Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Pod Złamanym Kilofem. Rozdzial 1.

Rozdział I – Pod Złamanym Kilofem.

Wioska leżała w wąskiej dolinie, tak ciasno wciśniętej między góry, że przy gorszej pogodzie człowiek mógł odnieść wrażenie, iż zbocza pochylają się nad dachami, żeby podsłuchać, o czym mówią mieszkańcy. Góry nie były szczególnie wysokie, ale miały w sobie coś ponurego: nagie, ciemne grzbiety, płaty wrzosu przyklejone do kamienia i głębokie szczeliny, w których śnieg potrafił leżeć jeszcze wtedy, gdy w dolinie zaczynała się już wiosna. Tego wieczoru ich szczyty ginęły w niskich, brudnoszarych chmurach. Deszcz nie padał mocno. Padał za to cierpliwie, drobnymi, zimnymi kroplami, które od rana sączyły się z nieba i zdążyły wniknąć we wszystko: w strzechy, w kamienne mury, w płaszcze, w końskie grzywy, w drewno płotów i w nastrój ludzi.

Domy zbudowano z ciemnego kamienia wydobytego z okolicznych stoków. Stały ciasno przy jednej błotnistej drodze, jakby przez lata próbowały przysunąć się do siebie dla ciepła. Niektóre były niskie i krzywe, inne miały piętro, ale wszystkie sprawiały wrażenie równie wilgotnych. Dachy porastał mech, który po deszczu nabierał głębokiej zieleni. Z kominów sączył się dym, ciężki i mokry, ślizgający się nisko między budynkami zamiast wznosić ku chmurom. Pachniało palonym drewnem, torfem, mokrą wełną, końskim nawozem i czymś metalicznym, co przynosił wiatr od strony kopalni. Mieszkańcy przestali dawno uważać deszcz za pogodę. Był po prostu częścią krajobrazu, podobnie jak kamienie, owce i przekleństwa. Na mapach kraina nazywała się Zagórze. W tawernach południa nazywano ją Zadupiem. W te strony mało kto się zapuszczał. Poza kupcami z Magdebergu, którzy ze swoimi towarami docierali wszędzie, gdzie istniała choćby nikła szansa, że ktoś za nie zapłaci.

Nad wioską wznosiło się nagie zbocze przecięte czarnym wejściem do kopalni. Z daleka wyglądało jak rozchylone usta góry. Od pokoleń wydobywano tam rudę żelaza i srebro.

Działo się tam jednak coś jeszcze, o czym miejscowi niechętnie rozmawiali z obcymi. Z szybu dochodził czasem głuchy stuk młotów, metaliczne uderzenia kilofów i przeciągły zgrzyt kół wagoników. Dźwięki niosły się po dolinie szczególnie dobrze po zmroku, kiedy milknęły wozy, handlarze zamykali kramy, a psy przestawały szczekać na każdego, kto przechodził drogą.

Droga do szybu zaczynała się za kuźnią. Mijała niewielki cmentarz otoczony murem z luźno ułożonych kamieni, a potem wspinała się między dwoma kamiennymi słupami pokrytymi zatartymi znakami. Deszcz i wiatr wygładziły je tak bardzo, że trudno było powiedzieć, czy kiedyś przedstawiały litery, runy, modlitwę czy po prostu rachunek za robotę kamieniarza. Nikt nie pamiętał, kto je postawił. Wiedziano jedynie, że nie należało ich przesuwać. Ostatni człowiek, który spróbował, przeżył wprawdzie, ale trzy tygodnie później ożenił się z chromającą córką młynarza, co w wiosce uznano za wystarczający dowód działania klątwy.

Największym budynkiem w osadzie była karczma Pod Złamanym Kilofem. Stała niemal dokładnie pośrodku wsi, przy niewielkim rozszerzeniu drogi, które miejscowi z przesadą nazywali rynkiem. Karczma była szeroka, z jednym piętrem od strony drogi, a z tyłu opadający teren odsłaniał jeszcze jedną niską kondygnację, w której mieściły się magazyny i piwnica. Kamienne ściany poczerniały od deszczu. Nad wejściem wisiał drewniany szyld przedstawiający kilof pęknięty na pół. Kiedy wiał wiatr, szyld skrzypiał na dwóch żelaznych łańcuchach tak przeciągle, jakby górnik uwieczniony na malowidle nadal miał pretensje do narzędzia.

Przed karczmą stało kilka koni, skulonych pod deszczem z cierpliwością właściwą zwierzętom, które dawno przestały wierzyć, że ich właściciele wyjdą przed zamknięciem. Para unosiła się z ich nozdrzy, krople spływały po grzywach, a kopyta grzęzły w rozdeptanym błocie. Jeden gniady koń drzemał z opuszczonym łbem. Drugi, siwy i chudy, co jakiś czas potrząsał grzywą, rozpryskując wodę na sąsiada. Sąsiad przyjmował to z godnością zwierzęcia, które od wielu lat pracuje z idiotami.

Nieco dalej, pod ścianą stajni, pozostawiono dwa niskie wozy kopalniane na grubych, okutych żelazem kołach. Były krótkie, ciężkie i tak solidne, jakby budował je ktoś głęboko przekonany, że prędzej pęknie góra niż oś. Na deskach zaschły smugi rudawego błota i czarnego pyłu. Przy jednym z wozów drzemały dwa kudłate kuce, ledwie wyższe od beczek stojących przy wejściu. Miały szerokie piersi, krótkie nogi.

Po otwarciu drzwi karczmy ciepło uderzało w twarz prawie jak ściana. Wnętrze było pełne dymu, pary i ludzkiego gwaru. W kamiennym palenisku trzaskały grube polana. Nad ogniem wisiał czarny od sadzy kocioł, z którego od czasu do czasu ktoś czerpał chochlą zawartość o zapachu cebuli, mięsa i przypraw używanych głównie po to, żeby człowiek nie pytał, z jakiego zwierzęcia pochodzi mięso. Przy ogniu suszyły się płaszcze. Mokra wełna parowała, rozsiewając ciężki, kwaśny zapach. Pod stołami spały dwa psy. Jeden był wielki i kudłaty, drugi mały, żółtawy i złośliwy nawet przez sen. Od czasu do czasu któryś z gości zahaczał butem o jego ogon i wtedy spod stołu dobiegało ostrzegawcze warczenie.

Na grubych belkach pod sufitem osiadał dym z paleniska, łojowych świec i fajek. Tworzył cienką niebieskawą warstwę, przez którą płomienie lamp wyglądały jak widziane przez brudne szkło. Powietrze pachniało pieczonym mięsem, piwem, czosnkiem, potem, wilgocią i dymem. Gdzieś z kuchni dochodził stuk noża o drewniany pień, syk tłuszczu i kobiecy głos wyliczający komuś przodków w kolejności, która sugerowała poważne zastrzeżenia do całej rodziny.

W najciemniejszym kącie sześciu krasnoludów piło w milczeniu. Nie przypominali w niczym łagodnych, brodatych staruszków z opowieści dla dzieci. Byli krępi, szerocy i zbudowani tak, jakby natura zaczęła robić zwykłych mężczyzn, po czym w połowie roboty uznała, że nie potrzebują nóg aż tak długich. Wszyscy mieli na sobie grube spodnie, ciężkie buty i skórzane fartuchy noszące ślady pracy w kopalni. Ich ręce były czarne od pyłu, paznokcie wyszczerbione, brody miejscami przypalone iskrami. Na stole między kuflami leżały górnicze lampy, rękawice i kilka kawałków żelastwa. Jeden miał młotek zatknięty za pas. Drugi nie zdjął pogiętego hełmu i pił, unosząc za każdym razem brodę pod dziwnym kątem, żeby rondo nie uderzało o kufel.

Milczenie krasnoludów nie wynikało z braku tematów. Wynikało raczej z tego, że byli po robocie i pierwsze dwa kufle traktowali jak czynność religijną. Jeden z nich, najbardziej masywny, siedział bokiem do sali. Miał szeroką twarz, nos wyglądający jak kilkakrotnie naprawiany po bójkach i brodę związaną skórzanym rzemykiem. Co jakiś czas unosił wzrok znad kufla i patrzył w stronę stolika przy palenisku.

Przy tym stoliku siedziało dwóch mężczyzn.

Pierwszy zwracał uwagę od razu. Miał długie, niemal białe włosy związane niedbale na karku. Kilka pasm wysunęło się spod rzemyka i opadało mu na twarz. Był szczupły, ale nie chudy, wysoki i poruszał się z tą szczególną oszczędnością ruchów, którą można było wziąć za doświadczenie w walce albo zwyczajne lenistwo. Na twarzy miał kilka blizn. Przynajmniej jedna wyglądała na prawdziwą. Pozostałe mogły być dziełem noża, kobiety albo tatuażem.

Nosił czarny skórzany kaftan, miejscami połatany skórą w niezupełnie tym samym odcieniu. Płaszcz, rzucony niedbale na oparcie ławy, był znoszony i mokry przy dolnej krawędzi. Za to buty miał znakomite: wysokie, z miękkiej skóry, solidnie przeszyte, zdecydowanie zbyt drogie jak na resztę stroju. Przy szyi błyszczał srebrny medalion. Z daleka mógł przypominać głowę wilka. Z bliska bardziej coś nieokreślonego.

Dwa miecze nosił na plecach, w pochwach zdobionych tak starannie, że trudno było uwierzyć, by zamawiano je dla człowieka takiego jak on. Obie sztuki wyglądały na broń drogą, może nawet bardzo drogą — zdecydowanie droższą od płaszcza, butów i samego właściciela razem wziętych. Nie było jasne, skąd ją miał. I być może lepiej było nie pytać.

Naprzeciwko niego siedział mężczyzna jeszcze bardziej rzucający się w oczy, choć bardzo starał się osiągnąć efekt przeciwny. Był duży, czarnowłosy, szeroki w barkach, z gęstą kilkudniową szczeciną. Mimo gorąca panującego w karczmie miał na sobie ciężką, ciemną pelerynę zapiętą wysoko pod szyją. Materiał układał się na plecach w dwa dziwne garby. Mężczyzna nie mógł wygodnie oprzeć się o krzesło. Siedział lekko pochylony, co kilka chwil poruszając ramionami i poprawiając pelerynę tak dyskretnie, jak tylko może robić to człowiek przesuwający pod ubraniem coś wielkości wrót od stodoły.

Siwowłosy przyglądał mu się jeszcze przez chwilę.

— A waść czego w tej pelerynie siedzisz? Gorąco jak cholera.

Mężczyzna poprawił zapięcie pod szyją. Zrobił to dwoma palcami, z pewną przesadną starannością.

— Uwierz mi, panie, gdybym mógł ją zdjąć, zrobiłbym to z największą przyjemnością.

— To zdejmij.

— Nie mogę.

— Czemu?

Tamten zerknął w stronę sali, po czym nachylił się trochę nad stołem.

— Bo jak zobaczą skrzydła, zaczną spierdalać przez okna.

Siwowłosy mówił swobodnie we Wspólnym Języku, ale tym razem nie był pewien czy dobrze zrozumiał. Spojrzał na najbliższe okno. Było małe, podzielone ołowianymi szczeblinami i wyglądało tak, jakby nawet kot musiał się wcześniej rozebrać, żeby się przecisnąć.

— Aż tak cię nie lubią?

— Mnie? Skąd. Jestem bardzo sympatyczny.

Strzepnął niewidoczny pył z rękawa.

— Podatków nie lubią.

Siwowłosy spojrzał na niego uważniej.

Mężczyzna wyciągnął rękę.

— Haracjusz jestem. Poborca jego książęcej mości.

Siwowłosy uścisnął dłoń.

— Gewałt.

Haracjusz nie puścił jego dłoni od razu.

— Słucham?

— Gewałt.

Haracjusz zmarszczył brwi.

— Masz jakieś problemy z wymawianiem spółgłosek?

— Nie.

— Bo to brzmi, jakby w środku czegoś brakowało.

— Niczego nie brakuje.

Haracjusz powtórzył pod nosem:

— Gewałt...

Spróbował jeszcze raz, wolniej.

— Ge-wałt...

Gewałt patrzył na niego bez wyrazu.

— Skończyłeś? To pseudonim.

— A prawdziwe imię?

— W Riyjdze prawdziwe imię dziecka znają tylko rodzice.

— A później?

— Później człowiek sam wybiera, jak ma się nazywać.

— I wybrałeś „Gewałt”?

Gewałt odwrócił wzrok i sięgnął po kufel.

— Byłem młody.

Wypił kilka łyków i rozejrzał się po izbie.

— Nie mogli znaleźć lepszych poborców? Tylko skrzydlatych?

Haracjusz uniósł lekko brwi.

— Właśnie dlatego nas biorą.

— Dlaczego?

— Bo szybko docieramy na miejsce. Ludzie donoszą jeden na drugiego bez przerwy, a z podatkami trzeba reagować od razu. Jakbym miał jechać konno na drugi koniec księstwa, zanim bym tam dotarł, nie byłoby już czego zbierać.

Haracjusz lekko poruszył ramionami pod peleryną.

— A tak dolatuję.

Siwowłosy spojrzał na niego. Haracjusz napił się piwa. Skrzywił się i zajrzał do kufla.

— Rozcieńczone.

Gewałt uniósł wzrok. Haracjusz westchnął.

— Wszystko chrzczą. Piwo wodą. Srebro miedzią. Prawdę kłamstwem. A rozum urzędników przepisami. Dziki kraj.

Gewałt sięgnął pod kaftan, wyciągnął mieszek i wysypał na dłoń kilka monet.

Haracjusz spojrzał najpierw na pieniądze, potem na niego.

— Od razu widać, że nie jesteś stąd.

— Dlaczego?

— Miejscowy człowiek nie wyciąga tak beztrosko pieniędzy przy poborcy podatkowym.

Gewałt powoli wsunął monety z powrotem do mieszka i spojrzał chłodno na Haracjusza.

— Nie jestem miejscowy. Ale zaczynam rozumieć, czemu ludzie uciekają na twój widok.

Haracjusz uśmiechnął się lekko.

— Widzisz? Szybko się uczysz.

Potem przyjrzał mu się znad kufla.

— A ty co właściwie robisz w Zagórzu? I jeszcze w tej dziurze? Żeby się tutaj dostać, trzeba przebrnąć przez pół tych gór. Człowiek raczej nie trafia tu przypadkiem.

Gewałt przesunął palcem po krawędzi kufla.

— Miałem trochę problemów u siebie. W Riyjdze.

Haracjusz lekko przechylił głowę.

— Ma to jakiś związek z twoim pseudonimem?

Gewałt zastanowił się.

— Powiedzmy, że pseudonim nie pomógł. Poza tym słyszałem, że można tu nieźle zarobić.

Przy stole krasnoludów nastąpiło niewielkie poruszenie.

Jeden z młodszych oderwał się od ławy, podszedł do Gewałta, bez słowa położył przed nim złożony na pół kawałek papieru i wrócił do swoich.

Gewałt rozwinął kartkę.

Napisano na niej wielkimi, koślawymi literami:

MÓSIMY POGADAĆ. JEST SPRAWA. ALE NIE PSZY TYM SUKINSYNIE SKSZYDLATYM. PODEJĆ DO NAS.

Gewałt przeczytał wiadomość jeszcze raz. Potem złożył kartkę i wsunął ją do kieszeni.

Haracjusz obserwował go ponad krawędzią kufla. Gewałt powoli napił się piwa.

Po chwili od stołu podniósł się starszy krasnolud. Szeroki w ramionach, z ciężką brodą i rękami czarnymi od kopalnianego pyłu. Podszedł do nich, zatrzymał się obok ławy i obejrzał Gewałta od niemal białych włosów aż po drogie buty. Najdłużej patrzył na oba miecze.

— Wybaczcie, że się wpierdalam. Usłyszałem kawałek waszej rozmowy.

Przeniósł wzrok na Gewałta.

— Podobno szukasz roboty?

Gewałt zerknął na Haracjusza, potem znowu na krasnoluda.

— Zależy jakiej.

— Dobrze płatnej.

Haracjusz prychnął. Krasnolud spojrzał na niego.

— Coś mówiłeś?

Haracjusz pokręcił głową z lekkim uśmiechem i zajął się piwem.

Krasnolud ponownie zwrócił się do Gewałta.

— Mamy robotę. Ale nie będę o niej gadał tutaj.

— Czemu?

Krasnolud wskazał brodą Haracjusza.

— Bo nie mam ochoty, żeby książę wymyślił jutro jakiś nowy podatek.

Haracjusz wzruszył ramionami.

Krasnolud nachylił się nad stołem.

— Jutro rano. Kopalnia. Pokażemy ci problem, pogadamy o cenie.

— Jaki problem?

Krasnolud obejrzał się na swoich kompanów.

— Mamy królewnę.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • il cuore godzinę temu

    /Poza kupcami z Magdebergu, którzy/ – a nie Magdeburgu? – rozumiem, że fantasy
    Nawiązanie do Sapkowskiego jest aż nadto oczywiste i budzi podejrzliwość odnośnie...

    Na szczęście mam osiemnaście lat, więc mogłem pozwolić sobie na czytanie tego nieprzyzwoitego tekstu? – napisany jest poprawnie, ładnie – no i straszliwie konwencjonalnie odnośnie Sapkowskiego wiedźmina 🦍🐝

  • Paweł Sawicki

    Berg a Burg to ogromna różnica dla naszych sąsiadów zza Odry i Łaby...

  • Paweł Sawicki

    Parodia się szykuje :) Piątka za to, że się uśmiechnąłem kilka razy :)

  • Paweł Sawicki

    "Od pokoleń wydobywano tam rudę żelaza i srebro.
    Działo się tam jednak coś jeszcze, o czym miejscowi niechętnie rozmawiali z obcymi. Z szybu dochodził czasem głuchy stuk młotów, metaliczne uderzenia kilofów i przeciągły zgrzyt kół wagoników. Dźwięki niosły się po dolinie szczególnie dobrze po zmroku, kiedy milknęły wozy, handlarze zamykali kramy, a psy przestawały szczekać na każdego, kto przechodził drogą."

    To część parodii (żart)? No bo cóż dziwnego, że z szybu kilofy słychać i wagoniki...?

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania