Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

PoG2ds – zważka na ruchy

Odkąd pamiętał, brama była centrum dowodzenia życia i snucia na nie planów. Tu się uczył stawiać pierwsze kroki w piłce nożnej, później palić. Rozpoczynać zabawy, celebrować urodziny. Kichać po prochu. Wszystko to, by dojść do niegdysiejszej opcji jebania systemu i ciułania na szlugi na sztuki z pobliskiego Kiosku Ruchu, czasem na jingilingi od ruskich z Wileniaka.

Nic nadzwyczajnego. On i inni oni, bez wyznaczników, podręczników i perspektyw na wyjście z chujni.

Ta brama była też sposobem na ulewy i przypały. Zimę i beznadziejne święta, bo gdy w domu się nie przelewało, przelewało się w niej.

​Cisnęło tam starym moczem, stadionowym spirytusem i stęchłym tynkiem, który odpadał płatami, odsłaniając nagą, spękaną cegłę. Zimna, chropowata tekstura ścian wciskała się w plecy, gdy stawało się w cieniu, próbując zniknąć z zasięgu wzroku dzielnicowego czy też ulubionej sąsiadki. Pod nogami walały się cepy od flaszek, rozmokłe kartony i przestawiony w kąt, uszkodzony taborecik zajumany z Różyckiego.

​Rytm dnia wyznaczały nie zegarki, ale pisk tramwaju na szynach, zapach pyz Pani Hani przyrządzanych w bimbasach I moment, w którym rolnik, Pan Wiesiek, wyładowywał na bazarze skrajnie tanie, młode ziemniaki i obite papierówki. Każdy z nich znał tę codzienność na pamięć. Byli jak stado, bezmyślna owca prowadzona na rzeź przez własną bierność, zamknięta w klatce z odrapanych kamienic. A jednak każdy gnojek nosił tu głowę wysoko, jakby na jego czołach spoczywała niewidzialna, złota korona z chuligańskiego dumnego śmiechu. Ta jedyna rzecz, której bieda nie zdołała im odebrać.

​Gdy zapadał zmrok, w kącie bramy błyskał krótki ogień z taniej zapalniczki. Rozpalał pociągniętą wilgocią lufkę albo niedopałek, rzucając tańczące cienie na postrzępione mury. Kolację stanowiła często zimna fasola z puszki z pajdą (I parówkową jak dobrze poszło), wpakowana do żołądka na szybko, byle tylko zabić ssanie i skupić się na ważniejszych rzeczach – jak, na przykład, przetrwać do jutra. Znał dobrze cenę takiego trwania: był nią ciągły brud pod paznokciami, kaszel kłujący płuca i wyrok wydany przez świat po drugiej stronie Wisły.

​Bo ten świat, tam, po drugiej stronie patrzył na nich z góry. Tiulowe spódniczki, kawki z pianką, ciepłe obiadki i tępe gęby pełne frazesów o „równych szansach”.

 

Równe szanse, hehe. Taki chuj.

 

Wycackańce z lepszych dzielnic drwili z bram i z każdego, kto z nich wychodził. Oczywiście, tylko między sobą. I na odległość.

Patrzyli na nich jak na margines, patologię, małpy w zoo (w końcu Praga) – z pobłażliwym uśmieszkiem, czystą pogardą i samozadowoleniem. Bo im udało się wstrzelić w ten życiowy mix płynów ustrojowych. A najlepsze jest to, że w życiu nie zrozumieją, że ta drwina była dla ludzi z bramy największym komplementem.

Bo oni nadal wolą być brudni od tynku z praskiego podwórka, niż czystowstrętni i pusci jak ci, którzy z nich szydzą.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Aleks99 2 godz. temu

    To lubię, proza życia bez cukru. Osławione bramy. Jest gites.

  • JagVetInte godzinę temu

    Dzień jak codzień, brama ta sama. Git, majonez.

  • Witam w wybornie zestawionym zbiorze. :)
    Podoba mi się autentyczność, jaka z tego tekstu bije.

  • JagVetInte godzinę temu

    W gronie tych, co podejmuje rękawice. Życie, Grawi.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania