(PoG2dS) - O kilku nieznaczących
Czerwony Fiat Panda zatrzymał się z piskiem klocków hamulcowych. Kierowca miał przed sobą STEREOTYPOWY sklepik, jakie można spotkać z dala od miast, w otoczeniu płonących zielenią krzaczorów. Kierowcą był człowiek o imieniu Waldek. Spod ciężkawych powiek okolicę lustrowały niebieskie, zaspane oczy. Waldek spędził trochę nocy na oglądaniu boksu w kategorii MASY BANTAMOWEJ, jak to lubił mówić swoim znajomkom, którzy zawsze potem pytali, co to znaczy. A on wtedy, jak zawsze, tłumaczył niczym krowie na rowie, choć ślepia tęskniących za rozumem koleżków wolno rejestrowały porządek świata. KRZĄTANIE SIĘ myśli w ich główkach bawiło Waldka za każdym razem.
Wysiadł z poczciwego fiacika i zaciągnął się świeżym, wiejskim powietrzem, nieskażonym ryzykiem nabawienia się przezeń jebanego KARCYNOIDA.
– Brzmi cholernie naukowo, czyli pewnie wiele mi nie zostało – powiedział kiedyś ojciec Waldka. A niedługo potem, zgodnie z przewidywaniami, zmarł.
Sklepik z wyblakłym szyldem, na którym można było dopatrzyć się jedynie liter układających się w słowo ED N, był sporej wielkości. Znajdował się w budynku na wysokim fundamencie. Do wejścia prowadziły cztery betonowe schodki. Pod ścianą stała ławka, skryta w cieniu rzucającym przez leciwy parasol z wyblakłym logiem Warki. Siedziało tam dwóch facetów. DRUGA ławeczka istniała bardziej w teorii i w przeszłości. Trochę na uboczu jej resztki tworzyły jedynie zarys czegoś, co ratowało zmęczonych życiem lokalsów przed wejściem nóg w tyłek dawno temu.
– A skąd to do nas przywiało? – zagaił jeden z facetów. Przed dokończeniem pytania wydoił jednak resztę piwa z butelki w pomniejszonej wersji, jaką można było zamówić tylko na miejscu.
Waldek jeszcze chwilę przyglądał się okolicy. Potem poprawił grzywkę, by dobrze okryła rosnące zakola i podszedł do dwójki ucztujących meneli.
– Widać, że nie tutejszy?
Jeden z żulików zaśmiał się chrapliwie.
– No ba! Rejestracja jakaś taka dziwna, autko bagatela zadbane, proszę więc, i jeszcze kierowca KOLOS, dwa metry! Dwójeczki, nie powiem, strach WYPROCESOWAĆ.
– Pięć mniej – poprawił Waldek.
– Gdzie takich sieją? – zapytał drugi.
– Daleko, inne województwo.
Menel pokiwał z uznaniem.
– No to zapraszamy, zapraszamy, ugościmy! – parsknął śmiechem koneserek napitków, w których rolę przodującą grał ETANOL.
Waldek uśmiechnął się lekko i wszedł do środka sklepu po schodkach. Od progu w nozdrza uderzył go zapach, jaki nie czuł już wiele lat. Typowy osiedlowy warzywniak, tyle że na jakimś wypizdowie. Za ladą stała młoda blondynka, niewysoka, o delikatnych rysach i inteligentnym spojrzeniu. Zupełnie kontrastowała z wyobrażeniem typowej babki sklepikarki, która potrafi dźwignąć skrzynkę załadowaną towarem. Dziewczyna była drobna. Stała oparta o ladę, którą odgrywał STÓŁ i wertowała jakiś magazyn.
– Coś podać? – zapytała Waldka, widząc, jak ten przygląda się jej dłużej niż ustawa przewiduje.
Mężczyzna zauważył, że magazyn był jakimś czasopismem o tematyce numizmatycznej. Na stronie ukazano monetę z podpisem FLORIN. Nic mu to nie mówiło. NAGŁÓWEK głosił o dużym odkryciu, ale czytanie do góry nogami nie należało do najłatwiejszych, więc Waldek poprzestał na tym. A więc to nie jest ta scena, jak w amerykańskim filmie, kiedy przystojny aktor i urocza AKTORKA okazują się mieć to samo zainteresowanie, choć dzieliło ich do tej pory osiemset mil. Ale przecież to tylko mile, nic nie stanie na przeszkodzie prawdziwej miłości połączonej przez jednakowe zainteresowanie – zbieranie nietypowo zwiędniętych liści pokrzyw i przechowywaniu ich w segregatorze – zielniku.
Waldek tylko rzucił jakieś suche: nie, rozglądam się jeszcze. Emocje opadły, życie wkroczyło na salony i dało w pysk kawalerowi po trzydziestce. KOŃCOWY bilans: przegryw. W końcu zdjął z półki butelkę coli, dwie paczki chipsów i batonika. Podszedł do ekspedientki, wyłożył zakupy na ladę, a kiedy został podliczony, zapłacił i wyszedł trochę zmieszany.
– Ona taka zawsze – powiedział jeden z meneli, chyba ten, co głośniej się śmiał, ale Waldek pewności nie miał.
– Warto spróbować – odparł.
Gdy odłożył zakupy na tylne siedzisko Pandy, uznał, że w sumie zapyta tych meneli o miejsce, do którego zmierzał.
Żuliki namyślały się długo, patrząc po sobie maślanymi oczkami.
– No bitwa, bitwa. No chyba dobrze, tak. Prosto i w prawo potem. Jakby tak ZESUMOWAĆ, to z dziesięć kilometrów jeszcze.
– Wincyj, Edziu – stwierdził drugi menel. – A pan przyjezdny to wie, tam jak słonko zachodzi, to na horyzoncie taki się ładny FLUORYT robi?
– Koloryt, pacanie – burknął pierwszy, wyraźnie urażony podważaniem jego zdolności obliczeniowych.
– A co za różnica? Jeden pies.
Waldek słuchał przekomarzanek lokalnych koneserów jaboli, kątem oka zauważając na słupie energetycznym stojącym obok wizerunek skąpo ubranej pani, która stojąc w bikini i ogłaszając w dymku dialogowym swoje możliwości, wywołała na jego policzkach lekki rumieniec.
– U was to normalne? – zapytał.
Menele spojrzeli po sobie i zaśmiali się głośno.
– A co to, chłop nie może popatrzeć sobie? Jakieś gówniarze to nakleili, ale nikt nie zaskarżył, więc po co OGŁASZAĆ? Zaraz zerwą i po robocie.
– Wasza wola – odpowiedział Waldek. – Czyli jak w końcu, dobrze jadę?
Edziu, ten trochę wyższy i bardziej zadbany, pierwszy pokiwał głową z aprobatą.
– Duże pole i nic poza tym – dodał po chwili.
– Jak pole? Kawał historii – odparł Waldek.
– Historia, historia. Proszę się nie ROZGNIWAĆ, ale za moich czasów to historia nas uczyła, że Józia pewien dobrym dziadziem jest. A teraz, o, mordobiciel! Człowiek się czuje jak jakiś ten… JASKINIOWIEC, jak słucham, że ten taki, a był taki, a tamten owaki!
Obaj menele machnęli rękami w geście rezygnacji dla wszędobylskiego wszystkiego i w ogóle trzeba się napić. Wyjął Edzio z torby dobrej klasy winiacza i zaczął zerować ze smakiem. Koleżka też się podłączył, coby mu gardło za szybko nie pozostało bez nawilżenia.
Waldek wzruszył ramionami. Wiedział już chyba wszystko, co potrzebne. Mógł jechać dalej. Wsiadł do auta i wyjął mapę. Znalazł na nim miejsce docelowe i zaczął je KRESKOWAĆ ołówkiem. Tak oznaczał zawczasu wszystkie odwiedzone pola bitew w Polsce. Po fakcie takie kreskowanie było obarczone dziwnym rodzajem smutku, że to już po fakcie, że już widział i tak dalej. A przed człowiek czuł wciąż mały, ale wyczuwalny dreszczyk nieznanego.
Włączył zapłon i odpalił silnik. Benzyniak zamruczał cicho. Auto potoczyło się do przodu po żwirowym przedpolu sklepowym, po czym wjechało na asfalt. W radiu zamiast muzyki Waldek trafił na audycję historyczną. Gospodarz użył słowa TEZAURYZOWAĆ i Waldek poczuł głęboki brak szacunku z jego strony. Facet poznał to trudne słowo zapewne przed audycją i użył go tylko po to, aby zaszpanować przed słuchaczami, jaki to on mądry i wykształcony jest.
Dodał gazu. Silnik zawarczał, ale prędkość wzrosła nieznacznie. Fiacik mknął słabą asfaltówką przed siebie. Waldek miał nadzieję, że w następnym wiejskim sklepiku spotka zwykłą, szarą emerytkę. Przynajmniej od razu będzie mógł porzucić nadzieję.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania