Prędzej zdechnę (tytuł roboczy) cz 12

  Pokój do nauki urządzono na drugim piętrze rezydencji, tuż obok sypialni małej Liz. Kiedy Uriel stanął w progu, dziewczynka siedziała już przy miniaturowym biureczku i w piąstce ściskała  fioletową kredkę. W skupieniu kreśliła coś na kartce.

  Ktokolwiek urządzał salę, musiał się przyłożyć, bo w środku nie zabrakło niczego,  czego potrzebowała uczennica i jej nauczyciel. Oprócz mini biurka, pod przeciwległą ścianą ustawiono drugie większe, a dwa regały mieściły pomoce dydaktyczne, kolorowe  książeczki, zestawy  „małego  artysty ” i  najróżniejsze gry edukacyjne.

Właściciel zdecydowanie nie oszczędzał na swojej małej maskotce, dając jej wszystko, o co tylko dziecko mogłoby poprosić.

 Blondwłosy sługa delikatnie zastukał we framugę drzwi, aby zwrócić na siebie uwagę małej i wszedł do środka.

— Co rysujesz? — zapytał, aby jakoś zacząć rozmowę i pochylił się z ciekawością nad prawie całkiem zamalowanym arkuszem.

  — To projekt dla Benjamina — wyjaśniła z powagą dziewczynka, odsunąwszy rękę z kartki, aby Uriel mógł lepiej przyjrzeć się jej wysiłkom.

  — Rozumiem — odpowiedział tak samo poważnym tonem, chociaż nie miał pojęcia, czego dotyczyła praca, ani kim był wspomniany Beniamin. Wiedział jedynie, że od kolorów na rysunku dostał oczopląsu. — Co to za kwiatki? — Wskazał palcem jeden z kształtów, licząc, że trafnie rozszyfrował roślinę.

Upstrzona złotymi piegami buzia dziecka rozpromieniła się.

  — To hortensje. Pan Ruka powiedział, że jak tylko zrobi się ciepło, Beniamin posadzi je na tym okrągłym placu przed domem. A jak będę się uczyć, to sama wybiorę kolory.

  — Świetny pomysł! To może zaczniemy? — Udawał pewnego siebie, nie mając pojęcia, jak zacząć lekcje. Chociaż od rana usiłował przypomnieć sobie początki własnej edukacji, w głowie pojawiały się tylko strzępki wspomnień. — Znasz już jakieś litery?

  — Tak, Risha pokazała, jak pisze się moje imię. — Dziecięca rączka mocniej chwyciła kredkę i napisała trzy niezgrabne litery u dołu kartki. — Widzisz, tak się pisze „Liz”.

   Niedoświadczony nauczyciel uśmiechnął się z aprobatą i delikatnie pogłaskał dziewczynkę po rudych, dziś niesplecionych w warkoczyki, włosach. Wyprostował się i podszedł do jednego z regałów, na którym spodziewał się znaleźć elementarz i zeszyt do ćwiczeń. Przejrzał je pobieżnie, a uznawszy, że się nadają, wrócił do uczennicy.

  — To może zacznijmy od początku alfabetu i od tego, jak powinno się trzymać ołówek — zaproponował, rozkładając książki na blacie małego biurka.

  Przed chwilą błyszczące i zielone oczy dziewczynki, nagle zrobiły się chłodne, a usta wypowiedziały jedno, krótkie słowo:

  — Nie.

Uriela zaskoczyło, że pomimo braku fizycznego podobieństwa, mała w tym momencie do złudzenia przypominała ich pana. Gdyby nie słowa AnnySu opisujące jak mizernym stworzeniem była dziewczynka, kiedy trafiła do rezydencji i to, co powiedział pan o okolicznościach jej zakupu, pomyślałby, że tych dwoje jest ze sobą spokrewnionych .

— Dlaczego? — zapytał ciekawy tak gwałtownego sprzeciwu Liz.

  — Dzisiaj musisz mi pokazać, jak wygląda słowo „ciastka”. Muszę się go nauczyć jako pierwszego. Za alfabet weźmiemy się później —oświadczyła stanowczo.

Uriel uznał, że sprzeciw nie ma sensu, jeżeli dziewczynka chciała się uczyć, nie miało znaczenia, od czego zaczną.

— Dlaczego tak ci zależy na tym słowie?

— Bo AnnaSu co piątek piecze ciastka, ale daje mi tylko dwa i to pod warunkiem, że zjem obiad, a resztę chowa do puszki — wyjaśniła, a chłopak uznał, że określenie „rudy diabełek” doskonale do niej pasuje. Była zdecydowanie zbyt bystra jak na swój wiek. - Puszka jest podpisana, ale ja nie potrafię nic przeczytać.

   Młody niewolnik starał się nie wybuchnąć śmiechem na tak rzeczowe wyjaśnienie. Czuł, że powinien skarcić małą, za próbę wykradnięcia łakoci i przechytrzenia kucharki, ale nie był w stanie. Dziewczynka zaledwie w kilka sekund owinęła go sobie wokół paluszka i nie mógł wykrzesać z siebie nawet odrobiny gniewu.

  Chwilę później Liz prowadziła ołówek po wykropkowanych śladach, pisząc i starając się, zapamiętać tak ważne dla niej słowo. Nastolatek podszedł do okna. Zaskoczony zauważył, że rozciąga się z niego widok na część parku i główną bramę. Na zewnątrz panował chłód. Sądząc po poruszanych wiatrem, nagich gałęziach drzew oraz szarych chmurach, zanosiło się na deszcz. Do wiosny było jeszcze daleko.

  Na widok mężczyzny, od przedwczoraj stojącego pod bramą, Uriel pokręcił głową. Po laniu, jakie wczoraj rano urządzili nieszczęśnikowi ludzie pana, nie spodziewał się,więcej go zobaczyć, a jednak, kiedy szofer po południu odwoził chłopaka do domu, człowiek nadal stał w tym samym miejscu. Prowizorycznie opatrzony i wyraźnie odczuwający ból, dokładnie zlustrował wzrokiem nadjeżdżający samochód, nie dostrzegłszy Atariego, odsunął się na bok. Istniało prawdopodobieństwo, że jeśli wkrótce nie odpuści sobie prób skontaktowania się z gospodarzem, następne zetknięcie z ochroniarzami mogło nie skończyć się jedynie ostrzeżeniem.

  — Skończyłam. Chodź zobaczyć. — Cienki głosik dziewczynki wyrwał niewolnika z zamyślenia. Pociągnięty za rękaw odszedł od okna, żeby sprawdzić pracę Liz.

 

 

Wcale nie jest tak źle – pomyślał młody niewolnik i nawet udało mu się lekko uśmiechnąć. Wczorajszego wieczoru pan po powrocie z biura nie zwracał na chłopaka uwagi, rzucił  kilka prostych poleceń, a później odesłał do garderoby. Nie bez znaczenia była też nieobecność Tobiasza, któremu przypadła dzisiaj funkcja eskortowania szefa. Blondyna zaczął opuszczać strach i pomyślał, że jeśli kolejne dni będą podobne do dzisiejszego, da radę  przetrwać. Niepilnowany mógł swobodnie przemieszczać się po dużym domu, poznając rozkład pomieszczeń. Starał się nie zachwycać pięknym, pełnym majestatu wystrojem. W pamięci miał, skąd wzięły się wszystkie dobra. Mimo to kilkakrotnie łapał się na tym, że z przyjemnością dotykał ciemnego drewna starych komód. Szybko przypominał sobie, że za każdym z tych mebli kryło się ludzkie cierpienie i cofał rękę ze wstydem.

— Widziała pani Liz? — zapytał, kiedy po obiedzie  uczennica nie zjawiła się w klasie i szukając dziewczyny, zawędrował do kuchni.

AnnaSu odłożyła na blat stołu niewielką srebrną tacę i z szerokim uśmiechem spojrzała na stojącego w drzwiach chłopaka.

— Uciekła, kiedy wyjaśniłam jej, na czym polegają lekcje matematyki — zachichotała. — Będziesz miał z tym problem, aniołku, bo ta mała diablica stwierdziła, że umie liczyć tyle ile potrzeba i żadne dodatkowe lekcje nie są jej potrzebne.

  — Można się było tego spodziewać, przecież to jeszcze małe dziecko. — Blondyn przysiadł na jednym z krzeseł, obserwując, jak kucharka ustawia na tacy filiżankę i talerzyk. Zdążył polubić ciepłą atmosferę kuchni i spokój płynący od pracującej tu kobiety. — Ale chyba wiem, jak ją zachęcić do lekcji. — Spojrzeniem powędrował ku kolorowej puszce, z której AnnaSu wyciągnęła kilka ciastek.

  —  Przekupstwo — odpowiedziała parsknięciem, a w oczach kucharki skrzyła się wesołość. — Ale jeśli młody panicz nie przestanie, małej tak na wszystko pozwalać, to rozpuści ją do granic możliwości.

  Rozpuści? Pozwalać? Żadne z tych słów nie pasowało do statusu niewolnej, a Liz nie była przecież nikim innym. Uriel uważniej przyjrzał się kobiecie w nadziei, że usłyszy coś więcej o relacji łączącej dziewczynkę i pana. Zbyt wielu rzeczy nie rozumiał i zaczynał się gubić w domysłach. Najpierw groźby mężczyzny warunkujące los dziecka od zachowania młodego sługi, później kilka sytuacji przy których odnosiło się wrażenie, że dziewczynka jest czymś więcej niż luksusowym towarem.

  — To znaczy... no... Na pewno jest jej tu lepiej niż u matki i nie chodzi głodna. — AnnaSu zdała sobie sprawę, że powiedziała zbyt dużo i szybko postarała się o zmianę tematu. — Powinna być w ogrodzie przed domem razem z Rihsą, więc jeśli chcesz ją zaciągnąć na lekcje, to najszybciej będzie przejść przez główny salon na parterze i zawołać z tarasu.

Uriel skinął głową i wstał z ociąganiem. Trochę żałował, że nie udało się, wyciągnąć z kobiety dodatkowych informacji.

— Jeśli możesz, zabierz ze sobą herbatę dla gościa, który czeka na panicza w salonie. - Po raz ostatni poprawiła coś na tacy i wcisnęła ją blondynowi w ręce. — Powinnam wysłać którąś z dziewcząt, ale... ty i tak będziesz  tamtędy przechodzić, więc zostawię to tobie. Dasz radę?

— Oczywiście – zapewnił chłopak i uśmiechnął się uspokajająco. — Przecież służyłem już przy stole.

— Dobrze. Przekaż, że panicz powinien wrócić za niecałą godzinę — dodała  jeszcze AnnaSu, zanim wyszedł.

Trochę za wcześnie jak na powrót - pomyślał młody niewolnik i zerknął na ścienny zegar, zbliżała się dopiero piętnasta. Gość w salonie musiał być kimś ważnym, jeśli udało mu się wyciągnąć właściciela z biura o takiej godzinie. Pozostawało żywić nadzieję, że zajmie panu resztę popołudnia i nie okaże się kimś pokroju poznanego wczoraj Rubiego.

  Stanął przed wejściem do salonu, zapukał lekko i nie zaczekawszy na odpowiedź, nacisnął na klamkę. Pomieszczenie okazało się puste. Rozejrzawszy się ostrożnie, Uriel dostrzegł ślady niedawnej obecności człowieka. Na stoliku przy kanapie stała do połowy opróżniona karafka i przewrócona szklanka, a jej zawartość rozlała się po blacie i powoli skapywała na dywan. Drzwi na taras pomimo chłodu były szeroko otwarte.

Pewnie wypił za dużo i wyszedł na powietrze, aby przetrzeźwieć — pomyślał blondyn i postawił  tacę. Nie zdążył jednak zestawić z niej filiżanki, kiedy z zewnątrz dobiegł go kobiecy krzyk, a zaraz po nim mamroczący coś niewyraźnie, gniewny męski głos.

  Zdezorientowany chłopak nie wiedział, czy powinien wyjrzeć i sprawdzić co się dzieje, czy wezwać kogoś z ochrony, więc przez chwilę stał w miejscu. Dopiero po kilku sekundach przypomniał sobie o Liz, według słów kucharki, bawiącej się na dworze nieopodal wyjścia z salonu na rozległy taras. Miał jak najgorsze przeczucia, dlatego ruszył w stronę oszklonych drzwi i wyjrzał na zewnątrz.

— Ugryzłaś mnie, ty mała suko! — Gość nie czekał, tak jak powinien w salonie na powrót gospodarza, tylko stał nad wpół leżącą na trawniku pomocą kuchenną i wymachiwał przed twarzą dziewczyny zdobioną laską. — Już ja cię nauczę, jak powinno się traktować gości.

  — Proszę mnie zostawić — prosiła  przerażonym głosem Risha.

Próbowała odczołgać się od napastnika, czego nie ułatwiała służce ukryta za plecami podopieczna. — Od takich usług są dziewczęta z domku gościnnego, ja pracuję w kuchni.

— Więc tym bardziej powinnaś być wdzięczna — zarechotał nieznajomy i pochylił się niżej. — Przecież to zaszczyt awansować ze ścierki kuchennej do rangi materaca.

  Wzrok Uriela przesunął się z napastnika, na porwany i wiszący teraz w strzępach fartuszek służącej, a później na ukryte za szczupłymi plecami dziecko. Reakcja Liz wydała się chłopakowi dziwna. Mała nie płakała; z mocno zaciśniętych ust nie wydobył się żaden dźwięk, a zielone oczy zamiast przerażenia, wyrażały czystą nienawiść.

  Nie powinna tak reagować – pomyślał młody niewolny, zbiegając  po szerokich schodach. Sam nie wiedział, kiedy znalazł się na dole i chwycił obcego za ramię.

  — Proszę je zostawić.

   Nie zdążył się odsunąć, kiedy poczuł mocne uderzenie w twarz i upadł na ziemię. Obrócony teraz w stronę Uriela mężczyzna, okazał się młodszy, niż chłopakowi się wydawało, a laska nie służyła jedynie do podpierania. Wypełniona prawdopodobnie ołowiem, stanowiła doskonałą broń. Blondynowi od uderzenia zaszumiało w uszach.

— Kolejny kundel nieznający swojego miejsca — wysyczał wściekle, uderzając ponownie i trafiając tym razem w bark. - Jeżeli Atari nie potrafi was porządnie wytresować, to ja to zrobię. — Z kącika ust mężczyzny pociekła strużka śliny. — Jak śmiesz mi mówić, co mam robić?

Uriel potrząsnął głową, żeby odzyskać trzeźwość myślenia. Nie wiedział, czy ma prawo się bronić, a nawet jeśli tak czy miałby szansę z tym rozjuszonym, pijanym człowiekiem. Jedyne, co go cieszyło, to fakt, że napastnik zostawił w spokoju Rishę, dając dziewczynie czas na podniesienie się z trawnika. Miał nadzieję, że pomoc kuchenna wykaże zdrowy rozsądek i pobiegnie po pomoc.

   W oczekiwaniu na kolejny cios zasłonił głowę ramionami i zamknął oczy, gdy ten nie nastąpił, a do uszu dobiegło jakieś poruszenie, odważył się spojrzeć.

   Pomiędzy mężczyzną a jego ofiarą stał Ruka, natomiast wyrwana z ręki gościa laska leżała na trawniku.

  — Myślę, że wystarczy już panu ćwiczeń na świeżym powietrzu, panie Peterby. — W cichych, pozornie spokojnych słowach, dało wychwycić się nutę groźby.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 8

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (8)

  • JamCi 3 tygodnie temu
    Chyba muszę nadrobić zaległości. Jestem do tyłu o kilka części. Kopnij mnie w tyłek i pogoń :-)
  • Angela 3 tygodnie temu
    JamCi nie będę kopać, ale bardzo mi miło, że jesteś. Na zaległości jest sporo czasu, jeszcze zdążysz 😉
  • Dekaos Dondi 3 tygodnie temu
    Angelo↔Pierwsza część tekstu taka bardzo... prawdziwa. W sensie zachowania i mowy Liz, też. Aż się wyczuwa jej... rezolutność. Druga część też taka, ino w innym sensie. I jeszcze tajemny człek. Chociaż ciągle mam wrażenie, pływania na powierzchni tylko...? Jeno kręcić.
    I jeno słowo: blondyn mi jakoś nie pasi do całości. Zdaniem mym, można by zrezygnować, bo z tekstu wynika, o kogo chodzi.
    ...eskortowania szefa. Zaczął opuszczać go strach i pomyślał...
    – przysiadł na jednym z krzeseł...
    doskonałą broń, aż mu od uderzenia zaszumiało w uszach.
    aby przetrzeźwieć? — pomyślał i postawił
    Pozdrawiam:)↔%
  • Angela 3 tygodnie temu
    DD fajnie, że tak myślisz (w kwestii Liz) bo ostatnio spotkałam się ze zdaniem, jako by jej postać
    była mało wiarygodna. Po przeczytaniu Twojego komentarza trochę mi ulżyło : )
    Blondyna zostawię, bo może nie dla wszystkich wynika z tekstu, o kogo chodzi, a Uriel jest
    jedynym blondynem : )
    Dziękuję Ci pięknie za komentarz.
    Pozdrawiam.
  • Szpilka 3 tygodnie temu
    Angela, czytam z zainteresowaniem, pisz, masz fajoskie pióro, a historia wciąga coraz bardziej 👍 😉
  • Angela 3 tygodnie temu
    Cieszy mnie bardzo, że nadal czytasz i historia Ci się podoba.
    W kwestii tego pisania zrobię co mogę : )
    Dziękuję ślicznie i pozdrawiam : )
  • pasja 3 tygodnie temu
    Spokojna pierwsza część i bardzo kolorowa. Liz wydaje się być trochę rozpuszczona, ale jak to dziecko. Trudna profesja go czeka. Ciekawa rozmowa w kuchni i napomkniecie o matce dziewczynki. No, i przeprawa z podpitym gościem daje duży plus dla gospodarza. Widać, że Uriel ma dobre serce i powoli wkracza w łaski różnych ludzi. W dodatku poznaje rozkład domu i jego tajemnice.
    stróżka śliny - strużka

    Pozdrawiam
  • Angela 3 tygodnie temu
    Tak, Uriel powoli przyzwyczaja się do nowego życia, co wcale nie znaczy, że teraz już z górki. Jakoś
    tak mnie kusi, żeby kilka razy podstawić mu nogę, zanim razem z Ruka dojdą do mety tej historii.
    Wskazany błąd poprawiłam.
    Dziękuję że jesteś.
    Pozdrawiam : )

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania