Poprzednie częściPODCIĘTE SKRZYDŁA - PROLOG

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

PODCIĘTE SKRZYDŁA / 21

NANCY

 

Osunęłam się na ziemię, wiotkie nogi nie były w stanie utrzymać giętkiego ciała. Wyznanie Justina dosłownie zwaliło mnie z nóg. Łapałam łapczywie oddech, czując, że nadal mam za mało tlenu w płucach. Mroczki przed oczyma nasilały się i pomimo wytrzeszczania oczu, nie potrafiłam określić, czy tam, gdzie obecnie kierowałam wzrok, znajdowały się drzwi, czy szafka na obuwie.

Podejrzewałam, że coś przede mną ukrywa, ale nawet przez myśl mi nie przeleciało, że może mieć HIV. Przypuszczenia kierowałam bardziej w kierunku guza mózgu, ze względu na jego zaburzenia. Raz był słodziutki jak szczeniaczek, by po chwili przeistoczyć się w dobermana.

Głowa ciążyła, więc wsparłam ją na dłoniach, nadal obcując plecami z zimną ścianą. Mózg wychodził powoli z oszołomienia, przywracając komórkom logiczne myślenie. Zaczynałam rozumieć jego pohamowanie w stosunku do mojej osoby i wiedziałam już, dlaczego unikał bliższego kontaktu.

Bał się mnie zarazić.

Nie chciał skazywać na życie, jakie sam prowadził.

Troska o mnie była silniejsza od zaspokojenia własnej żądzy.

Napięcie seksualne, które w nim wywoływałam, rozładowywał u Amber w łóżku.

Musiał bardzo cierpieć, wiedząc, że nie może mnie mieć, chociaż bardzo tego pragnął.

Powoli wstałam i kumulując pozostałą w ciele energię, chwiejnym krokiem udałam się do salonu; opadłam bezwiednie na kanapę. Wyglądałam, jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze i pozostawił na pastwę losu.

Co ja miałam teraz zrobić?

Bez niego zwiędnę jak kwiat w czasie suszy.

Załamię się jak atleta, który wziął na swoje barki zbyt duży ciężar, aby go podźwignąć.

Zreflektowałam umysł, przerzuciłam ramię przez barierkę i wdrapałam się po schodach na górę, do swojego pokoju. Opadłam na łóżko, czując, jak te trzy litery z jego wyznania, rozsadzają przeciążony mózg. Przypomniało mi się, jak kiedyś zagadnął – chyba świadomie – na temat osób cierpiących na nieuleczalne choroby i jak bezmyślnie odpowiedziałam, że nie związałabym się z takim kimś.

Dotarło do mnie, jak musiał się czuć, słysząc te słowa.

To jego zamknięcie się w sobie i rozczarowanie w oczach wyjaśniało wszystko.

To jego przygadywanie o drugiej bazie i że nie potrafił związać się z nikim na dłużej. To, że kochał tylko raz w życiu i dopiero teraz jego serce poczuło to po raz drugi.

Nie planował ze mną związku na dłużej, ale zakochał się i nie wiedział, jak wybrnąć z sytuacji.

Próbował wyznać prawdę – zabrakło iskierki i samozaparcia.

Zrobiłam głęboki wdech, chłonąc zapach tulipanów, stojących w wazonie na parapecie. Wzniosłam ciało do pozycji siedzącej i kątem oka dostrzegłam migającą kontrolkę w telefonie. Pochwyciłam i odblokowałam, dopatrując się dwóch wiadomości. Kliknęłam i zaczęłam czytać:

JUSTIN: Przepraszam, że okazałem się takim tchórzem i nie powiedziałem tego od razu, kiedy dotarło do mnie, że stałaś się dla mnie ważna. Uniknęlibyśmy w ten sposób wielu nieporozumień. Najwięcej z nich dotyczyło mojego układu na seks z Amber. Kotku, kocham cię tak mocno, że… nieważne.

JUSTIN: Nie chcesz mnie, a dla mnie oznacza to tylko… nie ma Justina bez Nancy. Przepraszam jeszcze raz. Wybacz mi i pamiętaj, że na zawsze pozostaniesz w moim serduszku. Żegnaj kotku.

Przeczytałam obie wiadomości chyba z pięćdziesiąt razy i zrozumiałam jedno: zamiast pokazywać ukochanemu drzwi, powinnam przytulić, zaprowadzić na kanapę i poprosić, aby dał mi czas, na zapoznanie się z zagadnieniem – HIV. Napisałam mu to przemyślenie, ale nie odpisał. Minęło pół godziny, od kiedy wysłałam wiadomość i dalej nic.

Wyszukałam jego imię w ostatnich połączeniach i wcisnęłam przycisk, zadzwoń. Złapałam się na pocztę głosową. Wyłączył telefon albo mu się rozładował, pomyślałam, wzruszając ramionami z bezsilności.

Byłam niespokojna i miałam dziwne przeczucie, że moja reakcja odcięła mu skrzydła. Nieraz mówił, że miał podcięte – teraz wiedziałam dlaczego.

Justin Green przestał być dla mnie zagadką i kimś, kogo nie potrafiłam zrozumieć, pomimo usilnych starań. Był cudowną istotą, która została brutalnie potraktowana przez życie i mężczyzną, który chciał sięgnąć nieba, ale porywiste wichry i burze z piorunami strącały go z niewidzialnych schodów, każąc próbować od nowa, aż do skutku.

Spróbował – osiągnął szczyt.

Kto okazał się tym podstępnym żywiołem, który doprowadził do jego upadku – ja.

Dobiłam go.

***

 

– Nancy! – Dobiegł do mnie głos mamy z dołu. – Jesteś u siebie?

Chciałam odpowiedzieć – nie chciałam, aby przychodziła do pokoju – ale, nie mogłam wydobyć żadnego dźwięku, że ściśniętego gardła. Jakaś niewidzialna siła nakazywała milczenie.

– Nancy! – powtórzyła ostrzejszym głosem. Po chwili usłyszałam ciche kroki na korytarzu i zarys sylwetki wyłaniającej się zza drzwi; wkroczyła do środka. – Dlaczego mi nie odpowiadasz? – Rysy twarzy miała ostre, a brwi zadarte wysoko do góry. – Dobrze się czujesz, dziecko?

Nie – nie – nie, krzyczałam, ale ona mnie nie słyszała, bo to krzyczało nieme ciało od środka.

– Jesteś strasznie blada. – Usiadła obok. – Masz chłodne ciało i lepkie od potu. – Dotknęła dłonią spoconego czoła i świdrowała przenikliwym wzrokiem. – Co się dzieje Nancy? Odezwij się wreszcie dziewczyno! – Potrząsnęła za ramiona, zero reakcji; nadal siedziałam, jakbym została poddana narkozie.

Po pergaminowym policzku zaczęła mi płynąć łza, oczy utonęły w głębi oczodołów – ktoś próbował je wyrwać od tyłu. Poczułam ciepłe dłonie na swoich. Mama uciskała mocno, masując energicznie, aby poprawić krążenie i zlikwidować drętwotę palców.

– Nancy, do cholery! Co się z tobą dzieje?! – ryknęła prosto w moją posępną twarzą. – Dzwonię po karetkę. – Wstała i pochwyciła telefon z łóżka.

Nie wiem, skąd wzięłam siłę, aby odgonić istotę, która miażdżyła krtań, by po chwili szepnąć: – Nie dzwoń.

– Tak się przeraziłam, że o mało mi serce z piersi nie wyskoczyło. – Usiadła na powrót obok, ściągając lekko kąciki ust. – Umarł ktoś, czy co? – Uniosła pytająco brew.

– Mamo! – rozryczałam się i przywarłam do jej piersi, szukając ukojenia w ramionach; ostatnio taka sytuacja miała miejsce, kiedy miałam jedenaście lat i złamałam rękę.

– Powiedz, co się dzieje, abym mogła ci pomóc? – Odwzajemniła uścisk. – Pokłóciłaś się z chłopakiem?

– Nie – wydukałam przez łzy. – Nie wiem, jak to z siebie wyrzucić… będziesz zła. – Odsunęłam głowę od jej piersi i napotkałam zdziwiony wzrok.

– Mów i przestań kluczyć. – Zmrużyła powieki i pokiwała głową. – Chcesz mi go w końcu przedstawić? – spytała, marszcząc nos. – Z przyjemnością go poznam.

– Jak ci powiem, to nie będziesz już tego tak ochoczo chciała. – Zrobiłam przestrzeń pomiędzy naszymi ciałami i zaczerpnęłam głęboko powietrza; za dużo, bo wywołałam odruch kaszlu.

– Zamordował kogoś? – Mama zamarła.

– Nie. – Przełknęłam nadmiar śliny i skuliłam dłonie w pięści. – Był tutaj dzisiaj i wyznał, że… – Drżałam, spinając mięśnie do granic możliwości; ściągnięte wargi mamy nie ułatwiały przepływu słów. – Justin… on ma HIV.

– Wiem o tym, dziecko. – Uśmiechnęła się szeroko, a ja zbierałam szczękę z kolan. – Mam paru znajomych w służbie zdrowia i poprosiłam Rona o przysługę. – Ścisnęła moją rozdygotaną dłoń. – Chciałam coś więcej wiedzieć o chłopaku mojej córki.

– Wiedziałaś i pozwoliłaś mi się z nim spotykać? – Byłam w szoku.

Kosmici podmienili mi mamę, pomyślałam, zerkając co rusz w jej rozpromienioną twarz.

– Kiedy Ron zdał mi relację i przedstawił fakty o twoim chłopcu, obleciał mnie zimny pot, a mózgiem zawładnął amok. – Powściągnęła uśmiech. – Od razu, kiedy tylko przekroczyłam próg mieszkania, zamierzałam przeprowadzić z tobą poważną rozmowę i zakazać, widywać się z tym chłopakiem, ale… – zamilkła, kładąc dłonie na moich kolanach; ciepły wzrok zatrzymała na rozbieganych źrenicach. – Zmieniłam jednak zdanie, dochodząc do wniosku, że nie mogę tego zabronić – westchnęła. – Nie, teraz kiedy egzaminy za pasem.

– Bałaś się, że popadnę w depresję i obleję, prawda? – spytałam beznamiętnie; znałam przecież odpowiedź.

– Tak – odburknęła, poruszając nerwowo palcami rąk. – To twój pierwszy chłopak i powiem otwarcie, że… jedyny, który zwrócił na ciebie uwagę. – Zrobiła skruszoną minę i oblizała wysuszone wargi. – Zagotowałam się na myśl, że jest chory, ale gdy tylko nieznacznie ochłonęłam, porozmawiałam głębiej o zagadnieniu HIV z Ronem i podjęłam decyzję, że zostawię to tak, jak jest i nie będę się w tę znajomość wtrącać.

– Dlaczego ani razu o tym nie wspomniałaś?

– To nie było moje zadanie, kochanie. Cała okolica szumi, że młody Green zakochał się do szaleństwa, a ty emanujesz szczęściem.

– Sąsiedzi też wiedzą o jego chorobie? – Wybałuszyłam wilgotne od łez oczy.

– Nie. – Mama puknęła się w skroń. – Wiedzą tylko o waszym uczuciu. Sąsiadka z góry nawet spytała Justina o nazwisko, taka była ciekawa, kto do ciebie przychodzi. Pani Duck, do tej pory nie może się nadziwić, że spotykasz się z takim przystojniakiem.

– Dlaczego mówisz mi to wszystko z takim spokojem? Przecież on jest chory? – Spojrzałam na mamę spode łba.

Nie poznawałam własnej matki – była wyrozumiała, miła i nie moralizowała.

– Z HIV można żyć, dziecko, tylko trzeba bardzo na siebie i nie tylko na siebie uważać. – Skrzyżowała ramiona na piersi. – Wiem, że istnieje ryzyko zakażenia… boję się o ciebie, ale nie jesteś już małą dziewczynką i jestem pewna, że nie muszę mówić, jak się zabezpieczać.

– Nie. – Zarumieniłam się. – Jeszcze tego nie robiliśmy. Justin nie chciał. – Spuściłam oczy i wlepiłam wzrok w spocone dłonie.

– Jego obiekcje są całkowicie zrozumiałe i ty chyba też o tym wiesz, odkąd poznałaś prawdę. – Poklepała mnie po ramieniu. – Daj mu czas, przełamie strach. Jeśli jego uczucie do ciebie jest szczere, nie zdoła się dłużej opierać, nie udźwignie tego.

Było widać gołym okiem, że mama obawia się o mnie, ale z drugiej strony cieszyła się moim szczęściem.

– Gdy mi to powiedział, wywaliłam go za drzwi, a teraz żałuję swojego posunięcia. – Zrobiłam maślane oczy. – Zraniłam biedaka chłodem, dobiłam milczeniem.

– Wróci i przestań się nad sobą użalać. – Pogładziła mnie po włosach. – Poczytaj sobie na temat tej choroby i głowa do góry. – Zmarszczyła czoło, ucałowała w rumiany polik, wstała i ruszyła wolnym krokiem w stronę drzwi.

– Mamo, zaczekaj! – Chwyciłam telefon i podbiegłam do niej. – Justin napisał dwie dziwne wiadomości. – Wyświetliłam treść; mama przejęła aparat i zrobiła posępną minę.

– Próbowałaś się z nim skontaktować, dziecko? – zapytała, ściskając mocno komórkę w dłoni.

– Tak, ale jego telefon nie odpowiada. – Zerknęłam w jej rozszerzone źrenice. – Wyczuwam, że jesteś poddenerwowana. Coś nie tak?

– Nie chcę wyciągać dalece idących wniosków, ale te wiadomości nie są normalne – westchnęła. – Justin leczył się już psychiatrycznie i śmiem przypuszczać, że może sobie coś zrobić. – Wyszła z pokoju, ruszyłam za nią, przeskakując co drugi stopień schodów.

– Dlaczego przyszłaś do kuchni? – To, co mama zasugerowała, wywołało mocny ścisk w klatce piersiowej, jakby ktoś po niej skakał. – Co chcesz zrobić.? – Widziałam, jak otwiera ostatnią szafkę z aneksu kuchennego i wyjmuje książkę telefoniczną.

– Szukaj pod nazwiskiem Green, a ja zadzwonię do Rona, może poda mi numer do któregoś z jego rodziców.

– Ma tylko ojca – rzuciłam, wertując kartki. – Stracił mamę tydzień temu – dodałam, nie mogąc opanować drżenia rąk.

– O Boże! – jęknęła i złapała się za głowę. – Niedobrze dziecko, niedobrze… Ron…

Po krótkiej rozmowie mama uzyskała numer do ojca Justina – nie musiała długo o niego zabiegać – i od razu się z nim połączyła, dając na głośnomówiący.

– Halo – odezwał się gruby głos po drugiej stronie komórki.

– Witam. Nazywam się Diana Morgan, mama Nancy, dziewczyny Justina.

– Witam… miło mi. W czym mogę pani pomóc? Mam nadzieję, że syn nie zrobił niczego głupiego w stosunku do Nancy.

– Nie, panie Green. – Mama wstrzymała oddech, grała na zwłokę, szukając odpowiednich słów. – Justin wyjawił dzisiaj córce, że jest nosicielem wirusa HIV. – Po drugiej stronie słychać było chrząknięcie. – Jej reakcja była odruchowa i zamknęła chłopakowi drzwi przed nosem.

– Rozumiem, ale nie pojmuję nadal, o co chodzi? – spytał mężczyzna spokojnym głosem.

– Pański syn wysłał do córki dwa niepokojące SMS-y – mówiła szybko, drżącym głosem. – Pierwsza myśl, jaka zakiełkowała w mojej głowie, po przeanalizowaniu na szybko treści to… Justin się z nią żegnał i śmiem twierdzić, że może wybrać niefortunne zakończenie tej całej historii.

– Tylko nie to – oznajmił ojciec Justina podniesionym głosem. – Dziękuję za informację. Zaraz postaram się wyciągnąć od jego znajomych, gdzie mógł pójść, ewentualnie skryć. Na chwilę obecną nie mogę nic więcej zrobić, bo jestem w Londynie. – Rozłączył się. Mama zwróciła twarz w moją stronę i zatopiła zatroskany wzrok w moich przekrwionych od płaczu oczach.

Po chwili na mój telefon przyszedł SMS, od numeru, pod który mama przed chwilą dzwoniła.

Jak się czegoś dowiem, to dam znać. Tom Green.

– Mamo, co ja najlepszego narobiłam. – Przywarłam do niej, walcząc z umysłem, który pisał czarne scenariusze. Najgorszy był ten, że mogłabym go już nigdy nie zobaczyć. – To wszystko wina mojego zalęknionego mózgu – rozpłakałam się jak małe dziecko. Mama zacisnęła uścisk i gładziła delikatnie po plecach, chociaż sama nie była pierwszej spokojności.

– To nie twoja wina, dziecko – przemawiała spokojnie. Nie zakładajmy od razu najgorszego – oznajmiła beznamiętnie, jakby sama nie wierzyła we własne słowa. – Chodź, zrobię herbatę, bo i tak nie pozostało nam nic, poza czekaniem na jakieś informacje.

– Nie będę siedzieć bezczynnie – rzuciłam, skierowałam się do korytarza i włożyłam buty w okamgnieniu; nie marnowałam czasu na sznurowanie. – Poszukam w naszych ulubionych miejscach. Sama słyszałaś, jak zareagował pan Green na twoje słowa.

Wybiegłam z mieszkania jak burza.

***

Biegałam po parku, ocierałam łzy, łapałam łapczywie oddech, podczas krótkich przystanków, ale nie natrafiłam na jego ślad. Jego ulubiony zakątek nad rzeką, również nie nosił oznak, aby tutaj był. Pokręciłam się jeszcze trochę po okolicy i usiadłam na pobliskiej ławce, wspierając rozgrzane plecy o oparcie.

Byłam zasapana, zmęczona, roztrzęsiona i załamana brakiem pomysłów, gdzie go jeszcze szukać. Justina telefon nadal milczał; próbowałam się do niego dodzwonić w trakcie poszukiwań. Wzbierała we mnie złość na samą siebie, na taką skalę, że miałam ochotę wrzeszczeć na całe gardło z rozpaczy. Nie zrobiłam tego jednak, bo wokół było zbyt wielu ludzi.

Kochanie, nie zrób nic głupiego, prosiłam w myślach.

Skuliłam się i podwinęłam kolana pod brodę, czując zimny pot, spływający leniwie po plecach i szyi. Nie mogłam nic więcej zrobić, nie wiedząc, gdzie mógł przebywać.

Czułam się – w ogóle się nie czułam. Najdelikatniejszy podmuch chłodnego wiatru wbijał w chude ciało zimne szpikulce i przeciągał nimi po wszystkich zakamarkach. Życiodajny tlen drażnił drogi oddechowe, jakby był kwasem. Serce, które umierało ze strachu, kołatało i dudniło, jak koła rozpędzonego pociągu. Mózg, który powinien podsuwać dobre rady, wyłączył się, bo tak naprawdę nigdy tych rad nie umiał produkować.

Justin!... Skarbeńku. Nie zostawiaj mnie samej na tym niezrozumiałym dla mnie świecie, wilkom na pożarcie. Wróć i zacznijmy wszystko od nowa, bez tajemnic i niedomówień.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • il cuore 3 miesiące temu
    /– To wszystko wina mojego zalęknionego mózgu/ – chyba lepiej usunąć tę półpauzę
    /– Choć, zrobię herbatę, bo i tak nie pozostało nam nic/ – chodź – klasyczny błąd, zdarza się nawet w poważnych publikacjach

    Tekst napisany jest nieźle, widać że masz pojęcie o warsztacie, zasadach pisowni, budowie zdań.
    cul8r
  • Joan Tiger 3 miesiące temu
    Dzięki za odwiedziny i miły komentarz. :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania