Poprzednie częściPod gwiazdami

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

POD GWIAZDAMI CZĘŚĆ 21

MICHAEL

 

– Co znowu? – Odsunąłem wargi od ust Sarah, słysząc głośne odgłosy dobiegające z głębi mieszkania. – Schowaj się do szafy, ja pójdę sprawdzić. Może mam przesłuchy od końskiej dawki prochów, którą wtoczył we mnie Paul, ale chyba słyszałem urwany okrzyk ojca, jakby go ktoś uciszył.

– Michael, przecież ty ledwie trzymasz się na nogach… nie wychodź.

– Spokojnie. – Przytrzymałem bladą twarz Sarah za policzki. – Dam radę – dodałem i sięgnąłem po broń, leżącą na skraju łóżka. – Nie wyścibiaj nosa za drzwi pod żadnym pozorem, rozumiesz?

Skinęła twierdząco głową. W jej wielkich oczach widniał strach, pomieszany z troską. Ucieszył mnie ten widok, bo nabrałem pewności, że jednak nie jestem jej obojętny.

Uchyliłem delikatnie drzwi, rozpoznałem teren i przekonawszy się, że jest czysto, ruszyłem powoli przed siebie. Czułem żołądek w przełyku, a ból w pozszywanych ranach był tak silny, że każde stąpnięcie wywracało mi flaki do góry nogami.

Narkotyki nie działały tak, jak oczekiwałem. Irytował mnie ten stan rzeczy.

Zacisnąłem jednak zęby i nie zwalniałem kroku. Odgłosy na dole ucichły, co nie wróżyło niczego dobrego. Ojciec za każdym razem, kiedy wykończył wroga, wypełniał głuchą przestrzeń w pomieszczeniu śpiewem. Nie miał głosu, ale partie tenorowe szły mu nadzwyczaj przychylnie dla ucha.

Nie było słychać rozmowy – cisza, jakby dom był opustoszały.

Miałem zaledwie dwa kroki, aby zaszczycić progi salonu, lecz zawahanie się przejęło prym; przywarłem plecami do zimnej ściany, stabilizując oddech.

Cierpiałem katusze, ale nie mogłem pisnąć, narażając się tym samym na utratę życia.

Po paru głębokich wdechach opanowany i skupiony na dalszym węszeniu wkroczyłem do salonu – był pusty, jak podejrzewałem.

– Co do chuja? – Zaświeciła mi się czerwona lampka w głowie. – Zabrali zwłoki i zwiali? – Zachodziłem w głowę.

Nie… nie, szybko odrzuciłem tezę. To nie było w stylu Dona.

Podszedłem do okna, rozchyliłem firankę; roztrzaskany helikopter stał na posesji – pilota brak.

– Chyba rzeczywiście podwinęli ogony – burknąłem i uniosłem kąciki ust, czując rosnącą ekscytację – Nie chcieli przeszkadzać?

Wypuściłem firankę z dłoni, nie zdążyła osłonić okna, kiedy parę naboi przeleciało przez podwójną szybę; szkło opadło z hukiem na posadzkę, a ja odskoczyłem w objęcia ściany.

– Ja pierdolę! – zakląłem pod nosem. Kule świstały przez rozwalone okno bezustannie. – To na pewno snajper, bo trafia w jeden punkt. – Przechyliłem lekko głowę i zawiesiłem wzrok na komodzie, a raczej na tym, co z niej pozostało.

Korniki robią mniej szkody niż ten pojeb z laserem.

Usłyszałem to, czego się najbardziej obawiałem – stłumiony krzyk Sarah. Nie zważając na kule, ruszyłem z kopyta do sypialni, ale nie zdążyłem – ukochanej już tam nie było. Dopiero kiedy podszedłem do okna, zauważyłem, jak jacyś brutale wpychają zakneblowaną kobietę do dostawczaka; był tam ktoś jeszcze.

Strzeliłem. Celowałem w koła – spudłowałem.

Auto odjechało z piskiem opon, pozostawiając po sobie kłęby spalin. Opadłem na ziemię – dopiero teraz zauważyłem dwa świeże postrzały.

– Kurwa – syknąłem, wzniosłem obolałe ciało i namacałem telefon w tylnej kieszeni spodni.

Wybrałem numer Dona – wyłączony; Alecka – abonent poza zasięgiem.

Wklepałem Harris – odebrał:

– Co tam?

Streściłem przebieg wydarzeń.

– Zbierz ludzi, namierz ojca i czekaj na mnie; będę za cztery godziny. – Przerwałem połączenie.

Rozłożyłem broń – wkład był prawie pusty. Wymieniłem magazynek i wolnym krokiem ruszyłem w stronę drzwi. Potrzebowałem coś zażyć, bo ból stawał się nie do wytrzymania, a musiałem dojechać do Londynu.

Kopnąłem drzwi, ustąpiły bez problemu. Nie zdążyły nawet dotknąć ściany, kiedy runęła salwa pocisków.

– Na chuja zostawili to ścierwo? – Byłem coraz bardziej poirytowany, a świeże rany dokuczały niemiłosiernie. Miałem odczucie, jakby kule tarły o kości. Na szczęście szybko mnie olśniło, kiedy moje oczy przez przypadek zawisły na teleskopie. – Lornetka. – Sarah miała specjalną do oglądania nocnego nieba. – Odstrzelę cię jak psa, szmaciarzu jebany.

Nie przeciągając, podreptałem do przedsionka, pochwyciłem w locie masywną lornetę i podszedłem do ściany, nieopodal okna.

– Gdzie jesteś, pojebie? – Przyłożyłem przyrząd do twarzy, miałem drugie oczy i zerknąłem przez firankę; nie odsłaniałem jej, bo to była pewna śmierć. – Wystarczy namierzyć ptaszka, pociągnąć za spust i gotowe – burknąłem do siebie, wytężając wzrok. Ustawiłem ostrość i bingo.

Nieproszony gość był na dachu sąsiedniego budynku – pustostan. Kątem oka wypatrzyłem czerwony punkcik na ścianie. Strzelec miał mnie jak na widelcu, ale ja jego też. Aby oddać strzał, musiał unieść głowę, przyłożyć do lunety i wycelować; to była moja szansa.

– Tym gównem cię nie sięgnę. – Szybko doszedłem do wniosku, że potrzebuję swojej broni. Tylko, gdzie mogła być?

Ostatni raz miałem ją w salonie – przeszedłem tam. Zajrzałem pod stół, obcykałem dywan, przetrzepałem kanapę – kicha.

– Kurwa… kurwa… by to szlag. – Uruchomiłem szare komórki; pustka.

Ciało napierdalało mnie coraz mocniej; mroczki przed oczyma przybierały na sile. Długo tak nie pociągnę. Sarah miała jakieś proszki, ale za słabe. Jednak wyłuskałem z listka jakieś tabletki i popiłem wodą, stojącą obok kanapy.

Dlaczego stawiała napoje na ziemi, pomyślałem? Schylanie było teraz najmniej pożądanym przeze mnie wysiłkiem.

Podskoczyłem, kiedy zadzwonił telefon; wokół panowała głusza, nawet własny oddech słyszałem intensywniej.

– Mów – wyszeptałem.

– Don jest paręnaście kilometrów od ciebie, na obrzeżach jakiejś wiochy – oświadczył Harris. – Zostań na miejscu, już do ciebie lecimy. Pół godziny i jesteśmy. Potrzebny lekarz?

– Tak i dużo prochów… Będę czekał. Wylądujcie za wiochą, bo jeden złom na posesji, już mam. – Wdusiłem czerwoną słuchawkę i wcisnąłem telefon do kieszeni spodni.

Nigdy nie pochwalałem metod ojca, aby chipować ludzi jak psy; teraz byłem wdzięczny jego uporowi, bo bez tego szukałbym teraz, jak wiatru w polu. Małe urządzonko w łydce, a taka wygoda.

Jedyne, co na chwilę obecną musiałem zrobić, to: odstrzelić gnoja i znaleźć torbę Paula, bo facet nie żyje na bank, ale nie miałem czym.

– Myśl Michael – mówiłem do siebie, drepcząc w miejscu. – Gdzie mogłeś ją posiać? Kurwa. – Uderzyłem głową w słup. – Pierdolony telefon.

Odebrałem:

– Szef zmienił pozycję. Zrobili sobie zapewne krótką przerwę. Zmierzają do Londynu; tak mi się zdaje, bo wjechali na pasmówkę – recytował Harris jednym tchem. – Co robimy?

– To, co ustalone. Czekam – zakasłałem, co nasiliło ból głowy. – Wyjechałbym wam naprzeciw, ale jestem uwięziony, jak kanarek w klatce. Zostawili snajpera na dachu, który zapewne ma mnie dobić. Alec też jest w okolicy?

– Tak i Sarah też.

– Ją ojciec również naznaczył? – Byłem ciut zdziwiony. – Nie wiedziałem.

– Tak – prychnął Harris. – Sam wiesz, że technologia to jego konik, a ludzie wrogami albo przyjaciółmi. Ponoć Sarah bez psioczenia przystała na propozycję namiaru w razie „W”.

– Dobra, kończę. – Przerwałem sygnał i przejechałem palcami po zarośniętej szczęce.

W aucie mam drugą broń, ale jak do niego dotrzeć, zachodziłem w głowę?

Usiadłem, potrzebowałem zebrać myśli, co nie było łatwe, bo mózg parował. Tabletki chuja pomogły, było coraz gorzej. Pochwyciłem podkoszulek Sarah leżący na oparciu fotela i jednym szarpnięciem rozerwałem. Owinąłem postrzał na udzie; mocno krwawił, po czym wstałem i podszedłem do tylnych drzwi.

Zbadałem teren i nie zauważywszy niczego niepokojącego, ruszyłem ile sił przed siebie. Byłem na celowniku, bo dwie kule przeleciały blisko ucha, ale na szczęście, dupek nie trafił. Dopadłem drzwi, otworzyłem, wskoczyłem do środka i wyjąłem broń ze schowka.

Pojeb strzelał jak opętany. Modliłem się w duchu, aby nie trafił w bak i nie doszło do samozapłonu, bo wylecę w powietrze i będę oglądał idiotę z góry.

Przybrałem wygodną do oddania strzału pozycję i tylko czekałem na kolejny wystrzał – padł; oddałem krótką serię – nie trafiłem.

Próbowałem parę razy, bez rezultatu – na szczęście miałem spory zapas amunicji, bo zapowiadała się dłuższa zabawa. Człowiek na dachu miał dobre oko i strzelał precyzyjnie w okolice podwozia, próbując przestrzelić żelastwo i umieścić parę pocisków w moim i tak już poszatkowanym ciele. Parę przeleciało na wylot – żadna jednak nie osiągnęła celu.

– Dlaczego mnie zostawili? – zadawałem sobie pytanie. – Miałem przeżyć, a tamten na dachu ma mnie tylko przyblokować, przed podjęciem pościgu? Przecież dobrze wiedzieli, że również tutaj jestem, więc…?

Próbowałem zmienić pozycję, bo mi łydka zdrętwiała; pożałowałem tego szybko. Rwący ból przeszył mięśnie i dotarł do kości. Zacisnąłem zęby, starłem łzy z rzęs i przygryzłem wargę. Zamknąłem oczy, wychodziły z oczodołów.

Cierpienie przyćmiło lęk o ukochaną i ojca. Prawie o nich nie myślałem – w ogóle nie myślałem, tylko tkwiłem w uwięzi, nie mogąc wyścibić nosa. Mogłem zostać w domu, przynajmniej było dużo miejsca.

Wyjąłem kawałek obeschniętej bagietki z bocznej kieszonki drzwi, wystawiłem ponad głowę; padł strzał… kolejny. Wykorzystałem sytuację i celując we wcześniej obrany kierunek, odstrzeliłem intruza. Skąd wiedziałem, że oberwał? Nie strzelił więcej, chociaż wierciłem się w aucie, jakbym wlazł w mrowisko.

Odetchnąłem z ulgą i opadłem na siedzenie od strony pasażera. Ciemne plamy przed oczyma przybrały na sile, traciłem jasność widzenia.

– Tylko nie teraz – jęknąłem i otworzyłem drzwi. – Muszę znaleźć torbę, bo nie wyrobię.

Wypadłem z auta, nie miałem siły podźwignąć ciała z podłoża. Jak wąż, sunąłem po wilgotnej trawie, przymroczony i ledwie żywy. Wiedziałem, gdzie leży torba, bo podczas obczajania snajpera, dojrzałem sztywne ciało doktorka obok helikoptera.

Dzieliło mnie od niej parę kroków – wieczność, jeśli chodzi o osiągnięcie celu. Uda i łydki rwały, szczypały, bo naruszona darń zabrudziła rany. Zawyłem jak wilk do księżyca. Zamglenie sczerniało, głowa opadła na trawę, zemdlałem.

***

 

– Michaelu… otwórz oczy – usłyszałem przytłumiony głos i poczułem czyjś dotyk na ramionach. – Wjebałem w żyłę półtorej porcji. Zaraz poczujesz się lepiej. – Znałem tembr głosu, który do mnie przemawiał. Próbowałem unieść ociężałe powieki – poległem.

– Zostaw – oznajmił matowy głos. – Pięć minut i będzie skakał po drzewach.

Mężczyzna wiedział, co mówi, bo niespełna trzy minuty później siedziałem na kanapie z kubkiem herbaty w ręku.

– Lepiej? – spytał Harris i usiadł obok. – Niezła rozpierducha mnie ominęła. – Wyszczerzył się i zanurzył wzrok w telefonie. – Są sto kilometrów przed Londynem – powiedział, monitorując chip ojca. – Lecimy bliżej obiektu?

– Pytasz na wpół przytomnego, co dalej – fuknął Tao. – Ściągamy pośladki i w drogę – podsumował i opuścił salon.

– Ilu ludzi mamy? – wycharczałem.

– Przylecieliśmy na dwa helikoptery, więc wystarczająco – odparł Harris, wstał i wyrwał herbatę z moich dłoni. – Idziemy. Szkoda czasu.

– Zaraz… psy – wymamrotałem i uniosłem ciało do pionu. – Trzeba je zabrać.

– O czym ty do chuja do mnie mówisz? – Harris uniósł pytająco brew. – Przetrzepaliśmy cały dom, nie ma nikogo.

– Psy Sarah.

– Daj mu więcej leku, bo pierdoli jak potłuczony. – Harris spojrzał na Tao. – Zostały w Londynie – skwitował i podał mi pomocne ramie.

– Zostaw! – Wyrwałem się z uścisku. – Musicie je znaleźć.

– Johnny, widziałeś w okolicy jakieś psy! – krzyknął Harris.

– Latają tutaj jakieś dwie chudziny – odkrzyknął. – Zastrzelić?

– Nie, złapać i wsadzić do maszyny – poinstruował Harris i ponowił próbę pomocy; przyjąłem ją.

– Na przyszłość, nie rób ze mnie idioty, rozumiesz? – Spiorunowałem towarzysza wzrokiem i powoli podreptaliśmy w stronę wyjścia.

Odpowiedziało mi milczenie. Odwrócił głowę.

– Wyjmij telefon, mam w tylnej kieszeni. – Harris zrobił, o co prosiłem i podał mi go. – Idź, ja zaraz dołączę.

Wybrałem numer i nawiązałem połączenie:

– Zygzak? – Po drugiej stronie panowała cisza. – Tutaj Michael Lord.

– Słucham – głos był oschły, mocno basowy.

– Zaraz wyślę lokalizację, będzie robota.

– Jatka, czy przekąska? – Był zainteresowany, co wyczytałem z tembru głosu.

– Jatka.

– Czekam. – Usłyszałem pipanie; rozłączył połączenie.

Wysłałem pinezkę z ostatnią dostępną lokalizacją, prosząc, aby był w okolicach wjazdu od zachodu, po czym w ślimaczym tempie wlazłem do helikoptera.

Pieski zostały nafaszerowane prochami; spały smacznie na tyłach maszyny. Miałem tylko nadzieję, że otworzą oczy, po takiej dawce.

Było nas w helikopterze ośmiu, wyłączając pilota, bo nie był przeszkolony do bycia mordercą.

– Poprosiłeś tego bydlaka o wsparcie? – Tao nie był zadowolony z mojego posunięcia i nie krył tego. – Nie mam wyboru. Ojca jeszcze bym przeżył, bo za blisko z nim nie jestem, ale utrata Sarah stawia mi wszystkie włosy na ciele, rozumiesz?

– Tak. – Tao pokiwał głową i uniósł kąciki ust. – Co te baby z nami robią.

– No właśnie – przyznałem i wsparłem głowę na oparciu.

Zygzak był rozchwytywanym i trudno dostępnym skurwysynem, który potrafił ustrzelić wszystko z ogromną precyzją. Aby ocalić najbliższych, musiałem zaryzykować, a było się czego obawiać, bo był nieobliczalny. Zwiał z najlepiej strzeżonego więzienia, a psychiatrów, którzy próbowali mu pomóc, wystrzelał jak kaczki.

Był wybuchowy, ale jak się ma dwie świadomości, to trudno przewidzieć, z którą z nich przyjdzie w danej chwili obcować i rozmawiać.

Kiedy pilot odpalił silnik, myślałem, że mi mózg wybuchnie i wycieknie nosem.

Zatkałem uszy i skupiłem myśli na czymś przyjemnym; no może nie do końca.

Cofnąłem bieg czasu i zakotwiczyłem w przeszłości. Przed oczyma stał mi obraz ojca, jak mnie poniża i wyśmiewa. Milczałem, nawet nie za bardzo słuchałem. Przywykłem do takiego traktowania, nawet mu współczułem, że musiał obcować z nieudolnym synem.

Czy kiedyś z jego ust padło coś miłego w moim kierunku? Nie.

Więc, dlaczego czułem serce w przełyku na myśl, że mogę go już więcej nie zobaczyć?

Otworzyłem oczy.

Przeszły mnie dreszcze od czubka głowy po palce stóp.

– Wszystko okej? – zagadnął Harris. – Jesteś blady jak kreda. – Położył mi dłoń na czole. – Płoniesz.

– Przeżyję – oznajmiłem.

– Za pięć minut lądujemy. Chcesz jeszcze prochów?

– Nie… serce mi kołacze w piersi, jakby chciało z niej wyskoczyć. – Przedstawiłem fakty. Nic głośno nie mówiłem, ale coś było nie tak.

Pot spływał strużkami po rozgrzanych plecach, a oddech był płytki i urywany; czyżbym przedobrzył?

– George, odpal laptop. – Tao szybko przemieścił się bliżej informatyka. – Wklep to – poprosił i postukał palcami w skroń.

– Stare fabryki – poinformował George, patrząc na mapę satelitarną.

– Co jest? – mówiłem z coraz większym trudem. Wielki balon blokował mi drogi oddechowe.

– Nie jadą do miasta – stwierdził George. – Od jakichś dwudziestu minut tkwią w miejscu. Chyba mamy miejsce docelowe. – Podam namiary pilotowi. – Kiwnął głową i zaczął działać.

Harris wrócił na miejsce.

– Prześlij mi dane. – Trzymałem telefon kurczowo; miałem wrażenie, że zaraz wypadnie.

– Po co? – Tao był zaskoczony moją prośbą.

– Zygzak.

– Kurwa, zapomniałem, że będzie.

– Więcej ćpaj, to na pewno wpłynie dobrze na pamięć – syknąłem, ciut poirytowany tymi pytaniami.

Chłopaki wybuchli śmiechem.

– Pan czyściutki zabrał głos – prychnął Tao i przesłał informacje. – Sarah wie, że jesteś uzależniony od swojego specyfiku i jak go nie zażyjesz, to ci odpierdala?

– Nie, ale widziała mnie od tej drugiej strony. – Przełknąłem ślinkę. – Kiedyś o mało jej nie zgwałciłem. Byłem na zejściu i coś mnie jebnęło na ostre rżnięcie. – Słowa więzły w gardle, bo chwalić się nie było czym; z drugiej strony stwierdziłem fakt i pokazałem, jaki jestem pierdolnięty, o czym oni z resztą dobrze wiedzieli.

– To wtedy się wszystko posypało – dodał Harris. – Szef coś wspominał o jakiejś cizi, która cię nie chciała. Dopiero kiedy nastała w firmie, widzieliśmy, jak cię olewa na własne oczy. Cudowny widok.

– No… zapewne, ale nie dla mnie – stwierdziłem. – Długo jeszcze?

– Dwie minuty – rzucił pilot. – Już widać zardzewiałe blachy i kominy.

– Długi dystans przed nami?

– Kilometr – odpowiedział pilot. – Bliżej nie podlecę, bo za duży hałas.

– Powiedział, co wiedział – wypaliłem. – Przecież i tak nas usłyszą.

– Nie, bo szef kazał zainstalować pochłaniacze huku – dodał pilot. – Do kilometra jesteśmy niesłyszalni.

– Ojciec pomyślał o wszystkim. – Coraz bardziej podziwiałem jego przezorność i upodobanie do technologicznych nowinek.

– Będę nas sadzał, trzymać się czegokolwiek! – wykrzyknął pilot i skupił uwagę na sterze.

Szkoda, że nie kupił niczego, aby wyciszyć hałas w środku, pomyślałem – mózg miałem ugotowany na twardo.

Osiedliśmy bez problemu. Po upływie chwili śmigło zwolniło, po czym stanęło całkowicie.

– Do dzieła, panowie – rzucił Tao i jako pierwszy postawił stopy na twardej powierzchni.

Chłopcy poszli jego śladem i po opuszczeniu maszyny, przycupnęli pod rozłożystym drzewem, czekając na rozwój sytuacji; wyglądali na znudzonych – niektórzy z nich ziewali.

– Nie tak szybko – powiedziałem. – Bez zygzaka nie idziemy dalej. Nie wiemy, ilu ich tam jest i jak wygląda sytuacja.

– Już wszystko wiem – doleciał do moich uszu znajomy głos. – Przeprowadziłem rekonesans.

– Jakim cudem… już jesteś? – Byłem w lekkim szoku.

– Nie tylko wy macie maszyny latające – roześmiał się i podszedł bliżej, obserwując wszystkich spod ściągniętych brwi. – Dziesięciu strzelców, trzech snajperów. Dwoje zakładników jest w starej chłodni od zachodniej strony.

– Nawet nie będę pytał, skąd wiesz. Jak dwoje…?

– Było piętnastu karabinierów, ale część gryzie ziemię. – Puścił oczko. – Jest starszy pan i kobieta.

– Aleck, gdzie? – Ciśnienie mi skoczyło, co szybko odczuło serce. Chyba miałem zawał.

– Nikogo więcej tam nie ma.

– Nie było Alecka wokół domu? – Zmierzyłem chłopaków; za mocno przekręciłem ciało, ból promieniał, ugryzłem czubek języka.

– Żywej duszy – odpowiedział Tao.

– Zapewne za dużo fikał i wyrzucili go po drodze – zasugerował zygzak z przekąsem na ustach.

– Może być – westchnąłem. – Szkoda… lubiłem gnoja.

– Ruszamy? – spytał Harris.

– Tak.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • il cuore 4 miesiące temu
    Gdybyś chciała oddać do druku, to skrócono by zapewne 1/4, ale dla potrzeb ćwiczenia umiejętności pisania ok, smarujesz zbyt szczegółowo na wymogi czytelnicze, a to w sytuacji dynamiki przebiegu akcji wytraca kontekst, tobie chodziło żeby była szybka akcja a wypadło rozwlekle i ospale.
    Se żartuję, jest wporzo.
    cul8r
  • Joan Tiger 4 miesiące temu
    Dzięki za komentarz. Tak sobie piszę, bo lubię.:) Pisarki ze mnie nie będzie, a oderwanie myśli od szarej rzeczywistości i wkroczenie w inny świat, to karma dla mózgu. :)
  • il cuore 4 miesiące temu
    Jesteś być może jedną z niewielu osób będących na tym portalu, która przestrzega zasad pisowni, jak dotychczas nie spotkałem tutaj takich, którzy nie robiliby błędów.
    Twoje teksty są dosyć długie, więc poniewierają się czytaniu.
    Chyba kojarzę ciebie z innego miejsca.
    cul8r
  • Joan Tiger 4 miesiące temu
    il cuore. Może z Waatpada, ale odpuściłam sobie. Dzięki za miłe słowo. Szczerze, nie umiem pisać krótkich opek, bo zaraz mam cały zarys książki. Mniej niż 300 nie piszę, a tasiemce przeważnie odstraszają. ;)
  • ZielonoMi 2 miesiące temu
    Alec jest lewy, tak mi się wydaje. I jak już ją porwali, to może jakieś wpierdol?🤣
  • Joan Tiger 2 miesiące temu
    Tobie tylko jedno na myśli. Ja idę bardziej w kierunku popaprańców, co lubią różne zabaweczki. :)
  • ZielonoMi 2 miesiące temu
    Joan Tiger Proparańcy? Też lubię... bo sama pogrzana.😁

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania