(PoG2dS) Którędy do Pana Buka?
Po akcji z biblioteką Mirek i Zdzichu przez kilka dni ukrywali się w swojej melinie, czyli w piwnicy starego bloku, gdzie śmierdziało stęchlizną, potem i niespełnionymi ambicjami. Czytali skradzione książki, próbując wyciągnąć z nich jakąkolwiek wiedzę, którą dałoby się sprzedać, ale wszystko kończyło się tym, że Zdzichu rysował długopisem kutasy w „Poczytaj mi, Mamo”, a Mirek usiłował znaleźć w podręczniku do fizyki instrukcję budowy bomby z mikrofalówki.
– To wszystko to ściema – burknął w końcu Mirek. – Wiedza jest przereklamowana. Za dużo liter, za mało sensu.
– A mówiłem, że trzeba kraść pieniądze, a nie mądrość – odparł Zdzichu, próbują co przydeptywać rozdeptaną puszkę po piwie w rytm "Gangsta Paradise" – Bo pieniądz to pieniądz. A wiedza to tak jakby pieniądz, tylko że w głowie, a w głowie to ja już mam burdel.
Jakiś czas później Zdzichu usłyszał to. Przypadkiem, jak zawsze. Stał pod budką z zapiekankami, udając, że ogląda ceny, a tak naprawdę podsłuchiwał rozmowę dwóch typów z bukmachera.
– Jutro przyjeżdża kasa(...)...
Zdzichu aż podskoczył.
– Mirek… – wyszeptał później, z oczami jak pięciozłotówki. – Kasa. Do bukmachera. Rozumiesz? KASA. Jutro, do bukmachera!
Mirek przestał żuć gumę.
– To jest, kurwa, jasna egzemplifikacja nadchodzącego dobrobytu. Wreszcie coś sensownego, a nie te pierdolone książki.
– No! Wchodzimy jak groźne skurwysyny, zabieramy forsę i spierdal…
– Spokój – przerwał Mirek. – Trzeba to logicznie scalać. Operacja musi być precyzyjna, perska wręcz.
– Perska? A nie rosyjska?
– Nieważne. Brzmi mądrze.
Plan powstał w pięć minut i był tak dziurawy, że nawet oni to zauważyli, ale uznali, że improwizacja to ich specjalność. Nocą poszosowali pod lokal, skradając się kaczkowatym chodem, bo Mirek stwierdził, że tak jest „bardziej taktycznie”.
– Czemu ja mam iść jak kaczka? – syknął Zdzichu.
– Bo to rozprasza monitoring, debilu.
– Aha.
W środku poszło gładko. Zdzichu dryblował między automatami, Mirek krępował drzwi kabelkiem, co chwilę mrucząc coś o zasadowym balansie napięć i innych debilizmach, które brzmiały groźnie, ale nic nie znaczyły. W końcu trafili na ladę.
Na niej stała ona. Nowiutka. Lśniąca. W folii.
Kasa fiskalna.
Mirek spojrzał. Zamarł. Zrobił dwa kroki.
Spojrzał jeszcze raz.
– Co to jest, kurwa, za żart?
– No… kasa – powiedział ostrożnie Zdzichu, jeszcze nie do końca świadomy całej sytuacji.
Wybuch był natychmiastowy.
– TY TĘPY SKURWYSYNU, TO JEST KASA FISKALNA, A NIE PIENIĄDZE! – wrzasnął Mirek, aż mu żyła na czole spuchła. – JA TU PRZYSZEDŁEM PO FORSĘ, A NIE PO JEBANY DRUKARKO-KALKULATOR!
– Ale… to też kasa…
– Pysknij mi tu jeszcze coś, a ci przydepczę łeb do podłogi! – ryknął Mirek. – Ja staram się pozyskiwać fundusze, a ty mi fundujesz sprzęt biurowy!
– No to co, zostawimy?
– Co, kurwa, zostawimy?! Skoro już tu jesteśmy, to bierzemy. Sprzedamy, przepijemy, zapomnimy.
Zdzichu chwycił kasę, potknął się i o mało nie wypierdolił.
– Delikatnie, debilu! To ma jeszcze wartość!
– Ty, a może to da się barytować?
– Co?!
– No tak mówiłeś kiedyś.
– A weź już, kurwa, zamknij mordę.
Uciekli w noc, sapiąc, klnąc i obiecując sobie, że następnym razem dokładnie zapytają, jaka kasa przyjeżdża, bo ich kariera pseudo-bandycka zaczynała przypominać żart, z którego śmieją się wszyscy, tylko nie oni.
A potem poszli pić whisky, bo to jedyna rzecz, którą robili naprawdę profesjonalnie.
Komentarze (13)
Za kapitał nieznaego pochodzenia wszedł e ten biznes, dtając się jednym z potentatów.
Pamiętam jak szwagier po sprzedaniu mu atrakcyjnej działki / lichej ziemi od Piłssudskiego za urwaną dziadkowi nogę w Bitwie Warszawskiej/ trzymał w starych meblach pieniądze. Potem posstawił dom, matka dożyła w swojej drewnianej;
A potem razem ze szwagierką robili za zaufanych w rezydencji nowobogackiego.
z tego rejonu pochodzi mój wiersz Jebór
Oprócz siurów, u mnie było modne w np. książkach od języka polskiego, by ilustrację przekształcać w scenki z komiksów.
Nawet Beksiński śmieszył.
Dzięki 🫡
Tytuł prowadzi mnie do serii opowiadań: „Wielki ogarniacz kuchni”
Ja tam wolę Panią Buk.
Pozdrawiam
Czy filolozofia? Też nie wiem xD
Zaraz, zaraz... TĄ Panią Buk?
Gdybym miała przełożyć to na real z mojego miasteczka, to tylko imiona do wymiany, Waldek i Darek :D
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania