Prędzej zdechnę (tytuł roboczy) cz 13

Gość zamrugał kilkakrotnie i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, co właśnie się wydarzyło. Wraz z tym, jak zaczęła opuszczać go wściekłość i pijackie zamroczenie, wyraz twarzy złagodniał, a usta rozciągnęły się w uśmiechu.

— Ruka, mój chłopcze, myślałem, że się na ciebie nie doczekam, więc znalazłem sobie małą rozrywkę, zanim przyjedziesz — wyjaśnił. — Postanowiłem wytresować trochę służbę, bo od czasów twojego ojca strasznie się rozzuchwaliła.

Atari nie odpowiedział od razu, rozejrzał się i wyciągnął rękę w stronę małej Liz nadal ukrytej za służącą, a kiedy ta podbiegła do niego, pogładził rudą czuprynkę.

— Ojciec nie żyje od dziesięciu lat i zasady panujące w tym domu, moim domu, trochę się zmieniły — przemówił powoli. — Goście i interesanci powinni pojawiać się o umówionych porach, a nie wtedy, kiedy im pasuje, odciągając mnie od pracy.

— Czepiasz się drobiazgów. — Peterby lekceważąco machnął ręką i schylił się po laskę. —Kiedy twój ojciec...

— Nie jestem moim ojcem — przypomniał Ruka. — I proszę, żeby staranniej dobierał pan słowa.

Słysząc ostrzeżenie w słowach gospodarza, mężczyzna sapnął z niezadowolenia.

— To właśnie cały problem z wami młodymi. Wszystko na sztywno, na papierze. Pojęcie umowy dżentelmeńskiej kompletnie wyparowało z waszego słownika, a przecież wystarczyłoby usiąść jak kiedyś i napić się, a w międzyczasie dogadać szczegóły. No, ale jak chcesz. — Westchnął na koniec Peterby i w drodze do salonu spróbował wyminąć Atariego.

— Dzisiaj już niczego nie będziemy omawiać. — Słowa wypowiedziane zimnym tonem zatrzymały niedoszłego wspólnika w miejscu. — Mój człowiek odwiezie pana do hotelu. Jeśli jutro się odezwę, to omówimy szczegóły.

— Jeśli? Chyba się przesłyszałem? — Mężczyzna wyprostował się, a jego spojrzenie nabrało ostrości. Wydawało się, że pod wpływem adrenaliny cały alkohol, który krążył w jego żyłach, wyparował.

Przybysz zmełł przekleństwo. Oczywiste było, że na usta cisną mu się ostre słowa, jednak zdołał się powstrzymać i bez pożegnania ruszył za ochroniarzem.

Kiedy zniknął, Ruka przykucnął i nadal trzymając w uścisku rączki dziecka, obrócił małą twarzą ku sobie.

— Bardzo się wystraszyłaś? — zapytał, uważnie spoglądając na Liz.

— Trochę, kiedy ten człowiek przewrócił Rishę, a później pobił nauczyciela — przyznała dziewczynka, a na jej czole pomiędzy brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka. — Ale chyba najbardziej byłam zła, bo nic nie mogłam zrobić. Gdybym tylko była starsza, to na pewno... na pewno... — sapnęła na koniec, a drobne ciało zadrżało z wściekłości.

— Wiem, nie miałby z tobą żadnych szans. — Atari uśmiechnął się lekko i po raz drugi pogładził rude loki. — Wracajmy do środka.

Liz uspokoiła się, odetchnęła i skinęła głową na zgodę. Nie odeszli jednak dalej niż kilka kroków, kiedy dziewczynka wyrwała się opiekunowi i podbiegła do nadal siedzącego na trawie Uriela.

— Byłeś bardzo dzielny — oznajmiła, nie zwracając uwagi na posiniaczony policzek. Wzięła twarz chłopaka w dłonie i uważnie spojrzała w oczy. — Ale następnym razem zawołaj kogoś silniejszego.

Niewolny przez chwilę zapomniał o bólu i z trudem powstrzymał śmiech, kiedy dziecko z powagą ucałowało go w czoło, a zaraz potem odeszło razem z właścicielem.

Atari zostawił Liz pod troskliwą opieką jednej z pokojówek, a sam zamknął się w apartamencie. Napełnił po brzegi szklankę i usiadł w fotelu. Pociągnął spory haust, odchylił głowę na oparciu i przymknął oczy. Musiał się uspokoić.

Wczoraj przed powrotem do domu postanowił, że przestanie dręczyć chłopaka i pozwoli mu po prostu być. Da trochę czasu, żeby jego szczurek przywyknął do nowego środowiska i oswoił z życiem, jakie miał teraz prowadzić. Zrezygnował nawet z drobnych uszczypliwości względem podręcznego, które sprawiały Ruce wiele przyjemności, ale nie czyniły niewolnego bardziej przystępnym.

Nie oznaczało to wcale, że przestał uważnie obserwować blondyna. Nawet dzisiaj, w trakcie lekcji, poczynania nowego nauczyciela śledziła zamontowana w pokoju ukryta kamera, z której podgląd miał tylko właściciel. Z przyjemnością obserwował, jak na pięknej twarzy Uriela kilkakrotnie pojawił się szczery uśmiech, a cała postać wyraźnie się odprężała. Było dobrze, aż do popołudnia.

Kiedy Atari po powrocie zaalarmowany przez jednego ze swoich ludzi wyszedł do ogrodu, musiał się bardzo pilnować, żeby nie patrzeć na sługę leżącego na trawniku. Obawiał się utraty panowania nad sobą i tego, że zatłucze na miejscu tę tłustą świnię - Peterbiego, tym samym niwecząc plany dalszej współpracy.

Odziedziczony po ojcu wspólnik prowadził sieć prężnie działających kasyn w kilku hotelach, a te należały do Ruka. Nie trawił go jako człowieka, ale cenił jako biznesmena.

Obecność kasyn przyciągała do hotelu gości złaknionych dreszczyku emocji, jakie zwykle towarzyszyły grze bez konieczności wędrowania po mieście. Wystarczyło zjechać windą kilka pięter w dół, by wygrać krocie, bądź stracić fortunę.

Dzisiaj niewiele zabrakło, a zburzyłby przez gówniarza, któremu brakowało instynktu samozachowawczego, dopracowywany jeszcze za czasów ojca doskonały układ.

Główny hol rozświetlony trzema zabytkowymi żyrandolami tonął w blasku. Ruka, w trakcie pokonywania sporej ilości schodów, doszedł do wniosku, że przypomina on scenę, na której zaraz miał rozegrać się spektakl. Przedstawienie reżyserowało życie, a garstka aktorów miała zagrać bez scenariusza tak, jak gdyby od tego zależał ich los. W zasadzie można było uznać, że przynajmniej dla jednego z nich mogło tak właśnie być.

Atari odszukał wzrokiem młodego podręcznego. Stał pod ścianą nieopodal korytarza. Nawet ze sporej odległości dostrzegł emanujące niepokojem błękitne oczy i lekko uchylone usta, kiedy dwaj strażnicy przywlekli Smitha i stanęli z nim pośrodku głównego holu.

Co zrobisz, mały szczurku? – zastanawiał się, a jednocześnie rozważał, czy zejść na sam dół i stracić dogodne miejsce do przyjrzenia się słudze. Reakcja chłopaka interesowała go dalece bardziej niż natrętny interesant. - Wystraszysz się i uciekniesz do kuchni? Będziesz stać w miejscu, czy znowu dasz się ponieść, a może zrobisz coś nieprzemyślanego.

Mężczyzna, po spędzeniu pod bramą rezydencji ostatnich kilka dni i nocy, nie wyglądał już jak roztargniony naukowiec, tylko dworcowy kloszard. Brudne włosy sterczały we wszystkie strony, a przepocone, poplamione krwią ubranie luźno zwisało z wychudłych ramion. Domagał się rozmowy i nawet po pobiciu nie ruszył z miejsca. Z niebieskich, teraz podkrążonych oczu, wyzierała determinacja.

— Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko temu, by nasza rozmowa odbyła się tutaj? — z ironicznym uśmiechem odezwał się Ruka. Zdecydował się jednak zejść na dół, po czym niedbale wsparł o kolumnę wieńczącą marmurowe schody. — I nie będzie brakiem kultury, jeśli odbędzie się ona przy otwartych drzwiach. Ten, nazwijmy to zapach...

— Smród po prostu — sprecyzował podtrzymywany przez strażników Swips, wchodząc w słowo panu domu. — Przecież wiem, że śmierdzę, ale chwilowo nic nie mogę z tym zrobić... Aha, i nie musi mi pan proponować krzesła, z przyjemnością jeszcze trochę postoję — zakończył i przybrał wyraz twarzy podobny do eleganta przy kolumnie.

Bezczelny gnojek - pomyślał z rozbawieniem Ruka i parsknął głośnym śmiechem, co wprawiło w zdumienie przybysza i ludzi z ochrony. Nie trwało to jednak zbyt długo, gdyż po chwili twarz Atariego zmieniła się w kamienną, szyderczą maskę.

— Byłem pod wrażeniem twojego tupetu i to właśnie dzięki niemu stoisz przede mną, ale już wystarczy. Wydaje mi się, że sprawa, z którą tu przyszedłeś, wymaga innej postawy niż ta, którą starasz się zaprezentować. — Z każdym wypowiedzianym przez mężczyznę słowem, ton głosu stawał się chłodniejszy.

Jedno skinienie ręką wystarczyło, by strażnicy odsunęli się na bok. Rudzielec pozbawiony podpory przez krótką chwilę walczył ze słabością własnych kończyn, by zaraz osunąć się na marmurową posadzkę, a przez twarz przemknął mu grymas bólu.

Obrażenia nie zdążyły się zagoić — pomyślał stojący pod przeciwległą ścianą Uriel.

Czuł się zaniepokojony i było mu żal przybysza, wiedział jednak, że jakakolwiek próba pomocy może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego. O ile przed bramą istniała szansa, że ktoś kto przejeżdżał drogą, widział pobicie i zadzwoni po policję, tak wewnątrz rezydencji szansa na pomoc całkowicie zgasła. Pozostawało jedynie modlić się, że przybyły nie rozzłości pana jeszcze bardziej bezmyślną zuchwałością.

— Dobrze, będę klęczał, jeśli to konieczne. — W głosie Griszy dało się wyczuć zmęczenie. — Ale proszę dać mi chwilę i wysłuchać tego, co mam do powiedzenia.

Czekał w napięciu, a kiedy Ruka skinął głową, sięgnął do przyniesionej ze sobą zniszczonej aktówki. Po kolei wyciągał z niej pojedyncze kartki i rozkładał je na posadzce.

— Chcę zostać niewolnikiem w miejsce bliźniaków — powiedział spokojnie, kiedy skończył porządkować dokumenty.

Szum zaskoczonych szeptów rozniósł się echem po całym holu.

— Nie jesteś ani młody, ani wystarczająco ładny, dlaczego więc myślisz, że mógłbyś zastąpić dzieciaki? — Kpiącym pytaniem wzbudził wesołość swoich podwładnych.

— Jestem lekarzem i...

— To już wiem, lekarzem z wilczym biletem. — Złośliwy uśmiech, który pojawił się na twarzy rozmówcy, sprawił, że rudzielec na chwilę ze wstydem opuścił wzrok. — Tak, trochę już o tobie wiem.

— Zgoda, wyleciałem z roboty, ale nie za błąd w sztuce, tylko... nazwijmy to nadużycie. Te dokumenty to mój dyplom, aktualne badania i pewne obliczenia, mają przemówić na moją korzyść.

Jeden z ochroniarzy uklęknął, zebrał razem porozkładane papiery i oddał je szefowi, a ktoś inny podstawił dla niego krzesło, aby mógł wygodnie je przejrzeć.

— Kontynuuj — padło polecenie.

— Jest pan człowiekiem interesu, więc doszedłem do wniosku, że najłatwiej będzie mi przemówić za pomocą cyfr. Obliczyłem spodziewany zysk ze sprzedaży bliźniaków i koszt ich utrzymania do czasu aukcji. Po drugiej stronie zapisałem zyski płynące z wymienienia dzieci na mnie. — Grisza podniósł głowę i wbił wzrok w gospodarza z przeglądającego dokumenty. Miał nadzieję, że udało mu się go zainteresować, dlatego przełknąwszy ślinę, postanowił kontynuować. — Dzieci nie sprzeda pan wcześniej niż za dwa, trzy lata, bo na razie są na to zbyt małe. Ja zaś jestem gotowy do użycia praktycznie od razu…

— O ile się umyjesz — zachichotał Tobiasz, ale skarcony surowym spojrzeniem pana natychmiast umilkł.

— Na aukcji z pewnością nie byłbym wart zbyt wiele, ale zdecydowanie opłaca się zostawić mnie w posiadłości. Z podsłuchanych rozmów wiem, ile lekarz bierze sobie za zbadanie niewolników przed sprzedażą. Niemało, bo liczy sobie za ryzyko współpracy z półświatkiem. W założeniu, że dochodzi do dwunastu licytacji rocznie i innych usług medycznych raz na jakiś czas, dług ojca zwróci się po niespełna dwóch latach. Po tym czasie już tylko czysty zysk, a jeśli nikt w tym czasie nie postanowi mnie uśmiercić, pożyję zdecydowanie dłużej.

Ruka nie odpowiedział od razu, starannie poskładał wręczone mu kartki, po czym jednym szarpnięciem rozerwał je na pół i rzucił przed klęczącego na posadzce Griszę. Uśmiech, który niespodziewanie pojawił się na jego twarzy, sprawił, że nie tylko przybysz zadrżał przejęty strachem.

— Dokładnie to sobie przemyślałeś, prawda? Zapomniałeś tylko o jednym maleńkim, acz istotnym szczególe. Ty już jesteś w moich rękach i nic nie stoi na przeszkodzie, żebym wysłał kogoś po bliźnięta. Nie byłbyś w stanie mi w żaden sposób przeszkodzić, gdybym się na to zdecydował.

— Mógłbym... Ja... — wybełkotał niewyraźnie Swips.

Naiwność tego planu uderzyła w niego całą mocą, krew odpłynęła z twarzy, a ciało dopadły dreszcze jak w ataku febry. Jak mógł uwierzyć, że nawet w najgorszym bandycie, gdzieś na dnie mogą ukrywać się resztki przyzwoitości, jakiekolwiek ludzkie odruchy! Czuł, jak pochłania go rozpacz i ciągnie w dół niczym czarna dziura,

— Proszę tego nie robić, ja... — Strumyk zimnego potu spłynął mężczyźnie po karku, a przez głowę przebiegła myśl, że jedyne, co może teraz zrobić, to okazać jak najdalej idącą pokorę. — Błagam.

Zakołysał się w tył i w przód, po czym uderzył z całej siły głową o podłogę. Fizyczny ból przytępił na chwilę ten emocjonalny. Nie zamroczyło, dlatego uderzył jeszcze raz i kolejny.

Przez hol przepłynęła fala zdumionych szeptów.

— Nie rób tego. — Uriel na sztywnych nogach wyminął ochroniarzy i uklęknął obok Griszy, chciał powstrzymać go przed następnym uderzeniem.

Wiedział, że nie powinien tego robić i doskonale zdawał sobie sprawę, że za niesubordynację przyjdzie mu zapłacić. Kiedy z potłuczonego czoła popłynęła krew i zalała oczy, a mężczyzna nadal nie przestawał, w młodym niewolniku coś pękło.

— Uspokój się. To, co robisz, w niczym nie pomoże — szepnął i przycisnął rudą głowę do swoich kolan.

Nieszczęsny lekarz szarpał się jeszcze przez chwilę, a potem znieruchomiał. Cały zapas sił jakim dysponował, wyczerpał się. Mógł tylko leżeć z głową na kolanach nieznajomego chłopca, dać się głaskać po włosach i płakać nad własną głupotą, nad rodzeństwem, nad całą ohydą świata.

— Dobrze. - Ruka niespiesznie wstał z krzesła i podszedł na tyle blisko, na ile pozwalał mu smród niemytego ciała. Przyklęknął i z powagą spojrzał w oczy doktora. — Czy teraz możesz uznać, że straciłeś już wszystko i znalazłeś się tak nisko jak nigdy dotąd? Że jesteś głupi i naiwny?

Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i rzucił ją niewolnikowi, który przez chwilę przyglądał się kawałkowi materiału zaskoczony i niepewny, co powinien zrobić.

— Wytrzyj mu twarz — nakazał mężczyzna zniecierpliwionym tonem, potem ponownie zwrócił się do rudzielca. — Obnażyłem przed tobą mankamenty planu, z którego byłeś tak dumny. Wiesz już, że jesteś niczym, bo nie potrafiłeś obronić swoich bliskich. Nie masz niczego, zatem z wdzięcznością przyjmiesz wszystko, co ode mnie otrzymasz i będziesz posłuszny.

Do Uriela wcześniej niż do przybysza zaczął docierać sens słów wypowiedzianych przez pana, ale nie chciał na razie odetchnąć z ulgą na wypadek, gdyby coś źle zrozumiał.

— Jak brzmi twoja odpowiedź?

Grisza niezdarnie uklęknął ponownie, ale nie miał śmiałości nawet na sekundę unieść głowy, by spojrzeć na mężczyznę.

— Tak — wykrztusił przez ściśnięte gardło.

— Tak, będzie posłuszny, mój Panie. — Pospiesznie poprawił młodego lekarza blondyn. W odpowiedzi uzyskał lekkie skinienie głową, mające oznaczać aprobatę. Przynajmniej w tym momencie zachował się jak należało.

— Szczurku, odważyłeś się ruszyć z miejsca bez mojego wyraźnego polecenia i z pewnością kara cię nie minie. — Oczy Ruka utkwiły teraz w Urielu, ale nie było w nich złości. — Teraz weźmiesz odpowiedzialność za nowego sługę. Zaprowadź go do kwater, niech się umyje i przebierze w coś czystego. Najpóźniej za godzinę chcę go widzieć u siebie.

— Dziękuję, Panie. Tak zrobię — odpowiedział chłopak, Próbował zapanować nad wzbierającym w nim uczuciem ulgi, na szczęście jednak właściciel przestał już zwracać na kogokolwiek uwagę i skierował się po schodach do apartamentu.

Hol powoli pustoszał i kiedy młody niewolnik rozejrzał się dookoła za kimś, kto w razie konieczności pomógłby podtrzymać lekarza, okazało się, że zostali w nim tylko oni dwaj i Tobiasz. Wsparty o kolumnę ochroniarz nie odezwał się nawet słowem, a spojrzenie, jakim przewiercał blondyna, sprawiło, że ten lekko zadrżał. O pomoc mógłby poprosić każdego, tylko nie jego.

— Możesz...? – zapytał, ale natychmiast poprawił się. — To znaczy, czy może pan wstać? — Kiedy sytuacja się uspokoiła, dały o sobie znać wpajane od dziecka zasady dobrego wychowania.

Grisza przez chwilę nie odpowiadał. Mierzył siły do trudnego zadania, jakim było podniesienie się z kolan.

— Będzie dobrze, jeśli mnie podtrzymasz. I mów na „ty”.

Uriel zarzucił sobie rękę Swipsa na ramię i mocno objął go w pasie, po czym pociągnął w górę. Mężczyzna wzrostem prawie dorównywał Ruka, był jednak zdecydowanie szczuplejszy, więc podtrzymywanie go nie stanowiło większego problemu. Pierwsze kroki stawiał niezdarnie jak nowo narodzony źrebak, ale każdy kolejny wydawał się pewniejszy.

— Przerażający — powiedział cicho, kiedy młody niewolnik posadził go na krześle w małym pokoiku. — Niesamowity, majestatyczny…

Chłopak zamarł. Trzymał w ręku świeżą koszulę i spoglądał na mężczyznę niepewny, czy ten właśnie nie postradał zmysłów. O ile z pierwszym słowem mógł się częściowo zgodzić, tak dwóch pozostałych nie potrafił zrozumieć.

— Czy ty przypadkiem...? — spróbował na głos wyrazić swoje wątpliwości, ale rozbawiony Grisza przerwał mu. Jego zachowanie było dziwne jak na kogoś, kto jeszcze kilka minut temu znajdował się w rozpaczy.

— Mocno, ale nie na tyle, żeby mi rozum odebrało. — Przejechał ręką po niewielkiej ranie na czole i rozmazał smugę krzepnącej krwi. — Możesz mi zaufać, w końcu jestem lekarzem. Czy zdajesz sobie sprawę, co ten człowiek... Nie, przepraszam, powinienem zwracać się: mój Pan. Czy ty wiesz, co on zrobił?

Uriel zamyślił się na chwilę, odtworzył w głowie przebieg zajścia i lekko skinął głową.

— Porządnie cię nastraszył i patrzył, jak wijesz się po podłodze, ale chyba już o tym zapomniałeś.

— Młody jesteś, niewiele zrozumiałeś, chociaż jesteś tu dłużej — westchnął doktor i na chwilę przymknął oczy. — Mogę mówić ci po imieniu? Słuchaj Urielu, zachowałem się jak ostatni debil dumny ze swojego planu. Nawet jeśli nie jest zły, to jakby wyglądało, gdyby ot tak po prostu się zgodził? Co pomyśleliby jego podwładni?

Do chłopaka powoli zaczynało docierać, jak sytuacja mogła wyglądać ze strony pana.

— No właśnie. Zachował się jak cesarz jakiś, prawie Bóg. Zabił mnie, bo kiedy wspomniał, że mógłby zabrać też bliźniaki, naprawdę czułem, że umieram, a później dał nowe życie. Zrobił to tak po prostu, bez zmrużenia oka i nie wiem czy to kwestia doświadczenia, czy wrodzony dar.

— Ale mógł to załatwić inaczej i odpuścić ten cały cyrk. — Blondyn nadal nie wydawał się przekonany, co do działań pana. Całym sobą buntował się przeciw takim rozwiązaniom.

— Mógł — Grisza lekko skinął głową — ale nadarzyła się szansa, by pokazać swoją dominację. I wiesz, chyba nie mam nic przeciwko temu. Poza tym musisz przyznać, że nawet w męskich oczach pan Ruka jest niezwykle atrakcyjny.

Przyznawał. Na widok błyszczących oczu lekarza, młody niewolnik skrzywił się lekko i wcisnął mu w ręce przygotowane ubrania. Nie zdążył się odsunąć, kiedy facet złapał go za ramię i odwrócił twarzą w stronę wpadającego przez okno światła słonecznego. Z powagą specjalisty przyjrzał się fioletowemu śladowi na policzku i rozciętej wardze.

— To nie on cię tak załatwił, prawda?

Uriel pokręcił tylko głową. Facet, którego jeszcze kilka minut temu było mu szkoda, zaczynał go irytować. Wyrwał ramię z uścisku kościstych palców i ruszył do wyjścia.

— Zaczynasz wyglądać jak jakiś fanatyczny wyznawca. Umyj się i przebierz, a ja przyniosę coś do jedzenia.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (13)

  • Akwadar 4 miesiące temu
    No i piknie, Pani niewolników, piknie ;)
  • Angela 4 miesiące temu
    Piknie powiadasz, Panie?
    Tosz pozostaje mi tylko skłonić się i podziękować serdecznie?
  • Akwadar 4 miesiące temu
    Angela, cała przyjemność po mojej stronie :)
  • Angela 4 miesiące temu
    Akwadar ?
  • Szpilka 4 miesiące temu
    Ciekawe i z polotem napisane, piątak ?
  • Angela 4 miesiące temu
    Dziękuję Szpilko, miło mi Cię u siebie gościć : )
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Słowa – słowach
    Oczach – oczu / za blisko siebie te wyrazy, dlatego można przyjąć, że to powtórzenie.

    No i great :) Podoba mi się rozwój wydarzeń. Cała otoczka, pomysł, postaci i świat dookoła są spójne, przemyślane i na miejscu. Brawo za pomysł, po raz kolejny. Konsekwentnie budujesz klimat, odkrywasz kolejne karty i częstujesz małym wycinkiem, tak, by człowiek chciał jeszcze, więcej i natychmiast ;) Zatem poproszę o więcej i ponownie gratuluję udanej historii :) Pozdrowienia!
  • Angela 4 miesiące temu
    Myślałam, że przez zbyt długie odstępy w dodawanych częściach, zapomniałaś o tym opowiadaniu.
    Niezmiernie mi miło, ze jednak nie. Serdecznie dziękuję za ciepłe słowa : )
    Pozdrawiam : )
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Angela, pamiętam, pamiętam:) Rzadziej tu zaglądam, stąd to opóźnienie w czytaniu. Niemniej do dobrych historii się wraca. Zwłaszcza jeśli tak intrygują :)
  • pasja 4 miesiące temu
    No, no ciekawie budujesz rusztowanie. Mocne i w pewnym znaczeniu zaplanowane. Jednak pomiędzy wciskają się układy, intrygi i przeszłość. Biznes i tolerowanie wspólnika. Ruka ma władzę, ale zachwianą pewnymi koligacjami przodków.
    Uriel bardzo odważnie zareagował. Co w zamian otrzyma?
    Lekarz miał plan i chyba po części go zrealizował. Pewnie jeszcze nas zaskoczy.

    Pozdrawiam
  • Angela 4 miesiące temu
    Wszyscy jesteśmy powiązani jakimiś układami i chyba nie ma osób, które byłyby od nich całkiem wolne.
    Rodzina, znajomi, przyjaciele... Ruka też nie jest w stanie tego uniknąć, nawet gdyby chciał.
    Co otrzyma Uriel? Tego zdradzić jeszcze ie mogę.
    Dziękuję za czytanie i pozdrawiam.
  • Dekaos Dondi 4 miesiące temu
    Angela↔Co tu dużo jeszcze rzec. Taki prawdziwy ów tekst, bo i też odpowiednio napisany.
    Szczególnie druga część. Czuje się ów świat. Takich czy innych... zależności, układów, różnych psychik i tajemnic.
    Jakby każdy grał swoją grę.Nadal twierdzę, że film mógłby być:)↔Pozdrawiam:)↔%
  • Angela 4 miesiące temu
    Panie DD, tak szalonych reżyserów raczej nie ma i nie będzie. Cieszę się, że wypadło realistycznie.
    Dziękuję i kłaniam się : )))

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania