Poprzednie częściPunkt Przejścia
Pokaż listęUkryj listę

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

PUNKT PRZEJSCIA - RODZIAŁ 1 - WYPRZEDAŻ

Radio włączyło się punktualnie o szóstej, wyrywając Adama ze snu głosem spikera, który zdążył już przejść do lokalnych wiadomości.

- ...do zdarzenia doszło krótko po czwartej nad ranem. Samochód osobowy zjechał z drogi i uderzył w przydrożne drzewo. Kierowca został przewieziony do szpitala, jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Na miejscu wciąż pracują służby, a ruch odbywa się wahadłowo. Policja apeluje o zachowanie ostrożności...

Adam wysunął rękę spod kołdry i przez chwilę szukał po omacku pokrętła. Zamiast niego trafił palcami w szklankę stojącą na stoliku nocnym. Szkło zachwiało się i stuknęło o blat, ale nie przewróciło. Za drugim razem znalazł radio i ściszył je, czemu towarzyszył krótki trzask w głośniku.

Odbiornik miał już swoje lata. Adam kupił go kiedyś za grosze na jednej z domowych wyprzedaży, głównie dlatego, że spodobała mu się ciężka obudowa, duże pokrętła i sposób, w jaki wszystko w nim pracowało z wyczuwalnym mechanicznym oporem. Od czasu do czasu coś w środku trzeszczało, wyświetlacz świecił nierówno, a przy zmianie głośności należało obchodzić się z pokrętłem trochę cierpliwiej, ale radio nadal działało. Adam lubił takie rzeczy. Nie przeszkadzało mu, że przedmiot miał swoje lata, jeśli wciąż spełniał swoje zadanie i wymagał najwyżej odrobiny cierpliwości albo drobnej naprawy.

Przewrócił się na drugi bok, naciągając kołdrę wyżej na ramiona.

- ...prezes Krajowej Grupy Energetycznej odniósł się do zapowiadanych zmian cen prądu. Jak zapewnił podczas wczorajszej konferencji, planowane korekty taryf nie powinny znacząco obciążyć gospodarstw domowych. Opozycja zarzuca jednak rządowi, że...

Adam westchnął, przekręcił się jeszcze raz i w końcu usiadł na brzegu łóżka. Przez chwilę siedział zgarbiony, bezmyślnie wpatrując się w podłogę, jakby samo patrzenie na panele mogło odwlec moment, w którym będzie musiał naprawdę rozpocząć dzień. Stopą odnalazł jeden z kapci, ale nawet nie próbował szukać drugiego.

- ...minęła szósta piętnaście. Za chwilę wiadomości sportowe, a później sprawdzimy, czego możemy spodziewać się dziś na drogach i jak długo postoją kierowcy na głównych trasach wjazdowych do miasta...

Zerwał się z łóżka niemal w tej samej chwili, w której dotarło do niego, która jest godzina. Odruchowo spojrzał na zegarek stojący obok radia. Czerwone cyfry pokazywały 6:15 i właśnie zmieniały ostatnią z nich na szóstkę.

W normalny dzień nie byłoby jeszcze tragedii. Samochodem, przy odrobinie szczęścia i bez większego korka, potrafił pokonać poranną trasę w niewiele ponad pół godziny. Tego ranka samochód stał jednak u mechanika, gdzie miał zostać tylko do poprzedniego popołudnia, a Adam już wieczorem pogodził się z tym, że czeka go podróż przez pół Warszawy komunikacją miejską. Z Mokotowa na Białołękę musiał najpierw dostać się do metra, przejechać pierwszą linią aż na Młociny, a stamtąd przesiąść się w tramwaj jadący w stronę Nowodworów. Przy dobrze zgranych przesiadkach dało się to przeżyć. Przy źle zgranych potrafiło zamienić się w niemal godzinną wycieczkę po mieście.

Adam nie przepadał za komunikacją miejską, choć problemem nie były właściwie ani autobusy, ani metro. Nie lubił tłoku. Ludzi stojących tak blisko, że czuło się cudzy oddech na karku, plecaków wciskanych pod żebra, mokrych kurtek ocierających się o rękaw i tego osobliwego porannego zwyczaju, zgodnie z którym połowa wagonu próbowała wejść, zanim druga połowa zdążyła wysiąść. W samochodzie mógł przynajmniej zamknąć drzwi, włączyć radio i przez całą drogę nie uczestniczyć w niczyim życiu.

Sięgnął po telefon leżący przy łóżku. Na ekranie, oprócz kilku zwykłych powiadomień, czekała wiadomość od mechanika.

Dostawa części będzie dopiero koło południa. Jak nic więcej nie wyskoczy, samochód powinien być gotowy po 17. Dam znać.

Adam zatrzymał wzrok na wiadomości.

- Jak nic więcej nie wyskoczy?! - pomyślał, krzywiąc się lekko.

Po ostatnich doświadczeniach ze swoim samochodem uznawał podobne zapewnienia za przejaw przesadnego optymizmu. Jego Opel Astra H 1.7 CDTI miał osiemnaście lat i przebieg, o którym rozsądniej było nie wspominać przy ludziach przekonanych, że samochód po stu pięćdziesięciu tysiącach kilometrów nadaje się już tylko do wymiany. Rdza zaczynała wychodzić przy dolnej krawędzi jednych drzwi i nad prawym tylnym nadkolem, silnik brał olej w takim tempie, że Adam coraz częściej woził zapasową bańkę w bagażniku i traktował dolewkę niemal jak element tankowania, a przy mocniejszym zamykaniu schowka należało lekko docisnąć go kolanem, inaczej potrafił otworzyć się na pierwszej większej dziurze. Mimo to Astra jeździła.

I właśnie ten argument Adam powtarzał za każdym razem, kiedy ktoś pytał, dlaczego po prostu nie kupi sobie nowszego samochodu. Nie widział większego sensu w wydawaniu kilkudziesięciu tysięcy złotych tylko po to, żeby zamienić coś, co działało, na coś, co działało trochę ciszej, pachniało nowym plastikiem i miało większy ekran pośrodku deski rozdzielczej. Dopóki koszty napraw nie zaczynały przypominać miesięcznej raty za inne auto, stary Opel miał u niego zagwarantowane miejsce parkingowe. Problem polegał na tym, że ostatnio coraz częściej zaczynał szwankować.

Kilka dni wcześniej po raz kolejny zapaliła się kontrolka silnika. Astra zaczęła szarpać przy przyspieszaniu, a na niskich obrotach reagowała na gaz z takim namysłem, jakby przed każdym zwiększeniem prędkości musiała się zastanowić, czy naprawdę ma na to ochotę. Adam widział już podobne objawy, dlatego poprzedniego popołudnia odstawił samochód do warsztatu. Mechanik podłączył auto do komputera, przez chwilę przyglądał się wynikom, po czym tylko pokiwał głową. Adam od razu wiedział, co to oznacza. Zawór EGR. Znowu. Poprzednim razem skończyło się na czyszczeniu i przez dłuższy czas był spokój. Tym razem mechanik uznał, że dalsze przekonywanie starego elementu do współpracy może nie mieć większego sensu i zamówił nowy. Część miała przyjechać rano, Astra miała być gotowa przed końcem dnia, a Adam miał po pracy odebrać kluczyki, zapłacić, przez chwilę ponarzekać na rachunek i wrócić do domu z przekonaniem, że właśnie kupił sobie kolejne kilkanaście miesięcy spokoju.

Przynajmniej taki był plan jeszcze wczoraj. Teraz część jechała nie wiadomo skąd, samochód stał w warsztacie, a Adam miał przed sobą podróż przez pół miasta.

Otworzył aplikację z rozkładem jazdy. Najbliższy sensowny wariant zakładał dojście do Wierzbna, metro na Młociny i przesiadkę w dwójkę. Przesunął wzrokiem po kolejnych godzinach, po czym spojrzał na zegarek w górnym rogu ekranu.

Jeżeli wyszedłby za dwadzieścia minut, miał szansę dotrzeć do biura niemal punktualnie.

Kilkanaście minut później wypadł z klatki schodowej szybciej, niż zwykle pozwalał sobie o tej porze, z torbą przewieszoną przez ramię i włosami wciąż lekko wilgotnymi po zbyt krótkim prysznicu. Nie zdążył doprowadzić ich do porządku, więc rude kosmyki sterczały mu z jednej strony głowy, a kołnierzyk koszuli ułożył się pod kurtką trochę krzywo. Zauważył to jeszcze w windzie i odruchowo poprawił kołnierzyk, ale włosami nie miał już głowy się zajmować. Był spóźniony, rozdrażniony i coraz bardziej przekonany, że tego ranka nic nie pójdzie tak, jak powinno.

Bardziej martwiło go to, że według aplikacji dotrze do biura kilka minut po czasie. Niewiele, dopóki człowiek nie miał szefa, dla którego cztery minuty były wystarczającym dowodem na brak zaangażowania, źle ustawione priorytety i konieczność krótkiej rozmowy o odpowiedzialności. Adam znał ten zestaw uwag niemal na pamięć. Jego przełożony należał do ludzi, którzy bardzo lubili mówić o celach, terminach i efektywności, szczególnie wtedy, kiedy ich realizacja wymagała od kogoś innego pozostania godzinę dłużej. Każde opóźnienie traktował jak problem organizacyjny, nadgodziny jak naturalny element pracy, a sukces zespołu najchętniej przedstawiał w taki sposób, jakby wydarzył się przede wszystkim dzięki właściwemu zarządzaniu.

Adam nie przepadał za nim, choć starał się nie robić z tego osobistej wojny. Szef był upierdliwy, czasem nieznośnie drobiazgowy i miał irytującą zdolność do pojawiania się obok biurka dokładnie wtedy, kiedy człowiek na chwilę odrywał wzrok od monitora. Z drugiej strony przynajmniej nie udawał przyjaciela swoich pracowników, co Adam uważał za pewną zaletę. Wiedział, czego można się po nim spodziewać, a przewidywalność nawet w przypadku irytujących ludzi miała swoją wartość.

Na zewnątrz uderzyło go chłodne, wilgotne powietrze. Poranna prognoza wspominała o przelotnym deszczu później w ciągu dnia, ale patrząc na niebo, Adam nie był przekonany, czy chmury zamierzają czekać tak długo. Nad Mokotowem wisiała jednolita, ciężka warstwa szarości, spod której trudno było nawet odgadnąć, gdzie właściwie powinno znajdować się słońce. Chodnik był jeszcze suchy, ale w powietrzu czuło się wilgoć, a lekki wiatr przesuwał przy krawężnikach mokre liście pozostałe po nocnym podmuchu.

Adam zapiął kurtkę wyżej i ruszył Bukietową w stronę metra, przyspieszając kroku bardziej z powodu uciekającego czasu niż chłodu. Lubił tę ulicę właśnie dlatego, że niewiele się na niej działo. Niska zabudowa, stare bloki cofnięte od jezdni, niewielkie podwórka i drzewa, które rosły tu wystarczająco długo, żeby miejscami ich korony niemal stykały się ponad chodnikiem, dawały choć częściowe poczucie odcięcia od znacznie bardziej ruchliwych ulic znajdujących się zaledwie kilka minut dalej.

Budynek, w którym mieszkał, również najlepsze lata miał dawno za sobą. Kilka pięter, grube ceglane ściany, wąska klatka schodowa i piwnica pachnąca wilgocią niezależnie od pory roku nie robiły większego wrażenia na kimś szukającym nowoczesnego apartamentu, ale Adamowi zupełnie to nie przeszkadzało. Mieszkanie było jego, okolica spokojna, a do metra mógł dojść pieszo. To wystarczało.

Kiedyś z czystej ciekawości sprawdził nawet, skąd właściwie wzięło się Wierzbno. Nazwa okazała się znacznie starsza niż bloki, metro i ciągnące się wzdłuż ulic szeregi zaparkowanych samochodów; zanim Warszawa pochłonęła tę część Mokotowa, istniała tu niewielka osada związana z dawnym folwarkiem. Adam lubił takie informacje. Nie były do niczego szczególnie potrzebne, ale sprawiały, że miejsca przestawały być tylko nazwami wyświetlanymi na mapie. Podobnie patrzył na stare przedmioty - świadomość, że coś istniało długo przed nim i nadal miało swoje miejsce w świecie, sama w sobie wydawała mu się wystarczającym powodem, żeby poświęcić temu trochę uwagi.

Tego ranka nie miał jednak czasu zastanawiać się nad historią dzielnicy. Drzewa wzdłuż Bukietowej były już mocno przerzedzone; na części gałęzi trzymały się jeszcze brunatne i brudnożółte liście, inne stały niemal całkowicie nagie, ciemne od wilgoci i wyraźnie odcinające się od szarego nieba. Trawniki straciły letnią zieleń, przy krawężnikach zebrały się sterty mokrych liści, a zaparkowane samochody pokrywała cienka warstwa wilgoci. Co jakiś czas silniejszy podmuch wiatru przesuwał po chodniku kilka liści, które szurały po płytach, zanim zatrzymywały się pod którymś z aut.

Na policzku poczuł pojedynczą kroplę. Spojrzał w górę, ale nie zwolnił.

Do biura wszedł kilka minut później, niż planował, a jeszcze kilka później, niż życzyłby sobie jego przełożony. Drzwi windy rozsunęły się przed nim z cichym sygnałem i Adam niemal odruchowo przyspieszył, ruszając korytarzem z miną człowieka, który bardzo chciałby wyglądać tak, jakby znajdował się tu już od dawna i właśnie wracał z czegoś niezwykle ważnego.

Nie oglądał się w stronę przeszklonego gabinetu po lewej. Uznał, że jeśli sam nie spojrzy, istnieje przynajmniej cień szansy, że również nie zostanie zauważony. Potem kątem oka dostrzegł ruch. Szef podniósł głowę znad monitora, odsunął krzesło…

- Wierzbicki!

Adam zatrzymał się i odwrócił z dokładnie takim wyrazem twarzy, na jaki było go stać po zbyt krótkim śnie, podróży przez pół miasta i pięciu minutach spóźnienia, które właśnie przestały mieć charakter prywatny.

- Spóźniłeś się.

- Wiem, wiem, szefie. Samochód znowu u mechanika. Komunikacja...

Szef zmrużył oczy, jakby rozważał, czy awaria osiemnastoletniego Opla może zostać uznana za okoliczność łagodzącą, ale Adam nie dał mu szansy na dalszy ciąg. Odwrócił się i po kilku krokach zniknął za narożnikiem ściany, od razu przyspieszając, jakby sam dystans mógł uchronić go przed resztą rozmowy.

Korytarz prowadził przez większość piętra, mijając kolejne przeszklone salki konferencyjne, rzędy biurek i niewielkie wyspy drukarek, z których jedna już od rana wydawała z siebie regularne, irytujące piski. Kilka osób siedziało przy komputerach, inni dopiero zdejmowali kurtki albo wracali z kubkami z kuchni. Adam przeszedł między nimi możliwie szybko, rzucając po drodze kilka krótkich „cześć”, które nie wymagały zatrzymywania się ani rozwijania rozmowy.

Kurtkę odwiesił na wolny haczyk przy wejściu do części biurowej, torbę zsunął z ramienia i przez moment zawahał się, czy od razu iść do swojego stanowiska. Zamiast tego skręcił do kuchni. Potrzebował kawy.

Ekspres stał w rogu na wąskim blacie pomiędzy mikrofalówką a zlewem i wyglądał tak, jakby pamiętał jeszcze czasy, kiedy firmowe kuchnie nazywano po prostu zapleczem. Plastik na obudowie zmatowiał, tacka pod filiżankę nosiła ślady po setkach rozlanych kaw, a jeden z przycisków był starty tak mocno, że nie dało się już odczytać znajdującego się na nim symbolu. Adam lubił ten sprzęt bardziej, niż powinien, choć kawa, którą produkował, pozostawiała wiele do życzenia. Smakowała zwykle trochę zbyt gorzko, czasem odrobinę wodniście, a przy wyjątkowo pechowym dniu jednym i drugim naraz, ale ekspres działał od lat i najwyraźniej nie zamierzał się poddawać.

To wystarczało, żeby Adam darzył go pewnym szacunkiem.

Podstawił kubek, nacisnął najbardziej zużyty przycisk i przez chwilę słuchał charakterystycznego buczenia pompy. Maszyna zakaszlała, zatrzęsła się lekko i po kilku sekundach zaczęła nalewać ciemny płyn.

Adam poczekał, aż kubek się napełni, zabrał go z blatu i ruszył do swojego stanowiska.

Usiadł przy biurku, odstawił kawę obok klawiatury i włączył monitor. Ekran rozświetlił się niemal od razu, pokazując kilka otwartych okien pozostawionych z poprzedniego dnia i listę nowych wiadomości, która zdążyła już urosnąć bardziej, niż miał ochotę oglądać przed pierwszym łykiem kawy.

Adam objął kubek obiema dłońmi i przez moment tylko patrzył na ekran.

- Widziałem, że stary przyłapał cię na spóźnieniu, co?

Głos dobiegł zza jego pleców, zanim zdążył otworzyć pierwszą wiadomość. Adam nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, kto mówi. Marek pojawił się przy biurku z kubkiem kawy w jednej dłoni i telefonem w drugiej, po czym oparł się bokiem o ściankę oddzielającą stanowiska.

- A wiesz, że podobno zatrudnia nową asystentkę? Pani Monika... - przeciągnął, po czym chrząknął w sposób, który nie pozostawiał większych wątpliwości, jaki aspekt procesu rekrutacyjnego interesował go najbardziej. - Od poniedziałku ma zacząć. Podobno trzy osoby już się przewinęły, ale żadna naszemu wodzowi nie pasowała. Jedna za mało doświadczenia, druga chciała za dużo pieniędzy, trzecia ponoć świetna, tylko jakoś nie przeszła dalej. A potem pojawiła się pani Monika i nagle wszystkie wymagania zaczęły się zgadzać.

Adam zerknął na niego znad kubka. Marek uśmiechnął się niewinnie.

- No co? Ja przecież nic nie mówię. Przypadek. Kompetencje. Rynek pracy. Profesjonalna rekrutacja.

Upił łyk kawy i skrzywił się, ale nie przerwało mu to na długo.

- Podobno naprawdę niebrzydka. Recepcja już wie, księgowość wie, więc jutro pewnie będzie wiedział nawet facet, który wymienia toner w drukarkach. Stary zresztą też wyglądał wczoraj jakoś podejrzanie zadowolony, a to mu się bez podwyżki budżetu raczej nie zdarza.

Adam nic nie odpowiedział, lecz kącik ust drgnął mu lekko.

Marek należał do ludzi, którzy potrafili wejść rano do biura i jeszcze przed pierwszą kawą znać połowę historii, których oficjalnie nikt nikomu nie powiedział. Rozmawiał z recepcją, księgowością, ochroną, ludźmi z innych pięter i każdym, kto akurat zatrzymał się obok niego na dłużej niż kilkanaście sekund. Przy okazji miał talent do dopowiadania brakujących fragmentów w taki sposób, żeby całość była znacznie ciekawsza od wersji prawdziwej.

W normalnych okolicznościach Adam prawdopodobnie trzymałby się od niego z daleka. Nie przepadał za ludźmi, którzy wiedzieli wszystko o wszystkich, a jeszcze mniej za tymi, którzy potrafili zamienić pięć minut rozmowy przy ekspresie w pełny przegląd życia prywatnego połowy piętra. Marek sprawiał przy pierwszym spotkaniu dokładnie takie wrażenie - trochę fircyka, trochę plotkarza, człowieka, który wszędzie zaglądał, wszędzie kogoś znał i zawsze miał coś do powiedzenia.

Zmieniło się to kilka tygodni po tym, jak Adam zaczął pracę w firmie.

Popełnił wtedy błąd w jednym z raportów. Nie był poważny, przynajmniej dopóki nie trafił na biurko szefa, który potrafił potraktować źle przypisaną wartość w jednej tabeli jak osobistą obrazę całej organizacji. Adam pamiętał, że stał wtedy obok jego biurka i słuchał coraz głośniejszego wywodu o odpowiedzialności, kontroli danych i standardach, których najwyraźniej nie rozumiał, choć pracował w firmie dopiero od kilkunastu dni. Marek przechodził akurat obok. Zatrzymał się, rzucił okiem na Adama, potem na ekran szefa i najwyraźniej od razu zrozumiał sytuację. Zamiast pójść dalej, wszedł do gabinetu z wydrukowanym raportem w ręku i bez najmniejszego zawahania zaczął tłumaczyć, że potrzebuje pilnej decyzji w sprawie wyników sprzedażowych z poprzedniego tygodnia. Szef dał się wciągnąć w rozmowę niemal natychmiast. Adam stał jeszcze przez chwilę obok biurka, niepewny, czy może odejść. Marek spojrzał na niego ponad ramieniem szefa i krótko mrugnął, dając mu wyraźnie do zrozumienia, żeby zniknął z pola widzenia i wykorzystał chwilę na poprawienie raportu.

Nigdy później o tym specjalnie nie rozmawiali. Marek nie oczekiwał podziękowań, Adam nie miał zwyczaju ich przesadnie rozdawać, ale od tamtego dnia przestał traktować go jak kolejnego biurowego gadułę. Nadal uważał, że mówi za dużo, interesuje się rzeczami, które zupełnie go nie dotyczą, i zna zdecydowanie zbyt wiele szczegółów z życia ludzi, których Adam ledwie kojarzył z imienia.

- Chociaż - ciągnął po chwili Marek - podobno długo jej nie utrzyma.

- Jak to? Jeszcze nawet nie zaczęła.

- No właśnie dlatego mówię „podobno”. Dziewczyna ogarnięta, pyskata i nie daje sobie wciskać wszystkiego bez słowa. Tak przynajmniej twierdzi Anka z HR-u. A jak znam naszego starego, to po tygodniu zacznie ją poprawiać przy przecinkach w mailach, po dwóch będzie jej tłumaczył, jak powinna prowadzić jego kalendarz, a po miesiącu odkryje, że „nie do końca wpisuje się w kulturę organizacyjną”.

Marek parsknął pod nosem i znów napił się kawy.

- Chociaż może nas zaskoczą. Wielka miłość do procedur, tabelek i terminowego odpowiadania na wiadomości.

Adam spojrzał na niego.

- Ty naprawdę od rana nie masz nic do roboty?

- Mam. Dlatego tu jestem.

Marek uśmiechnął się szeroko, jakby właśnie udowodnił coś niezwykle istotnego, po czym odstawił kubek na wolny fragment biurka.

- Idziemy dzisiaj na piwo.

Adam oderwał wzrok od monitora.

- My?

- Tak, my. Ty, ja, piwo. Prosta konstrukcja, dasz radę.

- A pytałeś mnie w ogóle?

-Gdybym zapytał, zacząłbyś się zastanawiać, potem przypomniałbyś sobie, że masz coś do zrobienia, następnie uznałbyś, że jesteś zmęczony, a o osiemnastej siedziałbyś już w domu i oglądał jakiś dokument o renowacji dziewiętnastowiecznych zawiasów.

Adam uniósł brew.

- Nie oglądam dokumentów o zawiasach.

- Jeszcze.

Marek zabrał z biurka swój kubek i napił się, nie przestając obserwować kolegi.

- Możemy najpierw coś zjeść, potem piwo, a jak wieczór się dobrze ułoży, pojedziemy gdzieś dalej. Znam taki klub...

- Nie.

- Nawet nie powiedziałem jaki.

- Nie ma znaczenia.

- Skąd wiesz?

- Bo powiedziałeś „klub”.

Marek westchnął demonstracyjnie.

- Właśnie dlatego musisz czasem ze mną wychodzić. Człowiek nie może całe życie chodzić do pracy, wracać do domu i ekscytować się tym, że znalazł gdzieś przedwojenną popielniczkę za dwadzieścia złotych.

- Mogę.

- Nie możesz.

- Jak widać, mogę całkiem skutecznie.

Marek pokręcił głową, przyglądając mu się przez moment z rozbawieniem.

- Dobra, to inaczej. Jak tam w ogóle twoje życie towarzyskie? Jakaś pani na oku? Cokolwiek?

Adam skrzywił się lekko. Przez jego życie przewinęło się kilka kobiet, z niektórymi spotykał się przez parę tygodni, z innymi przez kilka miesięcy, ale żadna z tych relacji nie zatrzymała się przy nim na dłużej. Nigdy nie potrafił wskazać jednego konkretnego powodu. Być może chodziło o to, że nie był szczególnie towarzyski, nie ciągnęło go do spontanicznych wyjazdów ani weekendów planowanych na drugim końcu kraju, a wieczór z książką albo grzebanie przy czymś starym potrafiły sprawić mu więcej przyjemności niż zatłoczony lokal pełen ludzi.

Może dla części kobiet wydawał się przez to zwyczajnie nudny. Może zbyt zamknięty. Może za mało mówił o sobie i zbyt łatwo przyzwyczajał się do własnego rytmu, w którym nie trzeba było nikomu tłumaczyć, dlaczego w sobotę woli pojechać na targ staroci niż na całodniową wycieczkę za miasto. Sam nie był pewien. Z czasem przestał się nad tym szczególnie zastanawiać. Kolejne znajomości kończyły się bez większych dramatów, a on wracał do swojego mieszkania, książek, pracy i rzeczy, które przynajmniej nie oczekiwały od niego, że nagle stanie się kimś innym.

Marek przerwał jego rozmyślania i od razu uniósł dłoń.

- Dobra, dobra. Rozumiem. Nie musisz nic mówić. Mina wystarczyła.

- Dzięki.

- Nie ma za co.

 Wziął głębszy oddech, uniósł lekko podbródek i odezwał się tonem profesora, który właśnie dochodził do jedynego rozsądnego wniosku.

 - W takim razie tym bardziej wychodzimy. Bez klubów, skoro zachowujesz się przy nich, jakbym proponował ci udział w nielegalnych walkach psów. Jedzenie, dwa piwa i do domu.

Adam odsunął kubek i oparł się wygodniej o fotel. Właściwie nie miał na wieczór żadnych konkretnych planów poza odebraniem samochodu, o ile mechanik rzeczywiście zdąży go skończyć. Mimo to przez chwilę milczał, bo przypomniał sobie o czymś, co zauważył poprzedniego wieczoru.

- Jest tylko jedna rzecz.

Marek natychmiast spoważniał, choć w jego przypadku oznaczało to głównie, że przestał się uśmiechać.

- Wiedziałem, że będzie jakiś warunek.

- Widziałem wczoraj ogłoszenie o wyprzedaży domu w Wilanowie. Stary Wilanów, okolice Królowej Marysieńki. Podobno właściciel nie żyje, a rodzina opróżnia cały dom. Meble, książki, jakieś stare sprzęty, drobiazgi. Wszystko.

- Czyli zanim pozwolisz mi zabrać cię na piwo, mam z tobą jechać grzebać w rzeczach po jakimś zmarłym bogaczu?

- Nie powiedziałem, że był bogaty.

- Wilanów. Dom. Wyprzedaż całego wyposażenia. Adam, na takich wyprzedażach zwykle są plastikowe krzesła, stary grill i pudła rzeczy, których nikomu nie chciało się wyrzucić.

- Możemy tylko zajrzeć? To nie jest zwykły targ staroci - ciągnął Adam, zanim tamten zdążył się odezwać

- Domowe wyprzedaże są lepsze, bo ludzie często nie mają pojęcia, co właściwie sprzedają. Na targu każdy już sprawdził ceny, wszystko jest przebrane, opisane i wystawione tak, żeby wyglądało na cenniejsze, niż jest. A tutaj opróżniają cały dom. Jak po kimś zostały rzeczy zbierane przez kilkadziesiąt lat, to czasem trafia się coś naprawdę ciekawego. Nie mówię nawet o czymś drogim. Stary zegar, narzędzia, jakieś papiery, mapy, przyrządy, rzeczy, których dzisiaj nikt już nie używa, ale ktoś kiedyś zrobił je porządnie i miały konkretny cel. Poza tym takie wyprzedaże znikają od razu. Dzisiaj są, jutro połowę ktoś wykupi, reszta pojedzie do kontenera albo trafi do handlarzy i za tydzień zobaczysz to samo trzy razy drożej na aukcji. A skoro i tak jedziemy później coś zjeść, Wilanów nie jest przecież na drugim końcu kraju. Wpadniemy, przejdziemy się po domu, najwyżej nic nie znajdę i po pół godzinie wychodzimy. Szkoda byłoby odpuścić tylko dlatego, że...

- Dobra, dobra, już nie truj - Marek uniósł dłoń.

- Dogadane. Po robocie jedziemy na twój targ staroci, oglądasz swoje zegarki, mapy i inne szpargały po nieboszczyku, wybierasz wszystko, co uznasz za bezcenne dziedzictwo cywilizacji, a potem realizujemy mój plan.

- I jeszcze samochód po drodze.

Marek machnął ręką, odwracając się już w stronę swojego biurka.

- Tak, tak. Samochód, mechanik, wyprzedaż staroci, co tam sobie chcesz. Byleśmy zdążyli przed zamknięciem knajpy.

Ruszył w stronę swojego stanowiska, zostawiając Adama z kawą, otwartą skrzynką mailową i poczuciem, że w ciągu kilku minut jego wieczór zdążył się zapełnić bardziej, niż planował.

Marek zniknął między stanowiskami, a Adam dopił pierwszy łyk kawy i w końcu zabrał się do pracy, której od rana zdążyło nazbierać się więcej, niż miał ochotę oglądać. Czekało na niego kilka raportów do uzupełnienia, zestawienia z poprzedniego tygodnia, dane wymagające ponownego sprawdzenia i dwa arkusze Excela, w których ktoś najwyraźniej uznał, że kolory komórek mogą zastąpić logiczny układ tabeli. Paradoksalnie właśnie ta część pracy nigdy szczególnie mu nie przeszkadzała. Liczby, tabele i szukanie zależności były jednymi z niewielu rzeczy, przy których potrafił siedzieć przez kilka godzin bez ciągłego zerkania na zegarek, zwłaszcza kiedy z pozornie przypadkowego zbioru danych zaczynał wyłaniać się jakiś wzór. Lubił moment, w którym coś początkowo nie pasowało, a potem po kilku porównaniach okazywało się, że jeden wynik odstaje od reszty nie przez przypadek, tylko dlatego, że ktoś źle przypisał kategorię, pominął część danych albo zwyczajnie wkleił wartość w niewłaściwe miejsce. Sam czasem zastanawiał się, jak właściwie skończył jako analityk, bo jeszcze w szkole nic nie wskazywało na to, że właśnie w tę stronę pójdzie jego życie. Nie był wybitnym uczniem, nie wygrywał olimpiad i zdecydowanie nie należał do tych dzieciaków, którym nauczyciele od pierwszej klasy przepowiadali wielką karierę. Uczył się przeciętnie, z rzeczy, które go interesowały, radził sobie dobrze, a resztę zaliczał na tyle, żeby nikt nie miał większego powodu się go czepiać. Zawód również znalazł trochę przypadkiem; pierwsza praca miała być czymś przejściowym, zwykłym stanowiskiem przy raportach i zestawieniach, które pozwoli mu zarobić pieniądze, zanim zdecyduje, co właściwie chce robić dalej. Okazało się jednak, że dobrze czuje się wśród danych, a jeszcze lepiej w pracy, w której większość problemów można było rozłożyć na mniejsze części i spokojnie sprawdzić, gdzie coś przestało się zgadzać. Z czasem dostał więcej obowiązków, nauczył się nowych narzędzi, zmienił firmę, potem jeszcze jedną i gdzieś po drodze przestał traktować analizę danych jako zajęcie tymczasowe. Nie uważał przy tym swojej pracy za szczególnie fascynującą i nie próbował nikomu tłumaczyć przy piwie, że przygotowywanie kolejnego zestawienia sprzedażowego jest formą intelektualnej przygody. Po prostu był w tym dobry, zarabiał przyzwoicie i odpowiadał mu sposób, w jaki liczby potrafiły porządkować rzeczy, które na pierwszy rzut oka wyglądały jak chaos. Tego dnia również szybko wpadł w znajomy rytm, przechodząc od jednego arkusza do następnego, odpowiadając na maile i nanosząc poprawki do raportu, który szef chciał mieć jeszcze przed końcem dnia. Godziny mijały spokojnie, przerywane tylko kolejnymi kawami, krótkimi rozmowami dochodzącymi z sąsiednich stanowisk i okazjonalnymi komentarzami Marka, który najwyraźniej potrafił jednocześnie pracować i wiedzieć, co dzieje się w każdym zakątku biura. Kiedy Adam po raz kolejny spojrzał na zegarek w prawym dolnym rogu monitora, ze zdziwieniem zauważył, że większość dnia miał już za sobą.

Kiedy kilka godzin później wyszli razem z biura, Adam dopiero przed budynkiem zorientował się, że czegoś brakuje.

- A gdzie twoje auto?

Marek wsunął dłonie do kieszeni kurtki i spojrzał na niego z miną niewiniątka.

- Jakie auto?

Adam zatrzymał się na moment.

- Ty to zaplanowałeś już wczoraj, prawda?

Marek uśmiechnął się szeroko, ale nie odpowiedział. Ruszył tylko w stronę przystanku, pozostawiając Adamowi samodzielne wyciągnięcie wniosków.

Do warsztatu pojechali autobusem. Marek przez większą część drogi mówił niemal bez przerwy, przeskakując z jednego tematu na drugi z łatwością człowieka, dla którego cisza była jedynie niewykorzystanym miejscem na rozmowę. Wspomniał ostatnią imprezę integracyjną, podczas której ktoś z księgowości próbował przekonać DJ-a, że firmowy hymn z prezentacji rocznej nadaje się do tańca, potem wrócił do historii jednego z kolegów, który następnego dnia przez pół godziny szukał służbowego telefonu, trzymając go przez cały czas w kieszeni marynarki. Adam znał część tych historii, inne prawdopodobnie rosły z każdym kolejnym opowiadaniem, ale nie przeszkadzało mu to szczególnie. Od czasu do czasu przytakiwał, odpowiadał krótkim komentarzem albo uśmiechał się pod nosem, kiedy Marek szczególnie mocno rozmijał się z wersją wydarzeń, którą Adam pamiętał osobiście.

Warsztat znajdował się w okolicy Kasprzaka, wciśnięty pomiędzy niewielki sklep motoryzacyjny a plac zastawiony samochodami czekającymi na naprawę. Adam trafił tam pierwszy raz właśnie dzięki Markowi, który polecił mu to miejsce po jednej z wcześniejszych awarii Astry. Od tamtej pory wracał kilka razy i, choć nie miał zwyczaju przywiązywać się do ludzi świadczących mu usługi, temu mechanikowi zdążył zaufać. Facet był jego całkowitym przeciwieństwem - głośny, rozmowny i skłonny opowiedzieć historię połowy samochodów stojących na placu, nawet jeśli nikt go o to nie pytał - ale nie próbował wymieniać rzeczy, które dało się jeszcze naprawić, i jak dotąd ani razu nie próbował naciągnąć Adama na koszt, którego później nie potrafiłby sensownie uzasadnić. To wystarczało.

Astra stała już przed warsztatem.

Marek zatrzymał się obok niej i przez chwilę przyglądał się prawemu tylnemu nadkolu, na którym rdza zaczynała coraz wyraźniej przebijać spod lakieru.

- Powiedz mi, że któregoś dnia pozwolisz temu samochodowi umrzeć z godnością.

Adam otworzył drzwi od strony kierowcy.

- Przecież jeździ, tak?

Marek pokręcił głową i obszedł samochód, mamrocząc coś o uporczywym podtrzymywaniu życia. Adam nie zamierzał po raz kolejny tłumaczyć mu, że kupowanie nowego auta tylko dlatego, że obecne miało osiemnaście lat, trochę rdzy i własne poglądy na temat zużycia oleju, wydawało mu się zwykłym marnowaniem pieniędzy. Astra była spłacona, znał jej usterki, wiedział, czego się po niej spodziewać, a zapasowa bańka oleju od dawna miała swoje stałe miejsce w bagażniku. Dopóki samochód odpalał rano, dowoził go do pracy i wracał z nim wieczorem do domu, Adam nie widział powodu, żeby się go pozbywać.

Kilka minut później wrócił z warsztatu z kluczykami i rachunkiem, którego wysokość przez chwilę kazała mu ponownie przemyśleć ostatnie zdanie. Marek czekał już na miejscu pasażera.

Adam uruchomił silnik, ustawił nawigację i ruszył z parkingu, choć Astra zrobiła to z wyraźną niechęcią, diesel zamruczał ciężko, coś głucho chrupnęło przy wrzucaniu biegu, a spod maski dobiegł krótki, chropowaty dźwięk, który sprawił, że Adam odruchowo się skrzywił. Marek spojrzał na niego z ironicznym uśmiechem, ale tym razem niczego nie skomentował, co Adam uznał za wyjątkowo taktowne z jego strony. Kiedy wyjechali na główną ulicę i nawigacja skierowała ich w stronę Wilanowa, Adam zaczął opowiadać o domowych wyprzedażach z większym zaangażowaniem, niż zwykle wkładał w rozmowy o czymkolwiek niezwiązanym z pracą. Tłumaczył Markowi, że najbardziej lubi miejsca, w których rzeczy nie zdążyły jeszcze przejść przez ręce handlarzy, bo właśnie wtedy można było trafić na coś ciekawego za ułamek jego rzeczywistej wartości. Nie chodziło przy tym wyłącznie o gromadzenie kolejnych gratów, choć Marek lubił przedstawiać jego mieszkanie jako magazyn przedmiotów uratowanych przed śmietnikiem. Adam część znalezisk czyścił, naprawiał albo odnawiał, czasem poświęcając na to kilka wieczorów, żeby później wystawić je na aukcji i odzyskać przynajmniej część wydanych pieniędzy. Zdarzało mu się sprzedawać stare zegarki, przyrządy pomiarowe, niewielkie lampy, mechaniczne drobiazgi czy przedwojenne akcesoria na Allegro, eBayu albo forach kolekcjonerskich, gdzie ludzie potrafili zapłacić zaskakująco dużo za coś, co kilka tygodni wcześniej leżało zakurzone na dnie kartonu. Kilka razy trafił na przedmiot, którego właściciel najwyraźniej nie potrafił właściwie wycenić, i po renowacji sprzedał go z takim zyskiem, że przez resztę miesiąca miał poczucie, jakby hobby samo finansowało kolejne zakupy. Najwięcej satysfakcji dawały mu jednak nie pieniądze, lecz moment, w którym rzecz uznana przez kogoś za bezużyteczną odzyskiwała swój wygląd albo zaczynała ponownie działać po latach zaniedbania. Marek słuchał go z boku, od czasu do czasu przytakując albo rzucając krótkie pytanie, ale po kilku minutach było już wyraźnie widać, że bardziej od historii starych zegarków interesuje go to, jak długo Adam zamierza jeszcze mówić bez przerwy. Sam Adam zauważył to dopiero wtedy, gdy Marek spojrzał na niego z rozbawieniem i pokręcił lekko głową, jakby właśnie odkrył, że wystarczy znaleźć odpowiedni temat, żeby jego zwykle małomówny kolega zamienił się w całkiem sprawnego gawędziarza.

Przebijanie się przez popołudniowe korki zajęło im niemal godzinę i kiedy nawigacja w końcu oznajmiła, że dotarli do celu, Marek zdążył już dwa razy zmienić stację radiową i raz zapytać, czy Adam jest pewien, że ta wyprzedaż nadal trwa. Astra skręciła w spokojniejszą ulicę, gdzie za wysokimi ogrodzeniami ciągnęły się większe działki i domy wyraźnie starsze od większości nowej zabudowy Wilanowa. Ten, którego szukali, trudno było przeoczyć. Stał głębiej za kutą bramą, szeroki i przesadnie ozdobny, z dwiema niewielkimi wieżyczkami po bokach, stromym dachem i frontem, który sprawiał wrażenie, jakby ktoś próbował połączyć podwarszawską rezydencję z wyobrażeniem o niewielkim zamku. Kiedyś musiał robić wrażenie, ale lata wyraźnie obeszły się z nim mniej łaskawie niż z większością rzeczy, które Adam zwykle znajdował na wyprzedażach. Jasny tynk w wielu miejscach popękał i odchodził płatami od ścian, na kamiennych schodach zebrały się ciemne ślady wilgoci, a metalowe elementy balustrad pokrywała cienka warstwa rdzy. Przy jednym z filarów wisiał duży baner z numerem telefonu i prostym napisem „DOM NA SPRZEDAŻ”, którego jeden róg zerwał się z mocowania i poruszał przy każdym podmuchu wiatru. Na podjeździe stało kilka samochodów, a przez otwartą bramę co jakiś czas wychodzili ludzie niosący lampy, obrazy, kartony albo pojedyncze meble. Marek wysiadł z Astry, spojrzał na dom i przez chwilę nic nie mówił. - No dobra - odezwał się w końcu, poprawiając kurtkę. - Cofam połowę tego, co mówiłem. Jeśli ktoś mieszkał w czymś takim, to chyba rzeczywiście może mieć w piwnicy coś ciekawszego niż komplet plastikowych krzeseł.

Weszli do środka przez szerokie, ciężkie drzwi, których lakier starł się przy klamce niemal do surowego drewna. W holu od razu uderzył ich zapach kurzu, starego drewna i lekkiej stęchlizny, charakterystycznej dla dużych pomieszczeń, które od dawna nie były regularnie ogrzewane ani porządnie wietrzone. Wnętrze nadal zdradzało dawny przepych: posadzkę wyłożono jasnym kamieniem, po obu stronach wejścia stały masywne konsole z ciemnego drewna, a szerokie schody prowadziły na półpiętro i dalej ku antresoli biegnącej wzdłuż części holu. Na ścianach wisiały obrazy w ciężkich ramach, niektóre już zdjęte i oparte o podłogę, inne pozostawione na miejscach, gdzie jaśniejsze prostokąty na tapecie zdradzały, że obok kiedyś wisiało ich więcej. W jednym z bocznych przejść zauważyli wysoki kredens z rzeźbionymi drzwiczkami, dalej stał fortepian przykryty szarą płachtą, a pod ścianą ktoś ustawił kilka zwiniętych dywanów przewiązanych sznurkiem. Strzałki wykonane na kartkach A4 i przyklejone taśmą prowadziły ich dalej, przez salon z wysokimi oknami i wygaszonym kominkiem, potem wzdłuż przeszklonego korytarza wychodzącego na zaniedbany ogród. Marek zwolnił przy dużym portrecie starszego mężczyzny w ciemnym garniturze, ale Adam nawet nie próbował zgadywać, czy był to właściciel domu, jego ojciec czy po prostu ktoś, kogo obraz pasował kiedyś do wystroju. - Musiał być naprawdę dziany - powiedział Marek, rozglądając się po suficie ozdobionym sztukaterią. - Wiadomo, czym się zajmował? Adam pokręcił głową i wyjaśnił, że przy podobnych wyprzedażach często trafiał na domy po ludziach, o których sprzedający mówili niewiele albo nic; czasem byli przedsiębiorcami, czasem lekarzami, prawnikami, kolekcjonerami, a czasem po prostu kimś, kto przez czterdzieści lat kupował więcej rzeczy, niż był w stanie później wyrzucić. Bogactwo nie gwarantowało przy tym dobrego gustu ani ciekawych znalezisk, ale zwiększało szansę, że gdzieś w szufladzie albo na dnie pudła znajdzie się przedmiot, którego nikt jeszcze dokładnie nie obejrzał.

Główna część wyprzedaży mieściła się w dużej sali po drugiej stronie holu, gdzie kiedyś najwyraźniej urządzano przyjęcia albo rodzinne uroczystości. Teraz pod ścianami i pośrodku pomieszczenia ustawiono długie stoły przykryte przypadkowymi obrusami, a na nich piętrzyły się książki, zastawa, stare aparaty fotograficzne, szkatułki, świeczniki, zegarki, narzędzia, porcelana i dziesiątki drobiazgów, które utraciły już swoje pierwotne miejsce, ale jeszcze nie znalazły nowego właściciela. Przy jednym końcu sali leżały stosy oprawionych map i albumów, przy drugim ustawiono kilka lamp, drewniane pudełka z narzędziami oraz niewielkie sprzęty elektroniczne pamiętające czasy, gdy plastik miał być przede wszystkim trwały, a nie cienki i lekki. Ludzie przesuwali się między stołami powoli, podnosząc przedmioty, zaglądając pod spód, pytając o ceny i odkładając rzeczy dokładnie tam, gdzie ich nie znaleźli. Adam od razu zwolnił kroku i rozejrzał się z uwagą, a Marek dostrzegł zmianę niemal natychmiast; jeszcze przed chwilą jego kolega narzekał na korki i zegarek, teraz natomiast patrzył na kolejne stoły z tym skupieniem, które zwykle pojawiało się u niego nad arkuszem pełnym danych. Przy największym z nich stał mężczyzna w dopasowanej marynarce i jasnej koszuli, zdecydowanie zbyt elegancki jak na kogoś pilnującego pudeł z używanymi filiżankami. Miał może pięćdziesiąt lat, gładko zaczesane włosy i uśmiech człowieka, który najwyraźniej lubił negocjacje bardziej niż sam towar. Co chwilę pochylał się nad którymś z przedmiotów, odpowiadał na pytania i podawał ceny tonem sugerującym, że właśnie oferuje klientowi okazję życia. Marek przyjrzał mu się z odległości kilku metrów, po czym pochylił się lekko w stronę Adama. - Uważaj na tego. Ten by chyba własną matkę sprzedał, gdyby tylko trafił się kupiec.

- Marek... - mruknął Adam z lekką naganą i szturchnął go łokciem, bo mężczyzna właśnie spojrzał w ich stronę.

- Zapraszam, panowie, zapraszam - odezwał się sprzedawca, witając ich z przesadną otwartością i zacierając dłonie w sposób, który Markowi natychmiast przywrócił rozbawiony uśmiech.

Adam zmierzył mężczyznę krótkim spojrzeniem, po czym przeniósł uwagę na rozłożone przed nim przedmioty.

- To wszystko po właścicielu domu?

- W większości. Część rodzina już zabrała, część poszła wcześniej, ale zostało jeszcze sporo rzeczy. Książki, zegary, trochę szkła, instrumentów, narzędzi, różne kolekcjonerskie drobiazgi.

- A czym się zajmował?

Sprzedawca wzruszył ramionami.

- Biznes. Inwestycje, nieruchomości, chyba też coś z handlem. Wie pan, człowiek z tych, co całe życie coś kupują, sprzedają, odkładają, a potem zostaje po nich pół domu rzeczy.

Adam skinął głową i przesunął palcami po krawędzi niewielkiej drewnianej szkatułki.

- Zbierał coś konkretnego? Zegarki, przyrządy, militaria, stare mapy?

- Wszystkiego po trochu. Nie wygląda mi to na jedną kolekcję. Bardziej na człowieka, który jak coś mu się spodobało, to brał.

- A coś ciekawszego niż to, co leży na wierzchu?

Sprzedawca uśmiechnął się szerzej.

- Ciekawsze dla kogo?

Adam odpowiedział mu podobnym, choć znacznie bardziej powściągliwym uśmiechem.

- Dla kogoś, kto nie szuka porcelanowego aniołka ani kompletu kieliszków.

Mężczyzna parsknął cicho.

- To może pan zerknąć na tamten stół pod ścianą. Zostało trochę mechaniki, przyrządów, starych narzędzi, jakieś pudełka z papierami. Nikt się jeszcze specjalnie na to nie rzucił.

Adam od razu spojrzał we wskazanym kierunku.

Stół stał nieco na uboczu, częściowo zasłonięty wysokim kredensem i kilkoma kartonami ustawionymi jeden na drugim. W przeciwieństwie do porcelany, szkła i ozdobnych drobiazgów wystawionych bliżej wejścia, tutaj wszystko wyglądało tak, jakby ktoś opróżnił kilka szuflad i warsztatowych półek bez większej próby uporządkowania zawartości. Leżały tam stare suwmiarki, mikrometry, niewielkie mierniki w skórzanych futerałach, pudełka z wiertłami, kilka kieszonkowych zegarków, drewniane etui z drobnymi narzędziami oraz lornetka, której skóra na obudowie popękała ze starości. W jednym z kartonów wszystko było przemieszane bez większego porządku: wojskowe manierki, parciane pasy, kilka odznak bez wstążek, stare etui, metalowe pudełka, drobne narzędzia, fragmenty wyposażenia turystycznego i kilka przyrządów, których przeznaczenia nie dało się odgadnąć na pierwszy rzut oka. Część przedmiotów była owinięta w pożółkły papier, inne leżały luzem, przyciśnięte książkami i plikiem starych instrukcji.

Marek zatrzymał się za jego plecami, ale po chwili odsunął na bok, najwyraźniej uznając, że nic z tego nie zasługuje na jego uwagę. Adam tymczasem zaczął przeglądać zawartość stołu z cierpliwością, której brakowało mu przy wielu innych rzeczach. Podnosił kolejne przedmioty, obracał je pod światło, sprawdzał oznaczenia producenta, zaglądał pod spód obudów i przecierał palcem zakurzone tabliczki znamionowe. Jedną z suwmierek odłożył na bok niemal od razu; była ciężka, w dobrym stanie i po krótkim sprawdzeniu okazało się, że mechanizm nadal przesuwa się płynnie. Dołożył do niej mosiężną lupę na składanej rączce oraz niewielkie drewniane pudełko z zestawem precyzyjnych końcówek, którego przeznaczenia nie potrafił od razu rozpoznać, ale wykonanie spodobało mu się na tyle, że uznał, iż warto sprawdzić to później.

Minęło dobre kilkanaście minut. Sprzedawca, który początkowo obserwował Adama z pewnej odległości, dawno stracił nim zainteresowanie i przeniósł się do pary oglądającej komplet srebrnych sztućców. Marek zdążył obejść pół sali, zajrzeć do pudełka z zapalniczkami, przez chwilę pobawić się starą lornetką, a potem wrócić do Adama i zacząć coraz częściej zerkać na zegarek. Początkowo robił to dyskretnie, później już zupełnie otwarcie, przenosząc wzrok ze wskazówek na Adama i z powrotem.

- Dobra, już kończę - powiedział w końcu Adam, odkładając niewielki analogowy miernik, który po bliższych oględzinach okazał się w dużo gorszym stanie, niż sądził.

Marek odpowiedział tylko krótkim skinieniem głowy, ale mina mówiła wyraźnie, że słyszał podobne zapewnienia wcześniej.

Adam przesunął wzrokiem po stole jeszcze raz, bardziej z przyzwyczajenia niż z przekonania, że coś przeoczył. Większość przedmiotów zdążył już wziąć do ręki albo przynajmniej obejrzeć z bliska. Już miał się odwrócić, kiedy jego wzrok zatrzymał się na jednym z metalowych przedmiotów leżących między skórzanym futerałem a niewielkim pudełkiem narzędzi. Początkowo wziął go za zwykły stary kompas, ale przez zakurzone szkło dostrzegł drobne wzory na tarczy, które zupełnie nie pasowały do zwykłej podziałki nawigacyjnej. Zamiast oznaczeń stron świata widział kilka ciasno ułożonych kręgów, poprzecinanych cyframi, kreskami i symbolami przypominającymi fragmenty jakiegoś technicznego zapisu. Pochylił się odruchowo i sięgnął po przedmiot.

Obudowa była ciemna, metalowa i zmatowiała od wieku, miejscami wypolerowana przez dotyk wielu dłoni. Na krawędziach widać było drobne rysy i kilka płytkich obtłuczeń, lecz zawias pracował płynnie, bez luzu, a sam Kompas był zaskakująco ciężki jak na swoje rozmiary. Adam otworzył pokrywę i przez chwilę tylko patrzył jak zaczarowany. Marek wytrzymał jeszcze chwilę, ale w końcu westchnął i spojrzał na Adama z wyraźnym zniecierpliwieniem.

- Ej, no dobra, idziemy już? Obejrzysz sobie te graty w domu. Stoję tu od pół godziny, jestem głodny, a ty patrzysz na ten kawałek metalu, jakbyś właśnie znalazł urządzenie do przewidywania wyników totolotka. Weź to, skoro ci się podoba, i chodźmy coś zjeść, zanim zaczniesz rozkręcać go na części przy tym stole.

Adam oderwał wzrok od tarczy i dopiero wtedy zorientował się, że rzeczywiście spędził nad nią znacznie więcej czasu, niż zamierzał. Zamknął pokrywę Kompasu, dołożył go do pozostałych wybranych przedmiotów i zaniósł wszystko do sprzedawcy. Cena okazała się wyższa, niż się spodziewał. Mężczyzna szybko zauważył, że o ile Adam bez większych emocji odkładał suwmiarki, lupy i narzędzia, o tyle Kompas trzymał w dłoni trochę zbyt długo i oglądał trochę zbyt uważnie, żeby potraktować go jak zwykły drobiazg. Podał więc kwotę z pewnością człowieka, który wyczuł klienta zdecydowanego na zakup. W normalnych okolicznościach Adam zapewne próbowałby zbić cenę albo przynajmniej zapytał, skąd się wzięła, ale tym razem nawet nie dyskutował. Wyjął portfel, zapłacił za cały zestaw kilkaset złotych i dopiero kiedy sprzedawca pakował rzeczy do papierowej torby, dotarło do niego, że właśnie wydał więcej, niż planował na całą tę wizytę.

Do samochodu wrócili już po zmroku. Adam schował zakupy ostrożnie za fotelem kierowcy, przez moment zastanawiając się, czy nie wyjąć Kompasu jeszcze raz, ale spojrzenie Marka wystarczyło, żeby zrezygnował. Pojechali do centrum i znaleźli niewielki lokal z ramenem, do którego Marek podobno wybierał się od kilku tygodni. Zamówili po dużej misce, a później po dwa piwa i zostali przy stoliku dłużej, niż początkowo planowali. Rozmowa krążyła głównie wokół pracy, ludzi z biura i planowanej imprezy integracyjnej, której Marek już teraz wróżył kilka katastrof towarzyskich; później zeszli na temat dawnych znajomych, mieszkań w Warszawie i tego, jak absurdalnie zmieniły się ceny właściwie wszystkiego, odkąd obaj zaczynali pracować. Marek, jak zwykle, mówił więcej, Adam słuchał, czasem dorzucał własną historię albo prostował szczegół, który w wersji kolegi zdążył już urosnąć ponad rozsądne rozmiary, ale tego wieczoru był wyraźnie mniej obecny niż zwykle. Co pewien czas jego myśli wracały do papierowej torby leżącej za fotelem Astry i do ciężkiego metalowego przedmiotu zamkniętego w środku. Próbował przypomnieć sobie układ znaków, sposób, w jaki obracały się pierścienie, i zachowanie wskazówki, która nie reagowała tak, jak powinna. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej żałował, że nie zrobił na miejscu kilku zdjęć tarczy.

Kiedy skończyli drugie piwo, Adam złapał się na tym, że po raz trzeci spojrzał na godzinę. Nie chodziło o to, że źle się bawił ani że chciał pozbyć się Marka. Po prostu pierwszy raz od dawna naprawdę nie mógł doczekać się powrotu do domu, rozłożenia zakupów na stole i spokojnego sprawdzenia, co właściwie kupił.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania