"Księga Tkaczy" Prolog

„Księga Tkaczy”

 

Część Pierwsza

Zew Pustki

 

Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony,

A poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony.

 

I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o Dziewczynie,

I zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie...

 

….

I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!

A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?

 

Prolog

 

Od wielu nocy wraz ze snem przybywały oblicza – blade, wyciągnięte w niemym krzyku. Dziesiątki. A może setki. Wszystkie wykrzywione gniewem i bólem, ulepione z mroku i wilgotnej gliny. Upiory, w których dłoniach ciągnęły się długie, żelazne łańcuchy.

Wstrętne – podpowiadała jaźń, za każdym razem, gdy Maruena patrzyła na te widziadła. Niektóre lśniły, jakby pokrywała je cienka warstwa szronu, inne chwiały się na boki niczym strachy na wróble zapomniane na polach. Pozostałe stapiały się z czarnym odmętem: nieruchome, o łypiących ślepiach. Wszystkie znikały w głębokiej toni, znad której pobłyskiwały sine światła.

To była Brama Dusz – tak nazwała fioletowo-błękitną zorzę, rozciągniętą nad martwą wodą, do której nie mogła się zbliżyć. Błyski cięły horyzont, a myśl – o bogowie – stała się prawdą. Straszydła natychmiast poniosły ją dalej. Ze wszystkich stron, najpierw od tych, którzy stłoczyli się najbliżej, popłynął głos – jeden, spleciony z setek gardeł: - Hrgh… krghma…

Dźwięk przeszył świat i potoczył się przez bezkres niczym łomot wojennych bębnów.

- Bkrhama. Dhrusz.

Uniósłszy rękę, Maruena próbowała uciszyć to wycie, gdy upiory, mozolnie intonowały swoją potępieńczą modlitwę. Spojrzała ku czarnemu sklepieniu, gdzie migotały blade światła, a potem na ziemię – na jezioro mętnej, nieruchomej wody. To stamtąd wyłaniali się kolejni. Ledwie wynurzali się spod tafli, już opadali pod ciężarem kajdan, wciągani z powrotem w otchłań przez ciężkie żelazo. Ci najbliżej zdawali się prosić. Nie mam ani chleba, ani słonej ryby – chciała odpowiedzieć, lecz zdławili każde jej słowo. Gniew i ból rzeźbiły ich usta, wykrzywione w spazmatycznym grymasie, a światła – te wstrętne światła – odbijały się w pustych oczodołach. Spod wody wyciągały się ręce: czasem zaciśnięte w błagalnym uścisku, innym razem martwe i całkiem sztywne.

- Przestańcie! – wrzasnęła.

Jak po uderzeniu bicza wszystko zamarło.

- Proszę, przestańcie… - powtórzyła ciszej.

Świat zgasł. Zapadł się w sobie. Cisza trwała – mogłaby przysiąc – całe wieki, aż do brzasku, gdy sen ustąpił miejsca rzeczywistości.

Później, opowiedziała wszystko ciotce.

- Już nie wiem, co z tobą zrobić. Do reszty upadłaś na głowę – burknęła Iryna, nie odrywając wzroku od miski, w której obmywała spuchnięte stopy. Skóra wokół kostek była popękana i pokryta szarawym nalotem, który nie chciał zejść pomimo szorowania.

Słuchała tylko przez chwilę. Trupy, jezioro czarne jak noc, demony unoszące się pod jego powierzchnią – tego nie mogła wytrzymać. Jej oblicze szybko wykrzywiło się w obrzydzeniu.

- Jak możesz pleść takie bzdury?! – Głos ciotki zmieszał się z mlaśnięciem wody.

- To tylko sen – Maruena spróbowała się bronić, już żałując, że otworzyła usta. – Był… ciekawy. – Wiedziała, że Iryna prędzej napije się wody z miski, niż wysłucha jej do końca. A jednak, jak głupia gąska, spróbowała znowu. – Widziałam Bramę Dusz, a ona lśniła jak kryształ. Amra czytała mi o niej w starych księgach…

- Ach, ta wstrętna dziewucha! – prychnęła Iryna. – To ma być ciekawy sen? Aż mnie zimny dreszcz przeszedł po plecach.

- Może to przez kąpiel.

Ciotka posłała siostrzenicy gniewne spojrzenie.

- Nie pyskuj! Chcesz, żebym naprawdę się zdenerwowała? Ile razy mam powtarzać? Wierzysz w bajki, to już samo w sobie mnie nie bawi, ale to… Nie widzisz, jak ludzie gadają? Jak się na ciebie gapią, jak na malowane cielę?

Twarz kobiety oblała się purpurą.

- Masz dorosnąć! Myślisz, że jakikolwiek chłop cię zechce, jeśli dalej będziesz pleść o upiorach? Żaden nie weźmie na żonę szalonej!

Maruena spojrzała na miskę. Na mętną wodę z rumiankiem, w której pływały szare, martwe płatki.

I wtedy echo minionej nocy wróciło – ciężkie jak głaz. Tamten świat, wyśniony i nieprawdziwy, przemówił. Zaczął szeptać w myślach, których nagle nie potrafiła odrzucić. Wnikał w nią lodowatym chłodem, prosząc o to, czego nie mogła dać.

Chodź.

Chodź do mnie.

CHODŹ.

Zachwiała się i chwyciła krawędzi stołu. Iryna nie zwróciła na to uwagi. Wyjęła tylko nogę z wody i sięgnęła po ręcznik.

- Mam dość tych wymysłów i gonienia za każdą głupotą. Wszyscy się śmieją, a ja udaję, że nie słyszę. Na bogów, ile masz lat? Jesteś prawie kobietą. Chcesz zostać sama ze swoimi demonami? Tego chcesz?!

Maruena patrzyła na czerwoną twarz ciotki i suchą skórę, do której przywarły płatki rumianku. Przestraszyła się, że miska nagle otworzy się jak portal i pochłonie Irynę, by oddać ją zakutą w kajdany.

- Nie – wyszeptała.

- Co, „nie”?!

- Nie chcę tego – skłamała, czując, jak żółć podchodzi jej do gardła. – Chcę męża. I chcę rodzić mu dzieci.

Prawie zwymiotowała. Przypomniała sobie Jannę D’Allar, jej zwierzęcy skowyt podczas połogu. Janna wyła w niebogłosy, choć to był już jej trzeci syn. Mały Tommen urodził się z krzywym nosem i wąskim podbródkiem, smutny jak Wilcza Noc. Dzieci nie powinny rodzić się smutne ani szpetne – pomyślała wówczas, ale nie ośmieliła się powiedzieć o tym Jannie.

- Dobrze – syknęła Iryna.

Maruena patrzyła na plecy ciotki, gdy ta mozolnie wycierała mały palec u stopy.

- Nie chcę więcej słyszeć o tych snach. Obiecaj mi to zaraz.

- Obiecuję.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • il cuore godzinę temu

    /tak nazwała fioletowo-błękitną zorzę/ – można bez dywizu
    No z dywizami w zapisie masz problem/prawdopodobnie jest przypadłością innego portalu🤕

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania