Przestrzeń której nie potrafię nazwać, niespodziewane spotkanie

Niespodziewane spotkanie

 

Czekając rano na kolejne badanie kontrolne Yukiego, niespodziewanie zobaczyliśmy panią doktor wychodzącą z gabinetu. Odprowadzała ją koleżanka. Rozmawiały o sprawach osobistych, niezwiązanych z lecznicą.

Kiedy nas zauważyła, zawahała się.

Przez chwilę zatrzymała na mnie wzrok, jakby próbowała coś rozpoznać, po czym odwróciła się z delikatnym uśmiechem do koleżanki i kontynuowała rozmowę. Wstałem, trzymając Yukiego na rękach. Pożegnała się z koleżanką i zrobiłem krok w jej stronę. Podeszła powoli.

Schyliła się do ucieszonego Yukiego. Nie głaskała go. Tylko uważnie mu się przyglądała. Potem wyprostowała się i spojrzała mi prosto w oczy.

— Wygląda na to, że u nas jest już wszystko w porządku.

Uśmiechnąłem się.

Powiedziałem, że mimo wszystko niepokój, który pojawił się po jej nagłym wyjeździe, wciąż we mnie pozostał. Ufałem jej i chciałem szczegółowo porozmawiać o konsekwencjach planowanych zabiegów, ale nie zdążyliśmy tego zrobić.

Przez chwilę milczała.

— Skoro już spotkaliśmy się w tak niespodziewany sposób — powiedziała — a ja zostaję do jutra, możemy porozmawiać spokojnie.

Zaproponowałem kawę. Ona zaproponowała cukiernię.

Spotkaliśmy się po godzinie.

Siedziała samotnie na ławce w parku przed kawiarnią. Była zamyślona. Nie patrzyła w naszą stronę, a jednak kiedy się zbliżaliśmy, miałem poczucie, że wie o naszym nadejściu.

Nie wstała. Uśmiechnęła się tylko i długo na mnie patrzyła.

Usiadłem obok niej. Yuki wskoczył pomiędzy nas.

Spojrzała na niego z uśmiechem.

— Jak pan uważa, badania wypadły dobrze?

Powiedziałem, że tak. Dodała, że rozmawiała z koleżanką i wie, że wszystko zmierza w stronę pełnego zdrowia.

Potem zamilkła.

Patrzyliśmy na wysokie drzewa.

Powiedziała, że park oświetlony przedpołudniowym słońcem, mimo uszkodzonych i starych drzew, emanuje wewnętrzną siłą życia. Że każde z nich pozostaje w napięciu wobec innych i właśnie to napięcie utrzymuje ich obecność. Dopiero jesień, kiedy liście zmieniają barwę i zaczynają opadać, rozwiązuje to napięcie.

Opowiedziała mi wtedy o alei, którą kiedyś zobaczyła rano. Drzewa były jeszcze pełne kolorowych liści. Nagle, bez żadnego powiewu wiatru, wszystkie niemal jednocześnie poruszyły konarami i zrzuciły ich dużą część na ziemię.

Pamiętam ten obraz.

Kolorowe liście spadające w porannej mgle na kamienną drogę.

Od tamtej chwili często powraca do mnie ten obraz, podczas medytacyjnych rozmyślań.

Yuki poruszył się niespokojnie, jakby przeszkadzało mu nasze milczenie.

Zaproponowałem kawę.

Wstaliśmy i ruszyliśmy parkową aleją.

Kawiarnia mieściła się w dużym, zabytkowym budynku. Wysoki drewniany hall przypominał jaskinię pozbawioną mroku. Łukowe sklepienie, wiszące belki i rzeźbione słupy odejmowały drewnu ciężar kamienia. Ceramiczna posadzka, wysokie okna i duże powierzchnie szkła otwierały wnętrze na światło.

Weszliśmy dalej.

Kawiarnia miała ciemny, drewniany strop, białe ściany i zabytkowe fotele ustawione przy niewielkich stolikach. Niedaleko baru stała stara witryna.

Zamówiłem dwie kawy i dwa ciastka.

Kiedy usiedliśmy, pomyślałem o ludziach, którzy przez dziesięciolecia przychodzili tutaj, aby rozmawiać. O tych, których już nie ma.

Powiedziałem jej o tym.

Odpowiedziała, że wierzy, iż wszystkie myśli i wypowiedziane słowa zostają gdzieś zapisane. Że można mieć do nich dostęp, jeżeli tylko potrafimy uwolnić się od natrętnych myśli codzienności.

Powiedziała, że świadomość nie umiera.

Że może pozostać w miejscu.

Patrzyłem na stare meble.

Nagle zaczęły opowiadać swoje historie.

Pusta sala wypełniła się głosami. Jedne były bliskie, inne dochodziły jakby z bardzo daleka. Słowa wypowiadano w różnych językach.

Przez chwilę nie byliśmy sami.

Opowiadaliśmy sobie nawzajem obrazy ludzi, którzy mogli kiedyś siedzieć przy tych samych stolikach. Jedna scena wywoływała następną. Każda była odpowiedzią na poprzednią.

Powstawał świat, którego już nie było.

A jednak na chwilę stał się obecny.

Dawna sceneria sprawiała, że współczesne problemy traciły swoją ostrość. Nie znikały. Stawały się tylko cichsze.

Wtedy pomyślałem o obecności drugiego człowieka.

O tym, że rozmowa jest rodzajem echa.

Jedna osoba rzuca słowo w przestrzeń drugiej osoby, a po chwili otrzymuje odpowiedź. Ale odpowiedź nie wraca nigdy z samej głębi.

Jest już czymś innym.

Może właśnie dlatego obecność drugiego człowieka pozostaje dla nas zawsze częściowo tajemnicą.

Słyszymy echo.

Nie możemy jednak wejść do miejsca, z którego naprawdę pochodzi.

Rozmawialiśmy w miłej, spokojnej atmosferze o niecodziennych rzeczach. Z rozmowy narodziło się pragnienie wspólnego spaceru w pobliskich górach.

Wyszliśmy z kawiarni i pojechaliśmy w miejsce, gdzie mogliśmy zostawić samochód. Przy wejściu na szlak, na drewnianej tabliczce, znajdowała się informacja o początku naszej drogi i wskazującym ją znaku.

Zatrzymała się przed nim na chwilę.

Powiedziała, że kryje się za nim znacznie więcej, niż można zobaczyć. Znak zespala człowieka z drogą. Mówi, że trzeba utrzymać jej kierunek niezależnie od pogody, napotkanych ludzi i zwierząt, własnego samopoczucia czy przypadkowych zdarzeń. Patrząc na niego, powierzamy mu część własnej nadziei. Ufamy, że doprowadzi nas do następnych chwil, których jeszcze nie znamy.

Powiedziała, że podobnie jest w codziennym życiu. Spotykamy znaki, które wskazują drogę, a czasem przed nią ostrzegają. Ich znaczenie pozostaje ukryte i wymaga uważności.

Ruszyliśmy.

Szlaban zatrzymał nie tylko samochód. Zostały za nim przywiązanie do codziennych czynności i uporczywy ruch myśli. Po drugiej stronie granicy wyobraźnia stała się swobodniejsza. Powróciła świadomość kroków, rytmu serca i oddechu. Dźwięki dochodzące z lasu wydawały się mieć inną częstotliwość, a ich barwa zmieniała się wraz z roślinami otaczającymi szlak.

Patrząc na krzewy i drzewa, zapytała, czy można usłyszeć wodę płynącą od korzeni ku liściom. Czy można zobaczyć ruch liści obracających się w stronę słońca. Czy można śledzić otwierające się i zamykające kielichy kwiatów.

Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że w miejscu, które wydawało się nieruchome, wszystko pozostaje w nieustannym ruchu.

Moja myśl potrzebowała ożywienia, jakby mogła je odnaleźć dopiero po obmyciu wodą ze źródła.

Zapytałem, czy nie wydaje jej się, że napływająca zza horyzontu nieskończona przestrzeń obejmuje swoją strukturą wszystko, co wydaje się zamknięte i skończone w swojej ograniczonej formie. Czy nie przenika do głębi tego piękna, które przemawia do nas poprzez otoczenie. Czy nie powinniśmy odnaleźć w sobie oddechu nieskończoności i spróbować z nim zharmonizować.

Zamilkłem na chwilę.

Zapytałem jeszcze, czy biologiczna kondycja człowieka może zakłócić ten proces wewnętrznej metamorfozy, prowadzącej do świadomego zjednoczenia z tym, co nieskończone. Czy możliwe jest w ten sposób zjednoczenie ze wszystkim, co istnieje, i z każdym, kogo przenika ta sama przestrzeń.

Czy nie jest to jeden z najważniejszych celów doskonalenia świadomości tutaj, na ziemi?

Popatrzyła na mnie uważnie.

Przez chwilę nic nie mówiła.

Potem odpowiedziała spokojnie, że według niej jest to możliwe na drodze miłości.

Ale tylko miłości całkowicie czystej, o nieograniczonej głębi.

Piotr Sobański

redakcja AI

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania