego rodzice określali mianem gniazdka babuni, nic nie sprawiało większej frajdy. Jakby to miejsce było od początku zaprogramowane dla starych ludzi. Jeden raz przywiózł ze sobą komiksy, ale żadnego nie przeczytał. Może to wina mieszkania, a może faktu, że w bloku była winda, która potrafiła wybić z rytmu czy snu o dowolnej porze. Zaś w wietrzne dni gniazdko babuni wydawało się falować na powietrzu (prababcia Aniela zajmowała dumny ostatni numer w dwunastopiętrowym bloku).

 

Naciągnął kołdrę pod sam nos. Czuł, że ze strachu zaczyna się pocić. Słyszał, oprócz upiornego chrupania, telewizor w salonie. Babcia lubiła oglądać seriale i filmy do późna, a potem i tak wstawała o szóstej. Dla trzynastolatka czytającego komiksy prawie od zawsze była to ewidentnie jakaś forma supermocy.

 

Kolejne chrupnięcie było o wiele głośniejsze od poprzednich i zaczął podejrzewać, że cokolwiek wydawało te dźwięki, właśnie przedarło się przez dach i teraz zostało już tylko wgryź się w strop sufitu. Spoglądał w górę i był przekonany, że zaraz je zobaczy – dwa dorodne grejpfruty, które okażą się ślepiami bestii, a ostatnim zarejestrowanym obrazem będzie widok pazura tnącego powietrze w kierunku jego klatki piersiowej.

 

Przypomniał sobie koszmar, który nawiedził go kilka miesięcy temu. Biegał po nim po całym domu, dostał przez to miesięczny szlaban na komiksy. W tym śnie znajdował się w drewnianej chacie, stojącej na odludziu. Co chwilę domostwo było atakowane przez włochatą bestię z ostrymi pazurami, która raz po raz wyrywała drzwi, wbiegała do środka i zabijała go, a potem uciekała. Nie mógł się obudzić, choć bardzo chciał. Wiedział, że jak we śnie zamknie się oczy na bardzo długo, to w końcu to zadziała. Ale wtedy nie chciało. Oglądał więc pysk bestii za każdym razem, a potem, gdy zatopiła w jego ciele swoje pazury, upadał na drewnianą podłogę chaty w kałużę własnej krwi, która ściekała zeschniętą plamę po wcześniejszych zgonach. Kiedy się w końcu obudził, był cały mokry i wrzaskiem postawił na nogi resztę domowników. Nigdy wcześniej nie bał się tak bardzo jak wtedy. Aż do teraz.

 

Pasek światła pod drzwiami nagle zniknął. Za to dźwięk telewizora nagle wypełnił całe mieszkanie.

 

Wstał, powoli, nie patrząc w okno. Uznał, że w pokoju nie będzie bezpieczny. Otworzył drzwi i wyszedł na korytarz. Na jedynce leciał jakiś film obyczajowy, a bohaterowie właśnie szykowali się do sceny miłosnych uniesień, które widział już kilka razy w zdecydowanie bardziej „bezubraniowej” wersji na jednej stronie, która za każdym razem prosiła go o potwierdzenie, że ma skończone osiemnaście lat.

 

Babcia Aniela gdzieś wyszła. Nie było jej butów i kurtki. Dokąd mogła iść kiedy na zegarze nieomal wybiła północ? Sam w mieszkaniu z czymś ryjącym dziurę w dachu nie czuł się bezpiecznie. Właściwie do był cholernie przerażony, ale jakimś cudem nie miał ochoty rozpłakać się niczym małe dziecko albo wrzeszczeć… też jak małe dziecko. Epizod z koszmarem to stare dzieje, nie chciał już do tego wracać.

 

Ubrał się, a potem znalazł parę zimowych butów, które leżały u babci Anieli na wypadek nagłego przyjazdu w zimowe miesiące. Były mocno zużyte, ale wystarczające na spacery do okolicznego sklepu albo na zwiad za ponad osiemdziesięcioletnią staruszką.

 

Otworzył drzwi i wychylił głowę. Na klatce był zupełnie ciemno. Musiał postawić duży krok naprzód, żeby czujnik w lampce zareagował, a sześćdziesięciowatowa żarówka rozbłysła niczym kulisty piorun.

 

O mały włos wszedłby do windy, ale w porę zauważył, że drzwi, którymi można było dostać się na dach bloku były niedomknięte. Przeszedł go dreszcz. Widział szparę, w której majaczyły gwiazdy na nocnym niebie. Te drzwi były jedyną barierą pomiędzy wnętrzem bloku a jego dachem, gdzie czaiło się coś okropnego i przerażającego. I ta bariera była właśnie cholernie nieszczelna. Nagle usłyszał potężne chrupnięcie, tuż nad głową. Kucnął i schował głowę w ramionach. Poczuł, jak serce zaczyna łomotać w panice, nogi zastygają ze strachu, a żołądek skręca się jak długi balon w rękach klauna, z którego ten umalowany wariat wyczaruje za moment niedorobionego jamnika.

 

Rzucił się w stronę mieszkania, kiedy kątem okaz zauważył w wyjściu na dach znajomą, niewielką postać, lekką zgarbioną.

 

– Hubert! – usłyszał.

 

– Nie, ja przepraszam! Ja śpię! – krzyknął, nie odwracając się w stronę babci Anieli, która była już w korytarzu mieszkania.

 

– Wracaj tu! Natychmiast!

 

Jej głos wydawał się o dwadzieścia lat młodszy. Był mocny, pełen życia, ale co najgorsze – pełny gniewu.

 

Stanął przed sylwetką, która była od niego nieznacznie niższa. Trząsł się jak osika, co chwila nerwowo przełykał ślinę i spoglądał na drzwi do pokoju. Chciał znowu leżeć w łóżku. Albo lepiej – chciał leżeć w swoim łóżku, w domu i mieć przed sobą wizję kolejnego dnia spędzonego na beztroskim graniu w gry oraz czytaniu komiksów.

 

Ale wiedział, że to ułuda. Stał przed prababcią Anielą, która wyglądała, jakby miała wybuchnąć ze złości. Skrzyżowała ręce na piersi i spoglądała na przerażonego do szpiku prawnuka.

 

– Aleś ty durny, Hubi – powiedziała w końcu, widząc, jak chłopak powoli zaczyna blednąć.

 

– Ja-ja… przepraszam. Nie chciałem…

 

– Cicho! – zagroziła palcem. – Durny jesteś, powtórz.

 

– Durny jestem.

 

Staruszka pokiwała z aprobatą głową. Potem odgarnęła pęk siwych włosów opadniętych na czoło.

 

– Słyszałeś co? – zapytała surowym tonem.

 

– Nie, nic, nic.

 

– Mów!

 

Hubert chciał płakać. Pierwszy raz od dawna. Odkąd spadł z roweru i poobijał się gorzej niż na wuefie podczas gry w zbijaka.

 

– Chrupanie – odpowiedział, z całych sił próbując zapanować nad zbliżającym się potokiem łez.

 

Staruszka westchnęła ciężko.

 

– Chodź do pokoju – powiedziała. Weszła pierwsza i od razu skierowała się do okna. Hubert już nie pamiętał, jak bał się w nie spojrzeć. Teraz o wiele bardziej przerażała go osoba samej prababci.

 

– Podejdź do okna – rozkazała.

 

Nie chciał. Wyczekiwał na chrupanie, na kolejny odgłos, który przechyli szalę. Wybiegnie wtedy z mieszkania, wejdzie do windy, zjedzie na parter i ucieknie na miasto. Jak najdalej stąd.

 

– No już! – Krzyk poderwał go z miejsca i nawet nie zorientował się gdy trzymał klamkę okna i właśnie przekręcał ją, aby je otworzyć.

 

Do środka wpadło rześkie nocne powietrze. Słychać było w oddali auta jeżdżące ulicami. Kobieta wychyliła się lekko, a potem zagwizdała przez palce. Hubert tak nie potrafił i nikt rodziny, z tego co kojarzył, nie umiał tej filmowej sztuczki.

 

***

 

Stwór o ślepiach czerwonych i dorodnych jak dwa grejpfruty zastygł w powietrzu, machając swymi olbrzymimi błoniastymi skrzydłami. Hubert patrzył na niego z przerażeniem, czując, że pęcherz moczowy nie wytrzyma więcej. Był zresztą przekonany, że ma już na kroku kilka większych plam. Ale nie było one teraz ważne. Prababcia stała obok, uśmiechając się lekko w sposób, o który pewnie nikt z rodziny by ją nie posądził, nie tę drobną babinkę, fankę seriali obyczajowych i filmów z gatunku ckliwych romansideł. Tej, która co niedziela piekła szarlotkę albo sernik dla licznej gromadki swoich wnuków i jedynego, jak na razie, prawnuka.

 

– Patrz na niego! – rozkazała, widząc, że Huber powoli odwraca wzrok.

 

– Babciu… proszę – załkał cicho, choć wiedział, że to na nic się zda. Wyszedł jedynie na jeszcze większą beksę.

 

Stworzenie rozwarło długi, usiany drobnymi igiełkowatymi zębiskami dziób i zaryczało. Hubert ledwo zniósł ten donośny skowyt, który zatrząsnął szybami w oknie.

 

– Jesteś durny, prawda?

 

Pokiwał głową.

 

– Powiedz to.

 

– Jestem durny.

 

Aniela machnęła ręką. Znak zrozumiał stwór, który nagle odleciał, a po chwili zadało się słyszeć kolejne odgłosy chrupania, o wiele cichsze, ale nadal wychwytywane.

 

Kazała zamknąć mu okno i usiąść na łóżku.

 

– Nie powiesz o tym nikomu. O gnieździe, o tym co widziałeś?

 

– Jakim gnieździe? – zapytał, zupełnie szczerze.

 

– Nie byłeś na dachu?

 

– Nie, naprawdę, przysięgam. Zobaczyłem uchylone drzwi i…

 

– W porządku – przerwała spokojnym, ale nadal oschłym tonem. – Czasami się zbyt często zapominam. Wiek robi swoje. W każdym razie nie powiesz o tym nikomu.

 

Przytaknął.

 

– Nie myśl, że ci tak odpuszczę – prychnęła. – Nie mam zaufania do twoich słów. Właściwie to mam je w dupie.

 

Miał wrażenie, że to kolejny koszmar, z którego za nic nie może się wybudzić.

 

– Śpij, jesteś tutaj bezpieczny. Odesłałam go, więc już nie przyleci.

 

Podeszła do drzwi. Hubert spoglądał w okno, a potem przeniósł wzrok na prababcię, o ile to rzeczywiście była ona. Miał poważne wątpliwości.

 

– Nasłałabyś go na mnie, gdybym komuś powiedział? – zapytał.

 

– Oczywiście – odparła bez wahania.

 

– Jestem twoim prawnukiem, to nic nie znaczy?

 

Uśmiechnęła się. Wyglądało, że szczerze i życzliwie.

 

– Znaczy wiele, ale nie tyle, ile pierworodny.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Sucre 2 godz. temu
    Ciekawe, naprawdę trzyma w napięciu do ostatniego zdania.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania